Takich jak ten biedny, pierdolony Bones było dzisiaj zapewne sporo. Ciężko się dziwić skoro okazja na odwrócenie roli w kotka i myszkę przyszła tak nagle i nieoczekiwanie. Naprawdę rzadko, w zasadzie nigdy, magiczny parias miał to szczęście żeby odegrać się na swoich oprawcach. Na całym tym systemie prawnym i jego egzekutywą w postaci tych okropnych mord w mundurach. Stało się dokładnie tak jak Maddox często to przewidywał. Władza nie miała większych szans w bezpośrednim starciu z szarą masą poza marginesu. Było ich zwyczajnie więcej, a jedyne co mieli do stracenia to swoją wolność oraz życie, którego nie szanowali nawet w codziennych warunkach. Co dopiero, kiedy z nieba zaczął lecieć ten złowrogi popiół. Greyback żałował tylko, że suburbia nie potrafiły same się zorganizować do takiego anarchistycznego powstania, tylko do inspiracji potrzebowali nienawistnego Lorda.
To tylko Malfoy. Pomyślał teraz jak i za każdym razem. Nigdy nie rozumiał tej powszechnej spolegliwości wobec platynowych blondynów. Jakim cudem tak wielu obdartusów potrafiło być pobłażliwym wobec nich. Greyback osobiście nigdy nie ulegał temu wątpliwemu urokowi, nie dał się porwać tej ludowej nostalgii. Uważał, że tam gdzie spotyka się patrycjat z plebejuszami zawsze wychodził paskudny mariaż nie do przyjęcia. Co z tego, że byli biedni. Wciąż mieli te same zwyczaje, gesty i maniery z socjety. Obrzydliwy eliciarski sznyt z którym Maddoxowi nigdy nie było po drodze. Od awangardy z góry różnił ich jedynie zasobność sakiewek. A komuś takiemu, z oczywistym i oślizgłym rodowodem z wyższych sfer nigdy nie potrafiłby w pełni zaufać. Gdyby to od niego zależało z chęcią wysadziłby Orfeusza razem z całą resztą niewieściej gadzi z przestępczego kworum. Czysto z uprzedzeń wobec bogaczy i nie-bogaczy.
Ale takiej woli nie wyrażał Fenris, a co za tym, cała Sfora. Kosy nie było. Co nie znaczy, że zgoda panowała.
- Masz strasznie dużo zębów jak na tak długi jęzor. Westchnął ciężko, ewidentnie zniesmaczony każdym wyniosłym gestem i nadętą manierą w głosie. Co za wkurwiający paniczyk mu się trafił. A miało być kameralnie i dyskretnie. Randka na ziemi chyba zrozumiała, że to nie pomoc nadeszła, bo jęki i niezrozumiałe przez zniekształconą szczękę błagania o ratunek zamieniły się w łkania nieszczęścia. Podszedł bliżej tej wijącej się glisty, zostawiającej na zakurzonej posadzce krwawy ślad od z ran. Przygniótł go butem na łydce, tak aby ból wybił mu z głowy nędzne pomysły i próbie ucieczki od niego. - Nawet na moim miejscu dalej byłbyś wkurwiającą katarynką. Odparł przekornie, dając do zrozumienia, że całkiem w zadzie ma jego sugestie i paplaninę. Zjawił się chuj wie skąd i jeszcze dorzucał swoje trzy sykle choć to nie był ani przez moment jego interes. Nie pastwił się nad swoją ofiarą dla jej samego cierpienia. To był zwyczajny rewanż za wyrządzone krzywdy i straty jego grupie. Robił to, bo każdy kto następował na odcisk hybryd ze Sfory, musiał spotykać się z konsekwencjami. To była wyłącznie realizacja nabitego u nich rachunku. Przy okazji małe przesłanie dla kumpli z roboty Bonesa, bo trzeba było pielęgnować legendę. Bo to było to co robił kolektyw. Dbał o siebie wzajemnie. Nie liczył, że taki skrajny egocentryzm jak ten malarzyk będzie w stanie zrozumieć jego przesłanki, czym irytował go jeszcze bardziej.
Jednak na ten wierszyk uśmiechnął się mimowolnie, bo czasem ludowe mądrości z Nokturnu były bardzo proste, ale zarazem bardzo adekwatne i punkt. Ciężko mu się było z nim nie zgodzić w tym momencie, więc nie pobije go. Narazie. - A znasz ten? Kto nie morduje, ten kapuje? Uśmiechnął się ironicznie. Potem zacisnął swoje łapsko na butelce, którą trzymał w swoich rękach Malfoy. Nie przejmował się tym, czy wyraża zgodę na poczęstowanie się jego alkoholem. Zwyczajnie szarpnął mocniej, jeśli ten stawiał opór bo do flakoniku najwidoczniej był bardziej przywiązany, niż do prostego nosa. Był zdecydowanie większej postury i szerszy w barkach od aktorzyny, żeby przejmować się jego opinią. Trzeba było nie być cienką słomką i więcej trenować, jeśli nie podobał się przemocowy sznyt. Upił solidny łyk, w bardzo niechlujny sposób. Nadmiar płynu spłynął mu po policzkach i brodzie, rozpuszczając zaschniętą krew od pogryzień. W ironicznym uśmiechu prawie jak moko kauae, w drugą rękę wsadził paniczkowi stary, ale wciąż ostry brzeszczot. Idealny do zadawania bólu. - Widziałeś mnie. Teraz ja chcę zobaczyć ciebie, pchełko. Zaśmiał się bezdźwięcznie. Na Ścieżkach jedyną alternatywą do zmuszenia kogoś do milczenia na temat niewygodnych faktów przez oczywiste zamordowanie kogoś, była współodpowiedzialność. Dopiero kiedy oboje będą umoczeni krwią brygadzisty, będą tak samo winni jego przyszłej śmierci. Przy okazji ma szansę pozytywnie rozczarować Doxa, że nie był jedynie japującą, miękką pizdą.