Biedna Victoria. Tak bardzo jej współczuł, ale nie chciał pokazywać tego współczucia w swoim spojrzeniu. Tego żalu, jaki czuł, że cierpiała z powodu bycia ofiara czegoś większego. Kogoś większego. Jakichś sił, na które nie mieli wpływu. Nawet wielcy tego świata mieli mizerne. Ukształtowana została przez swoją matkę, ale ile było w niej Izabeli? Ile było babki, która podzieliła się z nią cząstką siebie? A raczej - z którą wymieniła się cząstką siebie. Biedna, biedna Victoria. Bohaterka w jego oczach, ktoś silny, o swoich własnych perspektywach. Nie zawsze musieli się w nich zgadzać. Pojęcie tego, co "należy". Należało jej pomóc, a przecież na to sam nie miał wpływu. Mógł tylko biernie obserwować, jak wewnętrzne drżenie rozregulowuje Victorię od środka. A ona nadal prezentowała się na tę samą, dumnie wyprostowaną kobietę.
Uśmiechnął się na jej zgodę na ćwiczenia. Czy to w ogóle miało szansę jej pomóc? Może? Chyba? Nie miał pojęcia. Chciał, żeby jej pomogło. Może pomoże również jemu samemu..? Tak, chciał poćwiczyć, ale to okienko widział jako jakaś szansa dla niej, żeby wzmocniła swoje zdolności. O ile w ogóle on sam będzie stanowił dla niej jakiekolwiek wyzwanie. Niby był pewien swojego głosu... a kiedy myślał o konfrontacji - wcale już taki pewny nie był.
- Dzień dobry. - Laurent uśmiechnął się czarująco do czarownicy i lekko pochylił, wyciągając dłoń w staromodnym zwyczaju, jaki nakazywał ucałowanie paluszków damy na powitanie. Staromodnym? Albo po prostu uporczywie wpisanym w ramy zachowań rodów czystej krwi, które kochały swoją kulturę wetkniętą w zamierzchłe wieki. Właściwie to nie wiedział, czy Lorelei jest mężatką, czy też nie, więc chwilowo bezpiecznie obszedł konieczność wyboru między "pani" a "panienka". - Doprawdy? To dla mnie zaszczyt - gościć jako echo między czarującymi alejkami Maida Vale. - Wyprostował się po dopełnieniu powitania. - Wzajemnie. Sławna opiekunka klejnotu ogrodniczego Anglii - poznanie takiej persony osobiście to prawdziwy zaszczyt. - Kwestię Louvaina pominął z bardzo prostej przyczyny - nie wypadało mu obgadywać tak swobodnie członka rodziny obu Pań. Chociaż na ploteczki był bardzo łasy i lekko błysnęły mu oczy słysząc o zrywaniu róż dla "tajemniczych lubych".
- Tak, to jedna z nich. Przychodzimy z bardzo nietypowym zagadnieniem. Historia tych kwiatów - sięga kilku wieków wstecz, prawda? Być może czasu, kiedy rodzina Lestrange się tutaj zadomawiała? - Z ciekawością spojrzał na trzymany przez Victorię kwiat, nim znów spoczął morskimi źrenicami na niewieście. - Czy istnieje prawdopodobieństwo, że w jakiś sposób przebudziły się przez anomalie wywołane wydarzeniami na Beltane?