Uniosła głowę, gdy usłyszała kroki rozlegające się na schodach. Spodziewała się zobaczyć Ambroisa, tyle, że to on się na nich znajdował. Był to jego przyjaciel, nie spodziewała się tego, że go tutaj spotkają, ale chyba powinna? Jego obecność wzbudzała w niej mieszane uczucia, z drugiej strony jednak dobrze było wiedzieć, że żył. Niby tak niewiele, a jednak jak na ten dzień to było naprawdę sporo. Nie wszyscy mieli się jutro obudzić. Wolałaby, aby wszyscy jej bliscy i bliscy Ambroisa dotrwali do poranka, nie chciała, aby którekolwiek z nich dzisiaj kogoś straciło, już to przeżyli, nie chciałaby tego powtarzać, bo na pewno trudno byłoby się pogodzić z kolejnym poczuciem straty, zresztą ledwie kilka dni temu dowiedziała się o śmierci Caina, nie sądziła aby dała radę przetrawić następną śmierć bliskiej sobie osoby. Zbyt wiele złego się ostatnio działo, zbyt często ich spotykały podobne sytuacje.
Nie zdawała sobie sprawy, jak blisko znajdowała się tego, żeby zostać jebnięta torbą, na szczęście do tego nie doszło, widziała, że Rookwood zrobił jakiś dziwny manewr, przez który niemalże spierdolił się ze schodów, na jej twarzy pojawił się uśmiech, cóż, może nie chciała, żeby umarł, ale nie miałaby nic przeciwko temu, żeby wywrócił się na ten swój głupi ryj, karma tak działała. Nie skomentowała jednak tego wyczynu, zamiast tego wpatrywała się po prostu w niego przez chwilę.
Ulżyło jej. Naprawdę jej ulżyło, gdy się odezwał. Kamień z serca. Jasne, spodziewała się tego, że Corio zadba o to, aby Fabian znalazł się z dala od tego piekła, mimo wszystko dobrze było usłyszeć tę wiadomość. - To dobrze. - Co innego miała powiedzieć. Nie zamierzała wspominać o tym, że dobrze wiedzieć, że on też, ale trochę tak czuła. Te pożary bardzo mocno zmieniały jej punkt widzenia różnych spraw, wcześniejsze reakcje wydawały się być głupie i błahe, szczególnie gdy miała już świadomość, jak szybko mogło się wszystko skończyć.
Poczuła, że jego wzrok unosi się ponad nią. Musiał zauważyć Astarotha, Roise chyba nie zdążył mu jeszcze powiedzieć o ich planach, bo sami zaczęli o tym dyskutować dopiero rano, musiała więc uprzedzić go o tym, że wampir, który się za nią znajdował był nietykalny. Nie wątpiła w to, że Benjy od razu ogarnął z kim ma do czynienia. - To mój brat, jest nietykalny. - Wolała o tym wspomnieć, żeby przypadkiem nie pomyślał o czymś głupim. Wiedziała, że wampir mógłby wzbudzić kontrowersje i zapewne nie był mile widziany, ale dla niej Roth był przede wszystkim bratem, a nie bestią.
Nie spodziewała się tego, co stało się później. Astaroth najwyraźniej znał Rookwooda. Geraldine spoglądała to na jednego, to na drugiego, coś jej kurwa umknęło. Zaskoczyło ją to, i wcale tego nie kryła, otworzyła usta i nie do końca wiedziała, co właściwie ma powiedzieć. Roth nie przestawał jej zaskakiwać.
- Nie na znajomego, a na mojego chłopaka. - Oczywiście, że musiała to podkreślić, bo brat najwyraźniej miał problem, aby zaakceptować fakt, że ona i Roise oficjalnie do siebie wrócili. Nie wątpiła, że Benjy będzie wiedział o kim mówi, przecież widział ich razem, zdawał sobie sprawę z tego, kim była dla Roisa, a był jego bratem, czy coś.
- Powiedzmy. - Mruknęła jeszcze do Astarotha, miała ochotę zapytać o to samo i jego, ale tego nie zrobiła, bo głupi by się domyślił, że oni też się znali, już po tej pierwszej reakcji.
Przeniosła wzrok na mężczyznę, który pojawił się zupełnie znienacka. Najwyraźniej w tej kamienicy znajdowało się sporo osób, kolejny z przyjaciół Ambroisa był bezpieczny, póki co chyba mieli spore szczęście. Ciekawe, jak długo będzie im towarzyszyć ta dobra passa. Co która osoba miała umrzeć? Do ilu powinni odliczać? Nie wątpiła w to, że wielu miało stracić życia dzisiejszej nocy.
- My byliśmy tylko na Horyzontalnej, cała płonie. - Odpowiedziała Eliasowi, nie miała pojęcia, jak wyglądała reszta Londynu, bo trzymali się głównie tej dzielnicy. - Mam wrażenie, że całe miasto zaczęło płonąć. - Widziała chmury, które okryły Londyn, nie miała złudnej nadziei, że jest inaczej.
W końcu usłyszała kolejny stukot na schodach, przeniosła wzrok nad Rookwooda, tuz za nim znajdował się Ambroise, cały i zdrowy, nie, żeby spodziewała się, że przez tę krótką chwilę mogłoby mu się coś stać, ale nie mogła tego przewidzieć, przecież te płomienie pojawiały się zupełnie znienacka, mogły zacząć pochłaniać właśnie jego mieszkanie.
Nie miała pojęcia, kim jest Prudence, więc to zdecydowanie nie było pytanie do niej, najwyraźniej chodziło o jakąś ich wspólną znajomą. - Klucze nie będą nam potrzebne, są bezpieczni. - Nie było więc sensu pakować się do mieszkania Corneliusa.