Londyn płonął. Ich kamienica płonęła. Ich mieszkanie. Wszystko, co posiadali, poza tym, co mieli aktualnie przy sobie. Płonęły ulice. Z pewnością płonęli też ludzie. Ogień pochłonął również ich poczucie bezpieczeństwa. Krzyki, płacze, kaszel, trzask płomieni i huk walących się budynków mieszały się w koszmarną symfonię, która ściskała serce i krtań, wpijając się w pamięć, by później dręczyć ocalałych koszmarami.
Stał nieco oddalony od powoli rozchodzącego się tłumu lokatorów kamienicy, nieco osmolony i poparzony, ale żywy. Prawie nie czuł pieczenia w zaczerwienionej dłoni, wcześniej oblanej gorącą herbatą. Dym, który wżarł się w ubrania, drażnił nozdrza i gardło, zmuszając do kaszlu. Nie potrafił odwrócić wzroku od płomieni, górujących nad kamienicą.
Wszystko pochłonięte przez czerwień, której o ironio, nie widział.
Nie usłyszał szczekania Benjiego. Nie usłyszał Jonathana, wołającego jego imię. Dopiero krzyk Rity wyrwał go z tego odrętwienia, a gdy odwrócił się w ich stronę, otoczyły go ramiona jego ojca chrzestnego.
Nie odwzajemnił uścisku, nie zapewniał, że wszystko było z nim w porządku. Że żył. Że ogień go nie sięgnął. Nie mówił nic nawet wtedy, gdy Jonathan odsunął go na wysokość ramion i zadał pytania. Patrzył na wuja, potem na siostrę. Znów na wuja. Znów na siostrę.
-Wy... Tutaj... Co wy tu robicie? - wymamrotał bez namysłu. -Tu nie jest... Wszystko płonie...
Biedny Benji kulił się u stóp Rity, nieśmiałym kołysaniem ogona pokazując, że cieszył się na ich widok.
-Mama była... Była w pracy... Prawda? - głos zaczynał mu wracać. -Theo... Nie pamiętam, gdzie miał być... W pracy?... Był z wami?... Jest tu? - rozejrzał się, szukając wzrokiem młodszego brata.
Dym wciąż drażnił płuca.
!Strach przed imieniem