Gdy to wszystko się zaczęło miała nadzieję, że może nie wszędzie sytuacja wygląda tak dramatycznie. W końcu nie tak łatwo było podpalić całe miasto. Docierało do niej, jak bardzo się myliła. Najwyraźniej faktycznie to się stało. Przemierzyli sporą drogę i póki co nie widziała miejsca, które nie zajęłoby się ogniem. Z perspektywy w której się znajdowała obserwowała okolicę i płomienie wydawały się być dosłownie wszędzie. Budynki płonęły, wydawało się, że ogień miał strawić wszystko, tylko czy faktycznie mogli spalić całe miasto, zrównać je z ziemią? Czy to naprawdę było możliwe? Tak naprawdę to okaże się dopiero, kiedy będą mogli oszacować straty, póki co nie było sensu o tym myśleć, bo aktualnie jeszcze wszystko było możliwe.
Nie wydawało się bowiem, aby sytuacja jakkolwiek się zmieniała na korzyść mieszkańców. Nie było widać postępu, pożar nie gasł, a raczej wydawało jej się, że robił się coraz większy, że już niedługo nie będzie żadnego miejsca, które nie zostało chociażby muśnięte przez żywioł. Była to potężna siła, którą trudno było zatrzymać, wiatr robił swoje, pomagał w rozprzestrzenianiu się ognia. Czas płynął, nie było widać światełka w tunelu, tego metaforycznego, bo całe miasto przecież świeciło, tylko nie w ten sposób, którego mogli oczekiwać.
Powinna spodziewać się, że w tym miejscu będzie tyle ludzi. Każdy chciał być bezpieczny, czyż nie? Tyle, że nie pomyślała wcześniej o tym, że sama droga mimo tego, że również nie należała do najprostszych wcale nie będzie najtrudniejszą rzeczą podczas tej przeprawy. Niby znajdowali się bardzo blisko celu, a jednak wydawał się być kurewsko daleki.
Tłum ludzi ich otaczał, każdy był przejęty tylko i wyłącznie swoim losem, każdy dokądś zmierzał, każdy miał jakiś cel, nie tylko ona. Może gdyby była nieco większa nie miałaby problemu z tym, aby jakoś przebrnąć między nimi, ale była świadoma swoich mankamentów.
Podczas sytuacji jak ta osoby jej podobne bardzo często traciły życie w najbardziej głupi sposób z możliwych. Były tratowane przez tłum, zdecydowanie wolałaby uniknąć takiej nierozsądnej śmierci. Póki co udawało jej się to tylko i wyłącznie dzięki temu, że nieznajomy postanowił się ją zaopiekować. Nadal uważała to za jakiś cud, nie umiała inaczej określić tego, że los postanowił skrzyżować ich drogi ponownie akurat tego wieczoru, gdy wyjątkowo towarzystwo kogoś jak on okazało się jej być potrzebne. Jasne, to mógł być przypadek, przypadki się zdarzały, tyle, czy naprawdę? Nic nie działo się bez przyczyny, czy coś, nie wątpiła w to, mimo, że niby była człowiekiem nauki. W magicznym świecie pewne rzeczy nie były wcale takie oczywiste.
Nie chciała być jego problemem, już nim była, ale nie wypadało nadużywać bezinteresownej pomocy. Nie znosiła tego poczucia, że jest czyimś ciężarem, a w tym przypadku stała się nim, do tego wcale nie musiał jej pomagać, bo była dla niego zupełnie obca. Miała do siebie pewne wyrzuty o to, że nie była w stanie sama jakoś sobie poradzić, szczególnie, że zazwyczaj właśnie tak było. Samodzielność była dla niej priorytetem, ale okazywało się, że nawet osoby jak ona, czasem mogą potrzebować wsparcia. Oczy jej się nieco otworzyły, ale to był dopiero początek przemyśleń panny Bletchley, które miały spowodować pożary. Na pewno na tym się nie skończy.
Nie zgodził się z nią, cóż, miał rację. Docierało do niej, że najgorsze było jeszcze przed nimi, póki znajdowała się na jego plecach chyba ciągle pozostawiali pakietem. Mógłby zapewne bez najmniejszego problemu postawić ją teraz na ziemi i zniknąć w tym tłumie, bo przecież dotrzymał słowa. Doprowadził ją do Ministerstwa, najwyraźniej jednak traktował dane słowo poważnie, bo nie zamierzał jej jeszcze zostawić. Skąd brali się ludzie jak on? Nie miała pojęcia, nie wnikała, spore szczęście ją jednak dzisiaj spotkało - tego akurat była pewna.
Po raz kolejny odezwał się do niej po francusku. Cóż, najwyraźniej był to jakiś jego drugi język, czy coś. Może stamtąd pochodził? Nie miała pojęcia, tyle, że wcześniej wspominał coś o Stanach... Próbowała rozwiązać zagadkę, chociaż to chyba nie był odpowiedni moment, musiała wrócić myślami do rzeczywistości, nie powinna znowu odpływać, bo to mogło ją dzisiaj zgubić. Na szczęście dosyć szybko się złapała na tym momencie zamyślenia.
Uniosła głowę, aby spróbować dostrzec tych ludzi, którzy znajdowali się z przodu, z pozycji którą aktualnie zajmowała, jednak nie widziała, aż tak wiele. Musiała więc uwierzyć mu na słowo. Skoro mówił o tym, że byli tam ludzie, którzy mogli im pomóc to na pewno tak było. - Mam, mam go. - Zdawała sobie sprawę, że to może być bardzo istotne w tym momencie. Jako pracownik Ministerstwa nie powinna mieć większego problemu z tym, aby dostać się do jego wnętrza. Podejrzewała bowiem, że sporo osób niezwiązanych z nim mogłoby dzisiaj szukać tam bezpiecznej przestrzeni na przeczekanie tego, co się działo.
Czy miała siłę to zrobić? Nie chciała go zwieść, mogła się wykazać chociaż odrobinę. Nie zamierzała też przeceniać swoich możliwości, bo zdawała sobie sprawę, że w tym wypadku lepiej było racjonalnie podchodzić do tematu. Ręce ją nieco bolały, bo trzymała je zawinięte sztywno wokół niego, ale to nie było nic takiego. Właściwie to nie wysiliła się zbytnio podczas drogi, którą przeszli, na pewno jego to dużo więcej kosztowało, bo na plecach miał ciężar, z którym musiał się poruszać. - Spróbujmy. - Bez sensu było zastanawiać się nad tym, czy miała siłę, czy jej nie miała, czy była w stanie się wysilić. Lepiej było po prostu zacząć działać. Prudence potrafiła być zawzięta, więc nie miała zamiaru łatwo odpuścić. Nie kiedy znajdowali się tak blisko celu, a on miał najwyraźniej kolejny pomysł, w jaki mógł jej pomóc.
- Twoje ramiona znajdują się dosyć wysoko. - Wspomniała, jakby przypadkiem tego nie zauważył. Wśród tego tłumu ludzi, który się wokół nich przepychał dość trudno będzie jakoś specjalnie manewrować. Musiałaby się go złapać za szyję i jakoś podciągnąć, okropnie żałowała teraz tego, że raczej nie przykładała zbyt wielkiej wagi do swojej sprawności fizycznej, bo to zapewne mogłoby jej pomóc. - Byłam na koncercie rockowym, nie wszyscy ludzie pracujący w Ministerstwie są bufonami, mamy swoje życia poza nim. Do dzisiaj żałuję, że nie byłam na Woodstocku w sześćdziesiątym dziewiątym, ale nie dostałam urlopu. - Może nie wyglądała, jakby była szczególnie wyluzowana, bo nosiła się raczej jakby miała kija w dupie, ale to niczego nie oznaczało. Prudence nie była typową biurwą, ale nie mógł tego wiedzieć, no bo niby skąd? Od zawsze sprawiała pozory, jeszcze w szkole wydawała się być grzeczną, ułożoną dziewczynką, ta cała otoczka ułatwiała jej wiele, nikt nie podejrzewał Bletchley o to, czym zajmowała się w czasie wolnym, nikt nie domyślał się, że sięga po nielegalne praktyki magiczne.
- Dzięki, udowodnię Ci, że jestem cool. Kiedyś. Pokażę Ci parę sztuczek, może to wystarczy. Tylko nie tutaj, to nie jest odpowiednie miejsce. - Jeszcze nie wiedziała których konkretnie, bo miała ich sporo w zanadrzu, ale nie miała tego robić teraz prawda? Zresztą nie mogła się chwalić tymi najbardziej fajnymi między ludźmi, bo to było zakazane.
- Co jeśli urwę Ci głowę? - Ona również próbowała nieco rozładować atmosferę, wiedziała, przecież, że to nie było możliwe. Tak, zrozumiała plan, chyba był całkiem logiczny, więc była gotowa spróbować to zrobić.
- Wszystko jasne, możemy to zrobić. - Nie mieli lepszej opcji, zamierzała więc sprawdzić, czy faktycznie była taka stabilna jak myślał, oczywiście, że zamierzała udowodnić, że tak, nie chciała go zawieść, skoro wierzył w to, że uda jej się to zrobić, to była całkiem niezła motywacja.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control