- Myślisz, że to by wystarczyło? - Nie wydawało jej się, aby faktycznie mogło się tak wydarzyć. Gryfoni byli święcie przekonani o swojej wyższości nad wszystkimi innymi domami w Hogwarcie, co oczywiście nie było bezpodstawne, po prostu byli najlepsi ze wszystkich we wszystkim i mogłaby to nawet udowodnić, w chyba każdej możliwej dziedzinie. Jasne, Krukoni byli niby tacy mądrzy, tyle, że musieli spędzać godziny w tych swoich księgach, a im, wybitnym gryfom wszystko przychodziło naturalnie. Gdyby do tego spędzali tyle czasu w tomiszczach co uczniowie z Ravenclaw to byliby zupełnie niepokonani z ich ogromnym talentem.
Oparła sobie jedną rękę na biodrze, bo w drugiej ciągle trzymała miotłę i skrzywiła się słysząc słowa chłopaka. No oczywiście, czego innego mogła się po nim spodziewać... Przynajmniej był z nią szczery i nie owijał w bawełnę, faktycznie dosyć często zachowywała się bardziej jak chłopak, niżeli dziewczyna, nie było się więc co dziwić, że traktował ją jak kumpla. Sama dawała mu ku temu powody, czyż nie. Może gdyby zachowywała się inaczej... byłby w stanie dostrzec to, że nie była chłopakiem, cóż powinna o tym pomyśleć wcześniej, na samym początku ich jakże długiej znajomości. Teraz było na to chyba już zbyt późno - jej strata. Nie sądziła bowiem, że nawet gdyby wyskoczyła przed nim w najpiękniejszej sukni zmieniłby swoje podejście, tak już musiało pozostać, czy tego chciała, czy nie.
To była naprawdę ogromna strata, docierało to do niej, przy każdym, kolejnym ich spotkaniu, gdy spoglądała w te jego oczy o kolorze świeżo skoszonej trawy, nie sądziła, aby znała inną osobę, która miała takie spojrzenie, do tego jego skóra... przypominała kolor świeżo wyciskanej oliwy, mieniła się pięknie w promieniach tego pierwszego, wiosennego słońca. Złapała się na tym, że wpatrywała się w niego zbyt długo, dosyć szybko więc uciekła spojrzeniem, aby nie zostać przyłapaną na gorącym uczynku. Jeszcze tylko brakowało tego, żeby zobaczył, jak ślini się na jego widok. Na szczęście był od niej dużo wyższy, więc pewnie nie zauważył tego jak na niego spoglądała, chociaż może? Czy dało się nie odczuć tego przeszywającego na wskroś spojrzenia?
- Och tak? Może jesteś mogonamistą, ale chwilowym? - Nie do końca wiedziała, jak powinna to ująć w słowa, ale chciała mu przekazać to, że wie o tym, że dosyć często zmieniał swoje wybranki. Zresztą nie mogła mu się dziwić, ktoś taki jak on miał dziewcząt na pęczki, przypominał Adonisa, czy coś, wcale, a wcale nie była zaskoczona tym, jak się prowadzał. Skoro miał taki duży wybór, to mógł korzystać z nadarzających się okazji, szczególnie, że chyba każda dziewczyna w tej szkole chciała wylądować z nim w sypialni, ona również - chociaż wolała o tym nie wspominać. Nawet nie chodziło jej tylko o tę sypialnię, chciałaby, żeby w końcu dostrzegł jak na niego patrzy, chciałaby, żeby zauważył w niej coś więcej niż tylko to, że była jego najlepszą przyjaciółką, jednak pewnie nigdy się to nie miało wydarzyć. On nie gustował w dziewczynach jej pokroju, była za bardzo odklejona.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, właściwie to zwinęła ją w pięść pozostawiając w górze tylko mały palec. - Na mały palec, teraz już nie ma odwrotu. - Nie istniała przecież poważniejsza obietnica od tej na mały palec. Teraz to nie miał już wyboru, nie mógł jej zawieść. - Świerkowa zieleń, jesteśmy dogadani. - Naprawdę miała nadzieję, że dotrzyma słowa i faktycznie spotkają się podczas Yule. Czuła, że będzie za nim tęsknić, gdy zacznie podbijać świat, obawiała się jednak, że wtedy faktycznie o niej zapomni. Coś mówiło jej, że ta obietnica może nie zostać dotrzymana i nie powstrzyma tego nawet ten mały palec...
- Zbędnie gadając? Latałam od rana, chwilowa przerwa mi się należy. - Oczywiście, że musiał zwrócić jej uwagę na to, że nie przykładała się odpowiednio do treningów. Cóż, jej talent był dużo mniejszy od jego, więc nic dziwnego, że jeśli faktycznie miałaby zamiar podążać taką samą ścieżką jak on, to musiałaby w to włożyć ogrom pracy, różnie jej to wychodziło. Czasem miała dość, bo wydawało jej się, że nie widzi zmian, mimo czasu, który poświęcała na latanie. Nie to, co Ambroise, wystarczyło, że tylko siadał na miotłę i już działa się magia. Był stworzony do znajdowania się w przestworzach, miała wrażenie, że urodził się z miotłą w dłoni.
- To byłaby obraza majestatu. - Niby nie miała nic do Irlandii... ale przecież, nie, zdecydowanie nie, nie chciałaby grać w jej barwach. Była lokalną patriotką i nie miałaby zamiaru zdradzić swojego kraju.
Zaśmiała się nieco wymuszenie, kiedy klepnął ją w ramię. Bardzo śmieszne, hahaha, nie, żeby to nie było naturalne, bo przecież byli kolegami prawda, to było normalne, tyle, że nie do końca jej się to podobało. - To co, kto ostatni doleci do obręczy ten śmierdzi? - Nim skończyła mówić była już w trakcie wskakiwania na swoją miotłę, musiała zyskać odrobinę przewagi, bo przecież nie było szansy, aby inaczej go pokonała.