13.04.2025, 11:17 ✶
Trochę smutne. Ale jeszcze nie na tyle smutne, żeby współczucie i troska wyparły najbrudniejsze z myśli pojawiające się mimowolnie, chociaż niby nie powinny. Bo to dopiero było smutne. Już nie chodziło o samo w sobie wyuzdanie, ale powód tego, dlaczego akurat teraz tak nachalnie sterował wszystkim w tym kierunku.
Godzinę temu był w Keswick i Laurent nie dał mu tego, czego potrzebował.
Cain był martwy, a Laurent był promyczkiem, który ledwo dźwigał nowinki zrzucane mu na plecy każdego dnia. I tak - dostał na to pozwolenie. Koncesja na zdradę, w pełni akceptowaną pod warunkiem nie kłamania na ten temat. Niby mógłby. Chciałby. Nigdy przecież nie miał szczególnie mocno zarysowanych preferencji ani oczekiwań, a Thomas zdałby rolę nawet pomimo tej drętwości i cholernie nieatrakcyjnych słów, jakie przed momentem opuściły jego usta. Ale... Istniała cena, jaką musiałby zapłacić. Cena smutnych, błękitnych oczu i akceptacji, że nie było się wystarczającym. Przecież chciał, żeby Laurent mu wystarczał, to nie była wina Crowa, że blondynowi nie udawało się zaspokoić tego pragnienia. Tak?
Tak?
- Sadboy - skwitował go, niby to dowcipnie, ale ten uśmiech miał w sobie wciąż mocno flirciarski ton, ściągający tor rozmowy nieco w bok. Rozmazywał się. Blask jego paskudnych pragnień bladł w obliczu tego, że to co powiedział Figg skutecznie zmywało zainteresowanie kogoś, kogo zdecydowanie ciągnęło do światła. Auror - to dopiero było coś. Lojalność, dobro, poczucie humoru, troska, zdolność do poświęceń, ciepło. Biała magia. Ręka, która dotykała go w policzek też była ciepła, ale to ciepło nie mogło równać się z żarem kogoś, kogo serce nie było splamione okrucieństwem. To było nawet zabawne, że zmieniając swoje życie i opuszczając Ścieżki nie wpadł na to, żeby się wyleczyć z uzależnienia od seksu. Zamiast tego namawiał do zabawy osoby po drugiej stronie spektrum moralności i doszukiwał się w tym jakiejś zmiany na lepsze. - Słodkie. - Te zapewnienia, że nie musiał się bać. Mógł zmienić nastawienie, ale nie musiał przecież od razu mówić prawdy. Przełknął ślinę. To musiało się skończyć. Mogli zwyczajnie porozmawiać, tak? Ludzie rozmawiali tak po prostu. To się mogło wydawać oczywiste... Nie dla kogoś, kto przez ostatnie trzy lata rozmawiał tylko bardzo pijany, albo po stosunku. - Ale naprawdę myślisz, że wiemy o tym cokolwiek więcej? Jedyne czego jestem pewny to to, że nie jesteś tym czymś, bo to coś wykorzystałoby okazję do przelecenia mnie minutę temu. Oto jedyna lekcja, jaką wyciągnąłem. Kiedy stamtąd odchodziliśmy Gerry miała obłęd w oczach, nawet by mnie nie zdziwiło, gdyby to coś weszło w nią kiedy tylko opuściło swoje ciało. A tego czwartego patałacha, który chciał zostawić cię tam na śmierć bo „wiedziałeś na co się piszesz” nawet nie skomentuję. Trochę żałowałem, że go to nie wpierdoliło, ciekawa klamra.
Crow zadrżał. Bo żeby wszyscy cofnęli się po Thomasa, musiał tam wyjąkać błagalną przemowę, a później to bycie jąkałą zostało przez Greengrassa okrutnie wyśmiane. Nie chciał go bić, nie lubił agresji płynącej we własnych żyłach. Ale zrobił to. I to chyba okazało się bardziej przerażające niż ten cały Doppelganger.
Godzinę temu był w Keswick i Laurent nie dał mu tego, czego potrzebował.
Cain był martwy, a Laurent był promyczkiem, który ledwo dźwigał nowinki zrzucane mu na plecy każdego dnia. I tak - dostał na to pozwolenie. Koncesja na zdradę, w pełni akceptowaną pod warunkiem nie kłamania na ten temat. Niby mógłby. Chciałby. Nigdy przecież nie miał szczególnie mocno zarysowanych preferencji ani oczekiwań, a Thomas zdałby rolę nawet pomimo tej drętwości i cholernie nieatrakcyjnych słów, jakie przed momentem opuściły jego usta. Ale... Istniała cena, jaką musiałby zapłacić. Cena smutnych, błękitnych oczu i akceptacji, że nie było się wystarczającym. Przecież chciał, żeby Laurent mu wystarczał, to nie była wina Crowa, że blondynowi nie udawało się zaspokoić tego pragnienia. Tak?
Tak?
- Sadboy - skwitował go, niby to dowcipnie, ale ten uśmiech miał w sobie wciąż mocno flirciarski ton, ściągający tor rozmowy nieco w bok. Rozmazywał się. Blask jego paskudnych pragnień bladł w obliczu tego, że to co powiedział Figg skutecznie zmywało zainteresowanie kogoś, kogo zdecydowanie ciągnęło do światła. Auror - to dopiero było coś. Lojalność, dobro, poczucie humoru, troska, zdolność do poświęceń, ciepło. Biała magia. Ręka, która dotykała go w policzek też była ciepła, ale to ciepło nie mogło równać się z żarem kogoś, kogo serce nie było splamione okrucieństwem. To było nawet zabawne, że zmieniając swoje życie i opuszczając Ścieżki nie wpadł na to, żeby się wyleczyć z uzależnienia od seksu. Zamiast tego namawiał do zabawy osoby po drugiej stronie spektrum moralności i doszukiwał się w tym jakiejś zmiany na lepsze. - Słodkie. - Te zapewnienia, że nie musiał się bać. Mógł zmienić nastawienie, ale nie musiał przecież od razu mówić prawdy. Przełknął ślinę. To musiało się skończyć. Mogli zwyczajnie porozmawiać, tak? Ludzie rozmawiali tak po prostu. To się mogło wydawać oczywiste... Nie dla kogoś, kto przez ostatnie trzy lata rozmawiał tylko bardzo pijany, albo po stosunku. - Ale naprawdę myślisz, że wiemy o tym cokolwiek więcej? Jedyne czego jestem pewny to to, że nie jesteś tym czymś, bo to coś wykorzystałoby okazję do przelecenia mnie minutę temu. Oto jedyna lekcja, jaką wyciągnąłem. Kiedy stamtąd odchodziliśmy Gerry miała obłęd w oczach, nawet by mnie nie zdziwiło, gdyby to coś weszło w nią kiedy tylko opuściło swoje ciało. A tego czwartego patałacha, który chciał zostawić cię tam na śmierć bo „wiedziałeś na co się piszesz” nawet nie skomentuję. Trochę żałowałem, że go to nie wpierdoliło, ciekawa klamra.
Crow zadrżał. Bo żeby wszyscy cofnęli się po Thomasa, musiał tam wyjąkać błagalną przemowę, a później to bycie jąkałą zostało przez Greengrassa okrutnie wyśmiane. Nie chciał go bić, nie lubił agresji płynącej we własnych żyłach. Ale zrobił to. I to chyba okazało się bardziej przerażające niż ten cały Doppelganger.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.