13.04.2025, 01:08 ✶
Siedział niewzruszony jego pomarszczoną miną. Skoll sumienie miał czyste. Głównie dlatego, że nie było tam wiele do zabrudzenia, ale to szczegół. Chciał pociągnąć z fajka i zatrzymał się z nim tkwiącym w zębach, kiedy do czarki wpadła pierwsza nadmiarowa kropla.
— Podskaku... — Nie dokończył, przerwało mu pojawienie się mężczyzny, którego Wilk obrzucił ostrym spojrzeniem, a zaraz zaś prychnął na Greybacka. — Poważnie? Faccietę to ci mo...
Ponownie odwrócił głowę, tym razem w stronę głównej sali z miną pełną zdegustowania. Ktokolwiek to był, jego głupota właśnie przewyższyła tupet.
— Co tam się znowu odpierdala? — Ruszył tam zaraz za bratem, by po kilku krokach stanąć.
Zapał do kłótni ostudziły płomienie.
Skoll wzrokiem przebiegł po oknach, z których jedno już skapitulowało. Okopcone szkło błyszczało po podłodze, a większy fragment trzymał się framugi na słowo honoru. Im bliżej podchodził, tym mocniej dym gryzł w gardle, a wrzawa uliczna stawała się bardziej chaotyczna. Kakofonia strachu, zaskoczenia i bezradności, tylko sporadycznie poprzetykana kimś, kto wiedział, co robi.
Panika.
Wyszedł niespiesznie i stanął obok Hatiego, próbując ogarnąć ogrom panoszącego się zniszczenia. Podniósł wzrok w ślad za ogniem, ck wspinał się po ścianach, wgryzał w okna i przebijał dachy. Smolisty dym zasnuwał niebo, jakby kłęby burzowych chmur, ale jedyne co przynosił, to żar i pył. Ludzie krzyczeli, ludzie uciekali, ludzie umierali w zgliszczach. Na tle płomieni trawiących domy i ciała ich bezpieczna jeszcze pizzeria, smętnie grająca przeżytek zeszłego pokolenia była niczym czarna groteska.
— Oh putain, en effet — przyznał, patrząc raczej na to, czy na pewno nic nie zwali im się z tego na głowy. Nawet odsunął się pół kroku, spoglądając zaraz na własne ślady butów w popiele.
Podniósł wzrok na dymne chmury. Jakim sposobem było go aż tak wiele?
— Hati? — Delikatnie zmrużył oczy. Coś chodziło po głowie jego brata, jednak nie doczekał się odpowiedzi. Radio postanowiło ich wyręczyć w domysłach.
Obejrzał się jeszcze raz na ulicę. Ktoś upadł w biegu i panicznie próbował się zebrać, gdzieś dalej coś wybuchło napęczniałe gorącym powietrzem, ktoś znowu krzyknął rozpaczliwie, a on zastanawiał się jedynie, kiedy sami będą krzyczeć.
Sztuczne słowa płynęły z radia jedno za drugim, proste, a nawet powtarzane, a jednak ciężkie do ogarnięcia. Nie umiał niczego doszukać się w chmurach, aż poddał się, zmuszony do ciągłego zamykania oczu przed padającym popiołem. Każde pół zdania docierające do uszu budziło więcej nowych pytań, a te powoli kierowały się w stronę jego brata.
Zatopił wzrok w jego twarzy w milczącej, absolutnie bezwyrazowej obserwacji.
— Nie powinni... — zaczął, ale zaraz zwrócił się bezpośrednio do Pedra. — Nie chowajcie się w budynku, to niebezpieczne — warknął na niego, wyjął z zębów papierosa, który już dawno zgasł, i wbił wzrok w Hatiego. — Co to za mina? Rozumiesz coś z tego? Jaka znowu jebana rebelia... — Wyrzucił peta do zaspy popiołu. Ostatnie zdanie wymruczał do siebie i ciężko było powiedzieć czy to pytanie, czy raczej osąd.
— Podskaku... — Nie dokończył, przerwało mu pojawienie się mężczyzny, którego Wilk obrzucił ostrym spojrzeniem, a zaraz zaś prychnął na Greybacka. — Poważnie? Faccietę to ci mo...
Ponownie odwrócił głowę, tym razem w stronę głównej sali z miną pełną zdegustowania. Ktokolwiek to był, jego głupota właśnie przewyższyła tupet.
— Co tam się znowu odpierdala? — Ruszył tam zaraz za bratem, by po kilku krokach stanąć.
Zapał do kłótni ostudziły płomienie.
Skoll wzrokiem przebiegł po oknach, z których jedno już skapitulowało. Okopcone szkło błyszczało po podłodze, a większy fragment trzymał się framugi na słowo honoru. Im bliżej podchodził, tym mocniej dym gryzł w gardle, a wrzawa uliczna stawała się bardziej chaotyczna. Kakofonia strachu, zaskoczenia i bezradności, tylko sporadycznie poprzetykana kimś, kto wiedział, co robi.
Panika.
Wyszedł niespiesznie i stanął obok Hatiego, próbując ogarnąć ogrom panoszącego się zniszczenia. Podniósł wzrok w ślad za ogniem, ck wspinał się po ścianach, wgryzał w okna i przebijał dachy. Smolisty dym zasnuwał niebo, jakby kłęby burzowych chmur, ale jedyne co przynosił, to żar i pył. Ludzie krzyczeli, ludzie uciekali, ludzie umierali w zgliszczach. Na tle płomieni trawiących domy i ciała ich bezpieczna jeszcze pizzeria, smętnie grająca przeżytek zeszłego pokolenia była niczym czarna groteska.
— Oh putain, en effet — przyznał, patrząc raczej na to, czy na pewno nic nie zwali im się z tego na głowy. Nawet odsunął się pół kroku, spoglądając zaraz na własne ślady butów w popiele.
Podniósł wzrok na dymne chmury. Jakim sposobem było go aż tak wiele?
— Hati? — Delikatnie zmrużył oczy. Coś chodziło po głowie jego brata, jednak nie doczekał się odpowiedzi. Radio postanowiło ich wyręczyć w domysłach.
Obejrzał się jeszcze raz na ulicę. Ktoś upadł w biegu i panicznie próbował się zebrać, gdzieś dalej coś wybuchło napęczniałe gorącym powietrzem, ktoś znowu krzyknął rozpaczliwie, a on zastanawiał się jedynie, kiedy sami będą krzyczeć.
Sztuczne słowa płynęły z radia jedno za drugim, proste, a nawet powtarzane, a jednak ciężkie do ogarnięcia. Nie umiał niczego doszukać się w chmurach, aż poddał się, zmuszony do ciągłego zamykania oczu przed padającym popiołem. Każde pół zdania docierające do uszu budziło więcej nowych pytań, a te powoli kierowały się w stronę jego brata.
Zatopił wzrok w jego twarzy w milczącej, absolutnie bezwyrazowej obserwacji.
— Nie powinni... — zaczął, ale zaraz zwrócił się bezpośrednio do Pedra. — Nie chowajcie się w budynku, to niebezpieczne — warknął na niego, wyjął z zębów papierosa, który już dawno zgasł, i wbił wzrok w Hatiego. — Co to za mina? Rozumiesz coś z tego? Jaka znowu jebana rebelia... — Wyrzucił peta do zaspy popiołu. Ostatnie zdanie wymruczał do siebie i ciężko było powiedzieć czy to pytanie, czy raczej osąd.