17.04.2025, 21:43 ✶
| Nie była to najprzyjemniejsza noc w życiu Eliasa. Właściwie to nie potrafił sobie przypomnieć, aby w ostatnich miesiącach spotkało go coś równie dramatycznego. A szło mu przecież tak dobrze! Trzymał się z dala od zamieszania na obchodach Beltane (bo kto by się bawił na jakiejś wioseczce, kiedy w mieście można było znaleźć jakieś kameralne imprezy w sąsiednich lokalach), a większość zagrożeń czyhających na czarodziejów w trakcie lata zdawała się go omijać szerokim łukiem. A teraz? Wszystko się waliło i paliło. I to kurwa dosłownie, skomentował w myślach, przeklinając pod nosem i starając się wepchać najpotrzebniejsze rzeczy do poszarpanej torby podróżnej, która zapewne pamiętała jeszcze czasy jego nauki w Hogwarcie. Najważniejsze rzeczy, a więc narzędzia dalej były w warsztacie, który, jak miał nadzieję, nie poczuł jeszcze na sobie gorących języków ognia. Parę pamiątek, parę ciuchów, szkicowniki, wzory mechanizmów, dokumenty... Cieszył się, że pedantyzm wyniesiony z pracy przeniósł na swoje osobiste lokum. Dzięki temu wszystko było na swoim miejscu, a więc nie musiał się babrać w morzu papierzysk. Jakim cudem w ogóle ten dzień się tak potoczył? Wszystkiemu winny jest hazard, rzucił bezgłośnie, imitując w głowie ton głosu swojej siostry. W sumie tym razem nawet miałaby trochę racji. Stracił część oszczędności podczas gry karcianej w jednym z pubów na Alei Horyzontalnej, a chwilę później został wmanewrowany w rolę asystenta Brygadzisty. On! Co gorsze, ta bohaterska postawa weszła mu w krew, bo zamiast zwiewać w stronę mugolskiej dzielnicy Londynu i przecinającą ją rzeki to postanowił zawrócić, co zaowocowało paroma dodatkowymi przygodami, jak na przykład bardzo głupią interwencją w imieniu napadniętej sąsiadki. Pokręcił głową, coraz to intensywniej kaszląc. Duszący dym zapewne niedługo dostanie się i do tego rejonu ulicy. — I oczywiście, jak zwykle, znikąd pomocy — mamrotał sobie bez sensu, przerzucając torbę przez ramię. Na moment zatoczył się do tyłu, bo torba zdawała się przeważać, jednak koniec końców udało mu się złapać równowagę. Rozejrzał się po raz ostatni po mieszkaniu: nie wiedział, co właściwie powinien zrobić. Zabarykadować część pomieszczeń? Narzucić na ostatnią chwilę jakieś zaklęcia zabezpieczające? Czy to cokolwiek by dało? Przecież nie był specjalistą od zaklęć obronnych. Do tej pory polegał na podstawowych czarach, które od wielu lat były wplecione w strukturę kamienicy- większości mieszkańców to wystarczało, chyba że mieli pieniądze na jakiegoś specjalistę. Elias nie miał. A więc obrona tego miejsca miała coraz mniejszy sens. Ogień był dziwny, o czym przekonał się, gdy znalazł z Brygadzistą tego wariata w ruinach innej kamienicy. I dalej nie wiedział, co właściwie sprawiało, że żywioł wydawał się tak... niestandardowy. Czy mieli do czynienia ze zwykłym zaprószeniem ognia? Magicznym płomieniem? Szatańską pożogą wypuszczoną na Londyn? Jeśli był to jakiś wariant tego ostatniego, to siedzenie tutaj było jak wyrok śmierci. Mało co było w stanie przetrzymać pożogę. Tak przynajmniej ich uczyli w szkole. Naprawdę nie chciał tego sprawdzać osobiście. Pozostawało więc jedynie modlić się, że mieszkanie jakoś przetrzyma do rana. — Niech Matka nas... b-broni — wystękał, zatrzaskując za sobą drzwi i wychodząc na korytarz. Dopiero wtedy doszły do niego znajome głosy. — A więc was też tutaj przywiało — skomentował zamiast powitania, zasłaniając usta dłonią i poprawiając pasek torby wpijający mu się w ramię. — Nieźle się porobiło co? — Powłóczył nerwowym spojrzeniem po całej grupie. — Widzieliście... Widzieliście, co się dzieje poza Horyzontalną? Sam nie miał okazji wyściubić nosa poza magiczną dzielnicą, a kto wie, może któreś z nich przebiło się tutaj z mugolskiego Londynu? |