11.04.2025, 17:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2025, 17:48 przez Theo Kelly.)
Zmrużył oczy, bo wszedł akurat jak Scarlett mówiła o swojej karierze, która zapewne skończy się w celi. Nie rozumiał dlaczego, przecież to nie ona była powodem tego wybuchu na dworcu, prawda? Nie ryzykowałaby tak dużo zostając w "polu rażenia", a może to właśnie był powód, że została, żeby nie wzbudzać podejrzeń? Być może, jednak Theo nie był z natury podejrzliwy co do każdej osoby, szczególnie, że jak do tej pory nie dała mu powodów, żeby ją o coś takiego podejrzewać, dlatego też porzucił te rozmyślania jeszcze szybciej niż mu do głowy przyszły.
- Dywan można wyczyścić - powiedział niedbale patrząc uważnie w oczy Mulciberówny, kiedy przyłożyła mu rękaw swojego szlafroka do skroni, ale zaraz też uśmiechnął się do niej szeroko. Ten gest, który wykonała był uroczy, choć w jego mniemaniu zupełnie niepotrzebny, nie zamierzał jednak się odpędzać od jej troski, nawet jeśli nie była skierowana stricte w jego stronę tylko w stronę dywanu i utrzymaniu go w czystości.
Dlatego westchnął głośno i ze spojrzeniem pełnym wyrzutów zerknął to na ojca chrzestnego, to na wujka i przewrócił teatralnie oczami, ale skinął im głową.
- Nic nie widziałem, byłem trochę zajęty ratowanie nam tyłków spod zapadającego się budynku dworca - mówiąc to wskazał na siebie i jedyną kobietę w tym towarzystwie. Po prawdzie to nie miał sposobności, na używanie swojego daru i nawet o tym nie pomyślał o używaniu go kiedy spotkał ją tam na dworcu. Dlatego też w sumie nie za wiele mógł przekazać swojemu ojcu chrzestnemu.
- Dzięki - dodał jeszcze w stronę Scarlett i delitkanie odjął jej rękaw od swojej skroni, aby z westchnięciem zaaplikować to co polecił mu Shafiq. Najpierw zielona fiolka, a potem mazidło rozprowadził na ranie. Syknął czując jak trochę zaszczycało i momentalnie zaczęło swędzieć, aż docisnął wnętrze dłoni do rany i pomasował, by pozbyć się tego uczucia bez rozdrapywania rany.
- Wolisz wersję krótką czy długą? - zapytał jeszcze na ostatnie słowa Anthony'ego, ale nie czekał na odpowiedź. - Byłem zbierać podpisy pod ostatnim sprawozdaniem z posiedzenia tych stary... Wizengamotu, bo nie raczyli poczekać, żeby złożyć podpisy. No i postanowiłem sobie wrócić mogolskim pociągiem, nie chciało mi się teleportować do Londynu. A na dworcu urzekło jak ta tutaj niewiasta zachwyca wszystkich wokół nie tylko swoim wyglądem ale przede wszystkim tym jak cudownie gra, aż można było poczuć jak... - urwał widząc, że zapędza się w opisywaniu swoich przeżyć podczas słuchania muzyki. Odchrząknął zupełnie niezrażony tym i kontynuował. - No więc jak rozmawialiśmy to wtedy budynek się zaczął walić, chyba coś wybuchnęło i trafiliśmy pod stertę gruzu i wtedy się okazało, że oboje jesteśmy czarodziejami, śmieszna sprawa i uciekliśmy stamtąd za pomocą teleportacji, no ale nadal byliśmy ranni... - urwał nagle i zmarszczył mocno brwi, aż na jego młodej twarzy pojawiła się pionowa zmarszczka nad nosem. Odwrócił się wprost do Scarlett nadal z takim wyrazem twarzy, który rozluźnił się na widok jej twarzy. Rozciągając usta w szerokim uśmiechu zapytał zupełnie nie przejmując się obecnością dwóch starszych czarodziejów. Zdecydowanie zbyt długo czekał, wiecznie coś się pojawiało i gdyby faktycznie czekał na idealny moment, żeby zadać pytanie to pewnie by za jakieś trzy lata je zadał, Theo nie lubił zbyt długo czekać. - To, jak pójdziesz ze mną na kawę?
Rozproszenie IV - Oklumencja - ukrycie się przed wzrokiem Morpheusa
- Dywan można wyczyścić - powiedział niedbale patrząc uważnie w oczy Mulciberówny, kiedy przyłożyła mu rękaw swojego szlafroka do skroni, ale zaraz też uśmiechnął się do niej szeroko. Ten gest, który wykonała był uroczy, choć w jego mniemaniu zupełnie niepotrzebny, nie zamierzał jednak się odpędzać od jej troski, nawet jeśli nie była skierowana stricte w jego stronę tylko w stronę dywanu i utrzymaniu go w czystości.
Dlatego westchnął głośno i ze spojrzeniem pełnym wyrzutów zerknął to na ojca chrzestnego, to na wujka i przewrócił teatralnie oczami, ale skinął im głową.
- Nic nie widziałem, byłem trochę zajęty ratowanie nam tyłków spod zapadającego się budynku dworca - mówiąc to wskazał na siebie i jedyną kobietę w tym towarzystwie. Po prawdzie to nie miał sposobności, na używanie swojego daru i nawet o tym nie pomyślał o używaniu go kiedy spotkał ją tam na dworcu. Dlatego też w sumie nie za wiele mógł przekazać swojemu ojcu chrzestnemu.
- Dzięki - dodał jeszcze w stronę Scarlett i delitkanie odjął jej rękaw od swojej skroni, aby z westchnięciem zaaplikować to co polecił mu Shafiq. Najpierw zielona fiolka, a potem mazidło rozprowadził na ranie. Syknął czując jak trochę zaszczycało i momentalnie zaczęło swędzieć, aż docisnął wnętrze dłoni do rany i pomasował, by pozbyć się tego uczucia bez rozdrapywania rany.
- Wolisz wersję krótką czy długą? - zapytał jeszcze na ostatnie słowa Anthony'ego, ale nie czekał na odpowiedź. - Byłem zbierać podpisy pod ostatnim sprawozdaniem z posiedzenia tych stary... Wizengamotu, bo nie raczyli poczekać, żeby złożyć podpisy. No i postanowiłem sobie wrócić mogolskim pociągiem, nie chciało mi się teleportować do Londynu. A na dworcu urzekło jak ta tutaj niewiasta zachwyca wszystkich wokół nie tylko swoim wyglądem ale przede wszystkim tym jak cudownie gra, aż można było poczuć jak... - urwał widząc, że zapędza się w opisywaniu swoich przeżyć podczas słuchania muzyki. Odchrząknął zupełnie niezrażony tym i kontynuował. - No więc jak rozmawialiśmy to wtedy budynek się zaczął walić, chyba coś wybuchnęło i trafiliśmy pod stertę gruzu i wtedy się okazało, że oboje jesteśmy czarodziejami, śmieszna sprawa i uciekliśmy stamtąd za pomocą teleportacji, no ale nadal byliśmy ranni... - urwał nagle i zmarszczył mocno brwi, aż na jego młodej twarzy pojawiła się pionowa zmarszczka nad nosem. Odwrócił się wprost do Scarlett nadal z takim wyrazem twarzy, który rozluźnił się na widok jej twarzy. Rozciągając usta w szerokim uśmiechu zapytał zupełnie nie przejmując się obecnością dwóch starszych czarodziejów. Zdecydowanie zbyt długo czekał, wiecznie coś się pojawiało i gdyby faktycznie czekał na idealny moment, żeby zadać pytanie to pewnie by za jakieś trzy lata je zadał, Theo nie lubił zbyt długo czekać. - To, jak pójdziesz ze mną na kawę?
Rozproszenie IV - Oklumencja - ukrycie się przed wzrokiem Morpheusa
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Morpheus