16.04.2025, 14:46 ✶
"Myślisz, że nasze winy w ostatecznym rozrachunku okażą się lżejsze niż te? Myślisz, że w godzinie naszej śmierci będziemy dumni z naszych grzechów?"
Kiedyś Alexander zadawał sobie te same pytania. Kiedyś powiedziałby jej, żeby nigdy nie przestała o to pytać.
Kiedyś też Hrabia Monte Christo był jego ulubioną książką, czytaną wciąż na nowo, jak gdyby za tym kolejnym razem czekało na niego inne zakończenie. Bo Alexander nie lubił jak kończyła się ta powieść. Hrabia Monte Christo nie powinien odchodzić z Francji. Nie powinien pozwolić odejść swej ukochanej Mercedes. Nie, pomyślał, mnąc kolejne kartki, powinien wrócić z nią na wyspę If. Wrócić do więzienia, w którym umarł Edmond Dantes i narodził się Hrabia Monte Christo. Powinien uczynić miejsce swej kaźni swym domem. Powinien...
Gwałtownym gestem wyrwał garść stron od końca książki, pozwalając, aby porwał je wiatr. Pozwalając, aby uleciały jak nocne ćmy, miękko obijające się o siebie skrzydłami. Pozwalając, aby ginęły tak jak one, spalając się w ogniu, którego blask ukochały wyżej od swych motylich żyć. Patrzył jak spala się także wyrwana z jakiegoś tomiku poezji kartka, którą zdecydowała się cisnąć w płomienie jego towarzyszka. Bo w końcu przestał patrzeć w ogień, i zaczął patrzeć na nią.
W jej oczach zobaczył coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.
Coś budzącego grozę.
Coś życzliwego.
– Myślę, że nasz wstyd umiera z nami, tak jak i nasza duma – odparł łagodnie Alexander.
Nagle pojął, dlaczego ludzie dołączają do sekt.
Dlaczego pozwalają zrekrutować się do Naśladowców. Dlaczego wstępują w szeregi Śmierciożerców.
– Widziałaś już swoją śmierć, a ja widziałem swoją. Widzieliśmy rzeczy, o których inni nawet nie śnili. Budziliśmy się z tych snów z popiołem pod powiekami. Z krwią na rękach. – Wszystek wód władanych przez wielkiego Posejdona nie zdołałby zmyć krwi z jego rąk. Alexander zatrzasnął gwałownie na wpół wybebeszoną książkę, budząc do życia osiadłe na okładce drobinki popiołu. Popiół zawirował wokół niego i wokół siedzącej na murku obok dziewczyny. Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: krztusił się popiołem, gdy własne wizje pochłaniały go jak płomienie. – Tylko tyle po nas zostanie – dodał cicho Alexander. – Garstka popiołu i przepowiedni rzuconych na wiatr.
Nie mówił "ja", mówił "my". Dwoje przeklętych proroków rozmawiających w języku, którego nikt inny nie rozumiał. Mówił to nie po to, by się bronić – nie po to, by się usprawiedliwiać – tylko po to, by podzielić się z nią prawdą, która jego już nie raniła. Już nie. Mówił to, bo chciał by ktoś powiedział mu to samo, kiedyś, kiedy był młodszy, kiedy rzucał się w ogień, żeby wróżyć z płomieni. Teraz rzucił w ogień tylko resztę stronnic wydartych z książki. Bo teraz nie zastanawiał się nad zakończeniem tej powieści. Teraz po prostu je palił.
Kamienie, z których wzniesiono murek, były dziwnie ciepłe w dotyku. Alexander ściągnął na chwilę rękawicę, aby móc przesunąć dłonią po chropawej powierzchni.
Zanim zwrócił się do swojej towarzyszki, ostatni raz omiótł spojrzeniem pogorzelisko. Wokoło tylko martwe książki, z których wydarto historie, i martwe ciała, z których wydarto życie. Mimo to – a może właśnie dlatego – musieli pozostać czujni. Twarze tych, którzy przetrwali, trzeba było zapamiętać. Tych, którzy przeżyli ataki i wciąż walczyli. Trzeba było zapamiętać ich spojrzenia, znaczące ich blizny, sposób, w jaki zaciskali usta, zanim ruszyli do walki. Niedługo światło dnia miało odsłonić to, co skryła ciemność nocy, a wtedy, pomyślał Mulciber, wtedy wystarczy jedno drgnienie powieki, aby zdradzić. Zdradzony Edmond Dantes trafił do więzienia w zamku d'If. Alexander Mulciber nie zamierzał trafić do więzienia w Azkabanie.
– Chodź ze mną. – Wyciągnął rękę w stronę prorokini, gotowy do teleportacji. – Godzina naszej śmierci jeszcze nie nadeszła, a on potrzebuje naszych oczu.
Kiedyś Alexander zadawał sobie te same pytania. Kiedyś powiedziałby jej, żeby nigdy nie przestała o to pytać.
Kiedyś też Hrabia Monte Christo był jego ulubioną książką, czytaną wciąż na nowo, jak gdyby za tym kolejnym razem czekało na niego inne zakończenie. Bo Alexander nie lubił jak kończyła się ta powieść. Hrabia Monte Christo nie powinien odchodzić z Francji. Nie powinien pozwolić odejść swej ukochanej Mercedes. Nie, pomyślał, mnąc kolejne kartki, powinien wrócić z nią na wyspę If. Wrócić do więzienia, w którym umarł Edmond Dantes i narodził się Hrabia Monte Christo. Powinien uczynić miejsce swej kaźni swym domem. Powinien...
Gwałtownym gestem wyrwał garść stron od końca książki, pozwalając, aby porwał je wiatr. Pozwalając, aby uleciały jak nocne ćmy, miękko obijające się o siebie skrzydłami. Pozwalając, aby ginęły tak jak one, spalając się w ogniu, którego blask ukochały wyżej od swych motylich żyć. Patrzył jak spala się także wyrwana z jakiegoś tomiku poezji kartka, którą zdecydowała się cisnąć w płomienie jego towarzyszka. Bo w końcu przestał patrzeć w ogień, i zaczął patrzeć na nią.
W jej oczach zobaczył coś, czego nie spodziewał się zobaczyć.
Coś budzącego grozę.
Coś życzliwego.
– Myślę, że nasz wstyd umiera z nami, tak jak i nasza duma – odparł łagodnie Alexander.
Nagle pojął, dlaczego ludzie dołączają do sekt.
Dlaczego pozwalają zrekrutować się do Naśladowców. Dlaczego wstępują w szeregi Śmierciożerców.
– Widziałaś już swoją śmierć, a ja widziałem swoją. Widzieliśmy rzeczy, o których inni nawet nie śnili. Budziliśmy się z tych snów z popiołem pod powiekami. Z krwią na rękach. – Wszystek wód władanych przez wielkiego Posejdona nie zdołałby zmyć krwi z jego rąk. Alexander zatrzasnął gwałownie na wpół wybebeszoną książkę, budząc do życia osiadłe na okładce drobinki popiołu. Popiół zawirował wokół niego i wokół siedzącej na murku obok dziewczyny. Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: krztusił się popiołem, gdy własne wizje pochłaniały go jak płomienie. – Tylko tyle po nas zostanie – dodał cicho Alexander. – Garstka popiołu i przepowiedni rzuconych na wiatr.
Nie mówił "ja", mówił "my". Dwoje przeklętych proroków rozmawiających w języku, którego nikt inny nie rozumiał. Mówił to nie po to, by się bronić – nie po to, by się usprawiedliwiać – tylko po to, by podzielić się z nią prawdą, która jego już nie raniła. Już nie. Mówił to, bo chciał by ktoś powiedział mu to samo, kiedyś, kiedy był młodszy, kiedy rzucał się w ogień, żeby wróżyć z płomieni. Teraz rzucił w ogień tylko resztę stronnic wydartych z książki. Bo teraz nie zastanawiał się nad zakończeniem tej powieści. Teraz po prostu je palił.
Kamienie, z których wzniesiono murek, były dziwnie ciepłe w dotyku. Alexander ściągnął na chwilę rękawicę, aby móc przesunąć dłonią po chropawej powierzchni.
Zanim zwrócił się do swojej towarzyszki, ostatni raz omiótł spojrzeniem pogorzelisko. Wokoło tylko martwe książki, z których wydarto historie, i martwe ciała, z których wydarto życie. Mimo to – a może właśnie dlatego – musieli pozostać czujni. Twarze tych, którzy przetrwali, trzeba było zapamiętać. Tych, którzy przeżyli ataki i wciąż walczyli. Trzeba było zapamiętać ich spojrzenia, znaczące ich blizny, sposób, w jaki zaciskali usta, zanim ruszyli do walki. Niedługo światło dnia miało odsłonić to, co skryła ciemność nocy, a wtedy, pomyślał Mulciber, wtedy wystarczy jedno drgnienie powieki, aby zdradzić. Zdradzony Edmond Dantes trafił do więzienia w zamku d'If. Alexander Mulciber nie zamierzał trafić do więzienia w Azkabanie.
– Chodź ze mną. – Wyciągnął rękę w stronę prorokini, gotowy do teleportacji. – Godzina naszej śmierci jeszcze nie nadeszła, a on potrzebuje naszych oczu.
// Korzystam storytellingowo z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie) i wysokiej percepcji, żeby móc wyczuć intencje Scylli.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat