17.04.2025, 21:16 ✶
Dora miała to niewypowiedziane szczęście, że całe swoje życie żyła pod kloszem. Kloszem, który stworzył jej ojciec i który kultywowali Longbottomowie, kiedy przyjęli całą rodzinę zdrajczyni w Dolinie Godryka. Była cholerną szczęściarą, a mimo to chyba właśnie ta dobroć innych ludzi, która ukształtowała ją w taki, a nie inny sposób, miała być rzeczą która w końcu ją zgubi. Bo za tymi licznymi uśmiechami losu szła pewna naiwność, w której pozwolili jej wyrastać. Niedbałość i wiara, że wszystko będzie dokładnie tak samo jak do tej pory - że zwyczajnie będzie mogła nie myśleć o tym, że przeszłość wreszcie ją dopadnie, upominając się o krążącą w jej żyłach krew.
A kiedy jej przyjaciele i rodzina jej potrzebywali, to nie myślała jeszcze bardziej. Nie myślała o tym, że ta noc była idealnym momentem na to by wszyscy, którzy pielętnowali swoje zawiści w czterech ścianach swoich domów, teraz mogli dać jej upust na oczach wszystkich. Wystarczyło przecież tylko zakryć twarz i ruszyć w noc. A ona zwyczajnie powinna mieć to na uwadze i trzymać się na baczności bardziej jak zwykle.
Może też nie powinna biegać sama, bo nawet jeśli bardzo chciała żeby było inaczej, to marna była z niej wojowniczka. Była zielarką i rzemieślnikiem w pierwszej kolejności, a różdżka nawet jeśli się jej słuchała, to nie dodawała jej w cudowny sposób magicznej mocy i umiejętności, które do tej pory nieco zaniedbywała.
Crawley ścisnęła nieco mocniej pasek torby, a drugą dłonią trzonek różdżki, kiedy usłyszała chropowaty głos. To było głupie, ale w pierwszej kolejności faktycznie zadała sobie pytanie, co jeśli ta propozycja była szczera. Co jeśli znalazła właśnie przyjaciela, który tak jak ona był tej nocy w mieście po to, by zadbać o tych wszystkich którzy mieli mniej szczęścia? Zdążyła już zostawić fiolki z eliksirami zakonnikom, których spotkała wcześniej, sobie zostawiając zaledwie jedną z porcją eliksiru wiggenowego, tak na wszelki wypadek - najwyraźniej nie była aż tak nierozsądna, jak można by się tego spodziewać.
Dora zrobiła krok w tył, kiedy odwróciła się do mężczyzny, teraz rozpoznając w nim najgorszą osobę, którą mogła tego dnia spotkać na ulicy - śmierciożercę. Rozejrzała się mimowolnie, nieco trwożnie, kiedy wspomniał i kryjówce, ale otaczające ich budynki nie oferowały nic, co można było uznać za szybkie, łatwe i co ważniejsze - bezpieczne schronienie.
Uniosła różdżkę w pełnej gotowości, ale nie zaatakowała, nawet jeśli widziała jak mężczyzna zmierza w jej kierunku, krok za krokiem. Mogła znajdować się w sytuacji zagrożenia, ale nawet z pełną tego świadomością, nie była w stanie zaatakować pierwsza.
- Proszę, zostaw mnie. Nie chcę kłopotów - rzuciła głośno, ale głos jej trochę drżał.
A kiedy jej przyjaciele i rodzina jej potrzebywali, to nie myślała jeszcze bardziej. Nie myślała o tym, że ta noc była idealnym momentem na to by wszyscy, którzy pielętnowali swoje zawiści w czterech ścianach swoich domów, teraz mogli dać jej upust na oczach wszystkich. Wystarczyło przecież tylko zakryć twarz i ruszyć w noc. A ona zwyczajnie powinna mieć to na uwadze i trzymać się na baczności bardziej jak zwykle.
Może też nie powinna biegać sama, bo nawet jeśli bardzo chciała żeby było inaczej, to marna była z niej wojowniczka. Była zielarką i rzemieślnikiem w pierwszej kolejności, a różdżka nawet jeśli się jej słuchała, to nie dodawała jej w cudowny sposób magicznej mocy i umiejętności, które do tej pory nieco zaniedbywała.
Crawley ścisnęła nieco mocniej pasek torby, a drugą dłonią trzonek różdżki, kiedy usłyszała chropowaty głos. To było głupie, ale w pierwszej kolejności faktycznie zadała sobie pytanie, co jeśli ta propozycja była szczera. Co jeśli znalazła właśnie przyjaciela, który tak jak ona był tej nocy w mieście po to, by zadbać o tych wszystkich którzy mieli mniej szczęścia? Zdążyła już zostawić fiolki z eliksirami zakonnikom, których spotkała wcześniej, sobie zostawiając zaledwie jedną z porcją eliksiru wiggenowego, tak na wszelki wypadek - najwyraźniej nie była aż tak nierozsądna, jak można by się tego spodziewać.
Dora zrobiła krok w tył, kiedy odwróciła się do mężczyzny, teraz rozpoznając w nim najgorszą osobę, którą mogła tego dnia spotkać na ulicy - śmierciożercę. Rozejrzała się mimowolnie, nieco trwożnie, kiedy wspomniał i kryjówce, ale otaczające ich budynki nie oferowały nic, co można było uznać za szybkie, łatwe i co ważniejsze - bezpieczne schronienie.
Uniosła różdżkę w pełnej gotowości, ale nie zaatakowała, nawet jeśli widziała jak mężczyzna zmierza w jej kierunku, krok za krokiem. Mogła znajdować się w sytuacji zagrożenia, ale nawet z pełną tego świadomością, nie była w stanie zaatakować pierwsza.
- Proszę, zostaw mnie. Nie chcę kłopotów - rzuciła głośno, ale głos jej trochę drżał.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.