17.04.2025, 04:06 ✶
Widermere było i przeminęło - nie minęło w sumie dużo czasu, ale wszystko zdawało się toczyć dalej do przodu, jakby wydarzenia nad jeziorem wcale nie były takie istotne. Jak zwykle, sprawą zajął się Departament Tajemnic, odcinając wszystko i wszystkich. Oprócz tego czaszka zabrana z miejsca została wyegzorcyzmowana, więc w pewien sposób Atreus uważał ten rozdział za zamknięty i nie było sensu do niego wracać. Pamiętał Milles, pamiętał jak czuł się przy niej na pomoście, ale teraz? Teraz na nowo była pogiętą, skuloną dziewczyną która wyglądała jakby z Lecznicy Dusz uciekła, a nie ją wypuścili.
Moody miała też to szczęście lub nieszczęście, że Atreusa karty nigdy nie interesowały. Dla niego liczyło się najbardziej tu i teraz. Ruch i działanie, bez zbędnego gdybania nad tym co się działo, a karty posiadały pewną warstwę mistycyzmu. Podważały to co miało się w głowie, kazały się zastanawiać i dotykały nie tylko teraźniejszości, ale wskazywały powody i drogi do przodu. Nie musiał być więc aurorem by nie rozumieć zaserwowanego mu porównania. Był jednak facetem, który momentami miał zanadto głupie pomysły i humor, więc tylko uśmiechnął się do niej krzywo, jakby rozumiał ale w ogóle go te jej metafory nie jarały w tym momencie.
Może dlatego, że czekał właśnie na Brennę. Cholerną Brennę Longbottom, żeby zabrać ją na wydarzenie organizowane przez Muzę. Chciał tego, jakby nie patrzeć, ale w pewien sposób wciąż ciążyły mu jego własne decyzje i działania, jakby sprzeniewierzał się daleko sięgającej przyjaźni z Anthonym. Jakby z rozmysłem zbijał mu raz po raz nóż w plecy, a Borgin uśmiechał przy tym tylko, pozwalając mu na to celowo.
- No. Chce zapytać czy mi pożyczy te waszą wykałaczkę - odpowiedział, rozglądając się za siedzeniem i przysuwając się do stolika po drugiej stronie. - Należę. A co, zainteresowana? - uniósł lekko brew, przez moment jeszcze przyglądając się zebranym przez nią kartom. - Chcesz mi pociągnąć? W sumie skoro i tak czekam...? Możesz o cokolwiek chcesz. Nawet te swoje kielichy pełne wody.
Moody miała też to szczęście lub nieszczęście, że Atreusa karty nigdy nie interesowały. Dla niego liczyło się najbardziej tu i teraz. Ruch i działanie, bez zbędnego gdybania nad tym co się działo, a karty posiadały pewną warstwę mistycyzmu. Podważały to co miało się w głowie, kazały się zastanawiać i dotykały nie tylko teraźniejszości, ale wskazywały powody i drogi do przodu. Nie musiał być więc aurorem by nie rozumieć zaserwowanego mu porównania. Był jednak facetem, który momentami miał zanadto głupie pomysły i humor, więc tylko uśmiechnął się do niej krzywo, jakby rozumiał ale w ogóle go te jej metafory nie jarały w tym momencie.
Może dlatego, że czekał właśnie na Brennę. Cholerną Brennę Longbottom, żeby zabrać ją na wydarzenie organizowane przez Muzę. Chciał tego, jakby nie patrzeć, ale w pewien sposób wciąż ciążyły mu jego własne decyzje i działania, jakby sprzeniewierzał się daleko sięgającej przyjaźni z Anthonym. Jakby z rozmysłem zbijał mu raz po raz nóż w plecy, a Borgin uśmiechał przy tym tylko, pozwalając mu na to celowo.
- No. Chce zapytać czy mi pożyczy te waszą wykałaczkę - odpowiedział, rozglądając się za siedzeniem i przysuwając się do stolika po drugiej stronie. - Należę. A co, zainteresowana? - uniósł lekko brew, przez moment jeszcze przyglądając się zebranym przez nią kartom. - Chcesz mi pociągnąć? W sumie skoro i tak czekam...? Możesz o cokolwiek chcesz. Nawet te swoje kielichy pełne wody.