05.02.2023, 02:30 ✶
Bywały takie chwile w życiu, gdy po prostu było miło. Proste, zwykłe, powielane wielokrotnie czynności, które tylko przypadkiem na dłużej zapadały w pamięć. Z wiekiem Patrick nauczył się je doceniać szczególnie. To była jedna z takich chwil. Przyjemny spacer przez ulicę Pokątną (nawet jeśli miał się zakończył średnio przyjemną rozmową z informatorem na Nokturnie).
Auror szedł obok Brenny Longbottom ulicą, słuchał jej wesołej paplaniny a dookoła nie działo się nic szczególnego. Żadnego ataku Śmierciożerców, żadnego Lorda Voldemorta, żadnej awantury, żadnej bójki, żadnego przepychania się. Mijali ich inni czarodzieje. Jakieś dwie czarownice wyszły ze sklepu, niosąc zapakowaną nową szatę, którą kupiła jedna z nich. Zastanawiały się nad tym, czy na pewno wybrały dobry kolor i właściwy krój.
Ale Patrick obrzucił je tylko obojętnym spojrzeniem, z zainteresowaniem śledząc słowa Brenny. Był sobie w stanie nawet wyobrazić, jak to mogło wtedy wyglądać. Brennę Longbottom, jako nagłe wcielenie czujności, które pragnęło tylko ciszy i braku zainteresowania postronnych gapiów, by mogło skupić się na powierzonym jej zadaniu i skaczącego wokół niej Johny’ego Plumpa, któremu buzia się nie zamykała. Zdążył już poznać Plumpa, i jego nazwisko dobrze oddawało posiadaną fizjonomię. Johny był niskim, grubawym facecikiem z łysiną i mnóstwem niespożytej energii. Tylko przypadkiem zawsze kierował ją w stronę szemranych interesów i zbyt łatwych inwestycji, które miały mu w krótkim czasie przynieść mnóstwo pieniędzy.
- Zgarniałem go, gdy próbował handlować srebrem goblinów – wtrącił do słów swojej towarzyszki, gdy ta na chwilę zamilkła. – Jak możesz się domyślić, to nie było srebro goblinów. W sumie to nie było nawet srebro. Zrozumiał jak wielką wyświadczam mu przysługę dopiero wtedy, gdy przed drzwiami jego kantynki stanął wściekły goblin – uśmiechnął się pod nosem, choć w tamtym momencie wcale nie było mu do śmiechu. – Jeśli to nie jest jakiś jego kolejny szwindel, pewnie teraz pluje sobie w brodę, że oddał ci kupon za parę sykli.
Być może to nie świadczyło szczególnie dobrze o naturze Stewarda, ale był sobie w stanie wyobrazić irytację Johny’ego, gdy zrozumiał, że właśnie przeleciała mu przed nosem okazja do zarobienia kilku galeonów. Skoro jeszcze nie odwiedził Brenny z jakimś wyjątkowo pokrętnym wyjaśnieniem, dlaczego miałaby mu zwrócić kupon, to najprawdopodobniej nie wiedział jaki skarb jej oddał. Co, patrząc na jego długą listę prób zdobycia fortuny, było naprawdę zabawne.
Przystanął przed siedzibą gazety. Wzruszył ramionami, gdy czarownica zaczęła się przed nim tłumaczyć.
- Daj spokój. Mam taką ochotę iść na Nokturn, że z największą przyjemnością poczekam na ciebie choćby i piętnaście minut – zapewnił ją.
Był też przekonany, że informator nigdzie im nie ucieknie. Będzie czekał choćby i do wieczora, byle tylko zgarnąć swoją dolę za przekazane informacje. W odróżnieniu od Brenny, Patrick nastawiał się trochę jednak, że tym razem będzie miał do powiedzenia coś bardziej istotnego niż: „wczoraj kręciło się tu trzech podejrzanych czarodziei, nigdy wcześniej ich tu nie widziałem, mieli maski na twarzach”. Niby każda informacja mogła być potencjalnie cenna, ale… no ale nie każda. Zwłaszcza jeśli potem miałoby się okazać, że trójka podejrzanych czarodziei w maskach, naprawdę była trójką czarodziei w maskach, którzy szli na jakieś przyjęcie urodzinowe a te maski, co widział, to nosili na ustach, nie na oczach.
- Jakbyś chciała to mogę wejść z tobą – rzucił jeszcze, ale sam nie pchał się do środka.
Przystanął trochę z boku, by nie tarasować wejścia. Obserwował sylwetkę Brenny, gdy ta znikała w kamienicy.
Auror szedł obok Brenny Longbottom ulicą, słuchał jej wesołej paplaniny a dookoła nie działo się nic szczególnego. Żadnego ataku Śmierciożerców, żadnego Lorda Voldemorta, żadnej awantury, żadnej bójki, żadnego przepychania się. Mijali ich inni czarodzieje. Jakieś dwie czarownice wyszły ze sklepu, niosąc zapakowaną nową szatę, którą kupiła jedna z nich. Zastanawiały się nad tym, czy na pewno wybrały dobry kolor i właściwy krój.
Ale Patrick obrzucił je tylko obojętnym spojrzeniem, z zainteresowaniem śledząc słowa Brenny. Był sobie w stanie nawet wyobrazić, jak to mogło wtedy wyglądać. Brennę Longbottom, jako nagłe wcielenie czujności, które pragnęło tylko ciszy i braku zainteresowania postronnych gapiów, by mogło skupić się na powierzonym jej zadaniu i skaczącego wokół niej Johny’ego Plumpa, któremu buzia się nie zamykała. Zdążył już poznać Plumpa, i jego nazwisko dobrze oddawało posiadaną fizjonomię. Johny był niskim, grubawym facecikiem z łysiną i mnóstwem niespożytej energii. Tylko przypadkiem zawsze kierował ją w stronę szemranych interesów i zbyt łatwych inwestycji, które miały mu w krótkim czasie przynieść mnóstwo pieniędzy.
- Zgarniałem go, gdy próbował handlować srebrem goblinów – wtrącił do słów swojej towarzyszki, gdy ta na chwilę zamilkła. – Jak możesz się domyślić, to nie było srebro goblinów. W sumie to nie było nawet srebro. Zrozumiał jak wielką wyświadczam mu przysługę dopiero wtedy, gdy przed drzwiami jego kantynki stanął wściekły goblin – uśmiechnął się pod nosem, choć w tamtym momencie wcale nie było mu do śmiechu. – Jeśli to nie jest jakiś jego kolejny szwindel, pewnie teraz pluje sobie w brodę, że oddał ci kupon za parę sykli.
Być może to nie świadczyło szczególnie dobrze o naturze Stewarda, ale był sobie w stanie wyobrazić irytację Johny’ego, gdy zrozumiał, że właśnie przeleciała mu przed nosem okazja do zarobienia kilku galeonów. Skoro jeszcze nie odwiedził Brenny z jakimś wyjątkowo pokrętnym wyjaśnieniem, dlaczego miałaby mu zwrócić kupon, to najprawdopodobniej nie wiedział jaki skarb jej oddał. Co, patrząc na jego długą listę prób zdobycia fortuny, było naprawdę zabawne.
Przystanął przed siedzibą gazety. Wzruszył ramionami, gdy czarownica zaczęła się przed nim tłumaczyć.
- Daj spokój. Mam taką ochotę iść na Nokturn, że z największą przyjemnością poczekam na ciebie choćby i piętnaście minut – zapewnił ją.
Był też przekonany, że informator nigdzie im nie ucieknie. Będzie czekał choćby i do wieczora, byle tylko zgarnąć swoją dolę za przekazane informacje. W odróżnieniu od Brenny, Patrick nastawiał się trochę jednak, że tym razem będzie miał do powiedzenia coś bardziej istotnego niż: „wczoraj kręciło się tu trzech podejrzanych czarodziei, nigdy wcześniej ich tu nie widziałem, mieli maski na twarzach”. Niby każda informacja mogła być potencjalnie cenna, ale… no ale nie każda. Zwłaszcza jeśli potem miałoby się okazać, że trójka podejrzanych czarodziei w maskach, naprawdę była trójką czarodziei w maskach, którzy szli na jakieś przyjęcie urodzinowe a te maski, co widział, to nosili na ustach, nie na oczach.
- Jakbyś chciała to mogę wejść z tobą – rzucił jeszcze, ale sam nie pchał się do środka.
Przystanął trochę z boku, by nie tarasować wejścia. Obserwował sylwetkę Brenny, gdy ta znikała w kamienicy.