- To się pewnie nigdy nie zmieni. - Tak już mieli, prawda? Od samego początku, poprzez te wszystkie lata, nigdy nie mieli siebie dość, wręcz przeciwnie, raczej nieustannie łaknęli swojej bliskości, ciepła swoich ciał. To było ich, nie walczyli z tym jakoś szczególnie. Trzymanie się od siebie z daleka podczas tego półtora roku było naprawdę trudne, dlatego też po prostu wolała go unikać, bo wiedziała, że zbyt długo nie będzie umiała trzymać się na dystans. Zresztą wystarczył jeden wspólny, zupełnie przypadkowy taniec, aby wtedy w maju skończyli w swoich ramionach, nie odzywając się do siebie ani słowem, po prostu dając upust wszystkim emocjom, które w nich siedziały.
- Dzisiaj mamy same jasności. - A to znowu wcale nie było dla nich takie typowe, byli wyjątkowo zgodni, chyba naprawdę im siebie brakowało, skoro żadne z nich nie chciało przepychać ostatniego słowa, czy chociaż drobnego kontrargumentu, ale to dobrze, pewnie niedługo wszystko wróci do normy, a mogli się nacieszyć tym, jakże spokojnym, wspólnym początkiem.
- Coś w tym jest, ale lubię sama załatwiać swoje sprawy. - Przecież wiedział. Rzadko kiedy przychodziła do niego po pomoc, raczej ze wszystkim radziła sobie sama, chyba, że było naprawdę źle i brakowało jej pomysłów, wtedy szukała innych rozwiązań, innego spojrzenia na problem. Nie był to jednak jej typowy sposób działania.
Oczywiście, że gdyby faktycznie miała swojego osobistego ochroniarza, to nie musiałaby się zajmować wszystkimi pierdołami i skupiać tylko na tym, co było faktycznie istotne, jednak wiedziała, że prędzej, czy później zacznie jej tego brakować. Yaxleyówna potrzebowała od czasu do czasu komuś przyłożyć, pokłócić się, pokazać, gdzie było jego miejsce. Nie należała do osób, którym sprawiało to problem.
- Jestem w stanie to rozważyć, wiesz? - Skoro sam zaproponował jej to, że będzie jej psem gończym, to nie widziała nic przeciwko temu, oczywiście o ile nie weźmie na siebie zbyt wiele, bo jeszcze by się zanudziła, jak odciąłby ją od większości rzeczy, którymi się zazwyczaj zajmowała. Była przyzwyczajona do tego, że raczej nikt jej nie pomagał, przynajmniej przez ostatnie półtora roku.
Nie sądziła, że to było najlepszym rozwiązaniem, wiedziała, że dobrze było mieć u swojego boku kogoś, kogo mogła poprosić o wsparcie, bo czasem brała na siebie zbyt wiele, co nie kończyło się zbyt dobrze, ostatnio czuła tego konsekwencje, to lato bowiem nie należało do najprostszych. Miała wiele naglących spraw, którymi musiała się zajmować, a jak to się skończyło? Widziała. Nie była w stanie poświęcić odpowiedniej ilości czasu na wszystkie problemy, więc każdy został potraktowany po macoszemu, nie do końca tak, jakby chciała, ale musiała sobie przecież radzić, czyż nie? Teraz mogło być tylko lepiej, powoli bowiem wracali do tego, co kiedyś mieli. Nie była już sama, Roise nigdy nie był obojętny na jej problemy, nie, żeby sama ochoczo je na niego zrzucała, ale dobrze było wiedzieć, że może na niego liczyć, że miała w nim wsparcie.
- Mogę się na tyle zgodzić. - To nie było w końcu, aż tak wiele, prawda, pięć, czy sześć krzaków, no oczywiście w zależności od tego, jakiej miały być wielkości, a z tym też mogło być różnie, nie sądziła jednak, że Ambroise zamierzał przejąć cały strych, inaczej przecież nie proponowałby jej jego, jako jej pomieszczenia. Musiała pomyśleć nad tym, co zrobić ze swoją bronią, miała jej sporą kolekcję, a większość jednak znajdowała się w tym mieszkaniu. Zresztą nie rozmawiali jeszcze na temat tego, gdzie właściwie zamierzali zamieszkać. Piaskownica była ich wspólną własnością, jednak znajdowała się daleko od Londynu, czy powinni wrócić do tego, co robili kiedyś? Zaszywali się w Whitby od czasu do czasu, w siedemdziesiątym pierwszym stało się ono również miejscem, w którym zamieszkali, to pewnie też wypadałoby przegadać. Tyle, że aktualnie nie było to też takie proste, bo nie byli już zupełnie sami, mieli, w sumie to ona miała pod opieką Astarotha, no a jeśli ona miała to właściwie było to również ich wspólnym problemem.
- Oczywiście, że jesteśmy. - Nie mogłaby zaprzeczyć jego słowom, prawda? Powtarzali sobie ciągle o tej wyjątkowości, zresztą naprawdę w to wierzyła, to nie były tylko puste słowa rzucane na wiatr. Szczególnie razem, razem byli najlepszym, co mogło się im przytrafić.
- Wszystko zaczyna się rozjaśniać. - Oczywiście, że nie wziąłby sobie pierwszego, lepszego towaru, prawda? Mógł mieć każdy, który zwróciłby jego uwagę, a jednak sięgnął po nią, na pewno miał ku temu konkretne powody.
- To nie tak, że liczy się dla mnie zdanie innych, po prostu sam wiesz, jak to wygląda, czas płynie. - Nie miała już dwudziestu lat, zdawała sobie sprawę, że upływ czasu nie był czymś korzystnym, jej organizm również się starzał, a w pewnych sprawach mogło to powodować komplikacje, oczywiście, wiedziała, że nie jest jeszcze, aż taka stara, ale kto wie kiedy właściwie zaczną realizować te plany.
- Nie wiem, pojawiają się myśli przeróżne, może niepotrzebnie. - Zazwyczaj nie rozdrabniała się jakoś szczególnie, ale ostatnio analizowała sprawy nieco dokładniej, niż kiedyś. Naprawdę chciała, aby teraz było inaczej, nie wracać do przeszłości, nie popełniać tych samych błędów, ułożyć wszystko lepiej, na nowo.
Nie powinny jej dziwić, jego kolejne słowa, bo przecież wiedziała, że już kiedyś to planował, tyle, że to wcale nie było dla niej tak oczywiste, bo cały ten plan brzmiał bardzo poważnie, tyle, że przecież zawsze tego chcieli. W końcu musieli podjąć te oficjalne kroki, a aktualnie szkoda było marnować czas. Byli pewni swoich uczuć, nie chcieli spędzić życia z nikim innym, to chyba był odpowiedni czas na takie deklaracje. - Nie zamierzam Ci tego utrudniać. - Gdy była młodsza to nie było dla niej wcale takie oczywiste, nieco jednak zmieniła swoje podejście, już wiedziała, że nie chodziło tylko i wyłącznie o spełnienie jej oczekiwań, że to nie było wymuszone, Roise faktycznie tego chciał. - Chętnie ominęłabym ten punkt związany z szopkami. - Na pewno o tym wiedział, niestety ludzie ich pokroju musieli zachowywać się w pewien sposób, nie mogli tego opuścić, bo nie wyglądałoby to dobrze, prędzej, czy później jednak skończą we właściwym miejscu i nie będą się musieli nikim, ani niczym przejmować.
Nie spodziewała się, że będą dzisiaj rozmawiać o ewentualnym potomstwie, ale może właściwie dobrze, że się tak stało, mogli sobie wszystko jakoś ułożyć, zobaczyć swoje podejście i oczekiwania. Przymknęła oczy na chwilę, zastanawiała się nad tym, co mówił. Właściwie to miało sens. - Wyciągnąłeś bardzo silny argument. - Faktycznie nie chciałaby skończyć z pąklem pokroju Pottera. To mogło być bardzo problematyczne, cóż, wiedziała też, że jeśli mieliby już potomstwo to na pewno chcieliby dać dzieciakowi wszystko, co najlepsze. Gdyby był to jeden dzieciak - mogliby przesadzić. Jej rodzice zapewne również nie mieliby granic w rozpieszczaniu wnuka lub wnuczki, bo raczej nie zapowiadało się na to, aby któryś z jej braci zamierzał powiększyć rodzinę, zresztą Astaroth nawet jeśli by chciał, to nie mógł, a James... James znowu zniknął chuj wie gdzie. Była tylko ona.
- Kilka pąkli, nie brzmi aż tak źle, o ile to nie będą zbyt duże ilości, bo mogłabym tego nie przeżyć. - Jasne, była wyjątkowo wysportowana, ale każde ciało miało swoje granice, prawda? Nie do końca umiała sobie wyobrazić siebie z dzieciakiem w swoim ciele, ale na pewno jakoś to ogarnie, prawda? Zresztą czymże właściwie było dziewięć miesięcy na tle całego życia.
- Nie do końca chodzi o uwiązanie, tylko wiesz, będę musiała uważać, przynajmniej w między czasie, jak już okaże się, że nam się udało, ale powinnam sobie z tym poradzić. - Będzie trzymać się domu, te kilka miesięcy nie powinno być dla niej, aż takie problematyczne. Oczywiście nie zakładała, że nagle całkowicie zmieni styl życia, bo nie potrafiłaby usiedzieć w domu opiekując się dziećmi, jednak wiedziała, że da się to wszystko jakoś ze sobą pogodzić. W końcu gdy zaczęła żyć z Roisem przestała tak często opuszczać granice kraju, raczej trzymała się Wielkiej Brytanii i też nie czuła się w żaden sposób przez to pokrzywdzona. Jedna, dwie dłuższe wyprawy w roku powinny jej wystarczyć do szczęścia.
- Do tej pory? Moim zdaniem już dawno powinieneś wypiąć się na Munga. - Nie zamierzała nawet udawać, że ma inne zdanie. Ambroise od lat starał się o ten awans, a dalej nikt mu go nie dał. Wiedziała, że nie chodzi o jego braki w wiedzy, czy doświadczeniu, a raczej tylko i wyłącznie o to, że zawsze znajdował się ktoś lepszy, kto przypadkowo był znajomym dyrektorki Munga. Oczywiście nie działo się tak bez przyczyny, prawda? Potrafiła połączyć kropki, a nie uważała się za szczególnie bystrą jeśli chodzi o takie sprawy.
Tak właściwie to chyba nie widziała nic w złego w tym, aby pokusić się na te dwa, czy nawet trzy pąkle. W sumie przynajmniej mieliby pewność, że gdy ich zabraknie nie zostaną same na tym świecie. Z drugiej strony mieli to szczęście, że Roth był wampirem, na pewno do tego czasu już się ogranie i będą mogli wymagać od niego tego, że będzie miał oko na ich rodzinę, gdy ich zabraknie na tym świecie, ten cały wampiryzm miał jednak swoje plusy.
- To dziwne, w sensie, no nie spodziewałam się tego, że nagle postanowią sobie zrobić nowe dziecko. Nie wyobrażam sobie, żeby nagle Jen mi powiedziała, że będę mieć braciszka, albo siostrzyczkę. - Bo przecież mieli już swoje lata. Tak samo, jak ojciec Ambroisa, który swoją drogą był niemalże nieobecny na miejscu, więc nie spodziewała się, że miałoby się to zmienić. Jej chłopak od wielu lat robił za głowę rodziny, chociaż nią nie był, zajmował się swoją macochą i siostrą, chociaż nie powinno to być jego obowiązkiem.
- Jak mniemam to miał być Twój problem, a nie jego? - Brzmiało to naprawdę bardzo źle, zwłaszcza, że Ambroise powinien po prostu zajmować się swoim własnym życiem, a nie brać na siebie obowiązki swojego rodzica, też był tylko i wyłącznie dzieckiem, miał prawo czuć się jak ono, oczekiwać wsparcia, a nie wiecznie przejmować się swoją własną rodziną.
- Pierdol to Roise, dlaczego masz ponosić odpowiedzialność za nieswoje dziecko? - Rozumiała, że wypadało angażować się w los swojej rodziny, ale czy na pewno był to jego problem, dlaczego po raz kolejny miał zajmować się rodzeństwem, już swoją siostrę wychowywał, to czas, aby naprawdę w końcu zajął się swoim własnym życiem, a nie ciągle paziował wszystkim członkom swojej rodziny.
- Niech on się tym martwi, to nie jest Twój problem, olej to po prostu i zobacz, jak się bawią w swoim cyrku. - Nie skomentowała w żaden sposób epitetów, jakimi określił siebie i swoją siostrę, chociaż może powinna to zrobić? Nie podobało jej się to, jak siebie widział w tym wypadku. - Nie jesteś kanalią, wręcz przeciwnie, martwisz się o wszystko i wszystkich, ale to też nie jest dobre, nie możesz wiecznie tego robić. - To przecież nie należało do niego, jego ojciec w końcu powinien odpuścić i zająć się tym, czym powinien, a jeśli tego nie chciał, to wypadało, aby bardziej panował nad swoim chujem i nie doprowadzał do takich sytuacji.
- Wiesz, że tu jestem, zawsze jestem, możesz na mnie liczyć. - Nie musiał jej za to dziękować, w końcu miała być jego oparciem, tak to wyglądało. Na dobre i złe, prawda? Nie musiał się przy niej ograniczać, czy hamować, zawsze tak było, mógł wyrzucić z siebie wszystko, co leżało mu na sercu. Może nie zawsze była w stanie znaleźć rozwiązanie, ale przynajmniej mogła go wysłuchać.
- To prawda. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym trafiła do innej rodziny. - Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie wszędzie było mile widziane, aby kobiety podążały swoją własną drogą, szczególnie taką jak ona, bo zajmowała się raczej typowo męskim zajęciem, i nikt nie widział w tym problemu, wręcz przeciwnie, ojciec zawsze zachęcał ją do przekraczania granic, mówił, że jest najlepsza i ma się nie przejmować tym, że z początku spoglądali na nią z rozbawieniem w oczach. Mówił, że bardzo szybko zmienią ton i tak się stało. Zaczęła być doceniana. Wiedziała, że nie znajdowałaby się w tym miejscu gdyby nie ich wsparcie i może zdarzało jej się drzeć koty z Jen, ale i ona nie dałaby jej skrzywdzić.
- Szkoda, bo już dawno powinno się to zmienić. - Mężczyźni w ich świecie jednak nie do końca chyba mieli takie zdanie, a szkoda, naprawdę było jej żal tego, jak wyglądało życie czystokrwistych czarodziejów. Nie chodziło tylko i wyłącznie o kobiety, które przez samą płeć znajdowały się na straconej pozycji, mężczyźni również nie mieli łatwo, a mimo wszystko nadal powtarzano te zachowania, nadal kontynuowano tradycje, w imię czego? Nie miała pojęcia. Nigdy tego nie rozumiała.
- I co się wtedy stanie? Może próbować, wiesz, ale ja się jej nie boję. - W końcu miała doświadczenie z Jen, naprawdę była wprawiona w walce z pomysłami silnych kobiet. Nie sądziła jednak, że ciotka będzie się jakoś specjalnie wtrącać w ich życie, no, może z Ambroisem nie miałaby problemu, ale ona? Ona nie znosiła, jak ktoś próbował jej coś sugerować, więc mogłoby dojść do ewentualnego spięcia, zresztą nie wydawało jej się, aby Ula faktycznie odwaliła coś takiego, znały się przecież.
- Tak, jasne, w końcu Ty potrafisz wszystko. - Nie mogła zaprzeczyć, prawda? Jej chłopak był najlepszy i znał się na wszystkim, to też ustalili już dawno temu. Nie było sensu się z tym kłócić.
- Bardzo okazjonalnie, wiesz przecież, że za nimi nie przepadam. - Sięgała po sukienki praktycznie tylko i wyłącznie wtedy, gdy musiała się pojawić w towarzystwie, bo wypadało. Gdyby nie to, chodziłaby pewnie na te spędy czystokrwistych w spodniach, ale wiedziała, że to nie wzbudzałoby aprobaty. - Sam widziałeś, co się stało ostatnio, gdy ubrałam sukienkę. - Nie mogła w nich swobodnie walczyć, na pewno zdawał sobie sprawę, które zdarzenie miała na myśli. To, kiedy zupełnie przypadkiem doszło do jej starcia z Rookwoodem. Nigdy przecież nie mogła zakładać, że nie nawinie się jej na drogę ktoś, komu trzeba będzie przyłożyć.
- Dziękuję za zgodę, ale jej nie potrzebowałam. - Często sięgała po jego koszule, jakoś tak od zawsze przypadkiem wpadały w jej ręce, a później na jej ramiona. Czuła się w nich wyjątkowo dobrze, a do tego otaczał ją zapach jej chłopaka, bardzo lubiła mu je kraść. Wiedziała, że do tego przywyknął, może nie powinna być, aż tak terytorialna, ale musiał się z tym pogodzić. -Zresztą wyglądają na mnie równie dobrze, co na Tobie, szkoda by było z tego nie korzystać. - Do tego Roise przykładał większą wagę do tego, co nosił, więc dzięki niemu i ona wyglądała bardziej elegancko, to rozwiązanie miało tylko i wyłącznie zalety, nie widziała żadnych wad.
- Faktycznie nie powinnam podważać Twojej specjalistycznej opinii... - Jakże mogła to zrobić. Ambroise zdecydowanie był ekspertem w temacie jej biustu, nie powinna w ogóle tego negować. - Eksperckie oko więc stwierdziło, że jest lepiej, cóż, powinnam się cieszyć? - Chyba tak, skoro doceniał jej atuty i mówił o tym w głos, nie pozostawało nic innego, jak zaakceptować ten komplement.
- Widzisz, ale czy gdyby nie moje skórzane spodnie, to mógłbyś, aż tak bardzo cieszyć oko? Nie, więc powinieneś się od nich odczepić. - Wiedziała, że jej tyłek wyglądał w nich wyjątkowo dobrze, to był kolejny argument za tym, aby nie pozbywać się ich ze swojej szafy, Roise musiał to zaakceptować, bo nigdy się to nie zmieni.
- Na szczęście możesz mnie obracać kiedy tylko masz ochotę. - Co do tego również mieli zgodność, szkoda by było, aby się ograniczał prawda? Zresztą raczej nigdy tego nie robił, miał w zwyczaju sięgać po to na co miał ochotę, zresztą tak samo jak ona.