20.04.2025, 17:05 ✶
Cóż, nie wyszło - a to było już wręcz zabawne. Już nie wiedziała czy nawdychała się za dużo dymu, czy to za sprawą przebodźcowania, a może zwyczajnie tego dnia świat stwierdził, że będzie bardziej upośledzona niż zazwyczaj - no ale niezależnie od wszystkiego nie wyszło.
Poczuła silny uścisk i krótkie polecenie, a jednak nim zdążyła zareagować została pociągnięta - grzecznie rzucając się do ucieczki. Nie oglądała się za siebie, nie od razu, nie chcąc ich spowolnić, gdy przemykali pomiędzy ludźmi, mijając budynki, spanikowanych obywateli i tych już całkiem martwych obywateli. Cóż, z pewnością zakład pogrzebowy Lorraine zaliczy ogromne przychody już na początku miesiąca.
Bo wierzyła, że mimo wszystko ten stał. Stał i nic mu nie groziło, a przynajmniej taką nadzieje żywiła.
Czym prędzej odgoniła ów myśl, orientując się, że po raz kolejny wciąga samą siebie w wir myśli i obaw, które skręcały już w kierunku każdej bliskiej jej osoby. Szczególnie tych, których nie dane jej było ujrzeć.
Oparła się o ścianę, tak jak nakierował ją jej dupkowaty wybawca. Odczekała chwilę, nasłuchując czy prócz krzyków rozpaczy i ogólnej dramaturgii nie słychać ich oprawców, a jednak nikt albo ich nie gonił, albo zostali zgubieni.
-Hm? - Błękitne spojrzenie przesunęło się na chłopaka, słysząc pierwszy komentarz, który wywołał rozbawiony, krótki śmiech. Słuchała go dalej, a uśmiech na jej ustach zaczął się poszerzać, nabierając zadziornego wyrazu.
-Podziwiam... jeśli chociaż przez chwilę założyłeś, że może się z nim spotykać ktoś, kto posiada takowy instynkt - rzuciła zawadiacko, odbijając się od ściany, przechylając głowę w bok, a osypane popiołem platynowe loki przesypały się po jej ramieniu.
-No już... zabawnie było - stwierdziła, a błękitne ślepia skryły się częściowo za kotarami z kruczoczarnych rzęs, co nadało im kociego wyrazu. Czy bawiło ją, że mogli zginąć? W pewnym sensie owszem, szczególnie teraz, gdy byli już względnie bezpieczni, gdy nikt ich nie gonił. Gdy adrenalina, tak przyjemna i uzależniająca, powoli zaczęła opadać.
Apropo posiadania czy nie posiadania instynktu samozachowawczego by nie polemizowała, spotykała się z Baldwinem, a jej najlepszą przyjaciółką była Travers, która mimo czystego serca, również podzielała w pewny sposób skłonności samobójcze i zapędy do rzeczy skrajnie nierozsądnych - wystarczyło posłuchać o jej związku. A jednak to właśnie było piękne. Ten chaos, adrenalina wygrywająca na strunach duszy, rozlewająca się leniwie po ciele. Jak się bawić to się bawić...
-Cała i zdrowa, Kjære Sir -mruknęła z rozbawieniem, rozkładając ręce aby teatralnie okazać mu swój stan, a zaraz jedną z rąk wyciągnęła w jego kierunku.
-Scarlett Mulciber - zagaiła, a błękitne tęczówki pochwyciły jego spojrzenie - A ty? Skąd wiesz co mnie łączy z Baldwinem, ha?- skrzyżowała ręce na piersi, wpatrując się w niego intensywnie. Próbując sobie przypomnieć czy może kiedyś go nie spotkali, czy kiedyś go nie mijała, czy może nie siedział któregoś dnia w Eurydyce, gdy oni również tam przebywali - Nie wyglądasz jak nokturnowski patus - przechyliła głowę na drugi bok, jakoby chciała mu się lepiej przyjrzeć, spojrzeć pod innym kątem.
-Brygada, ta? to ściema? - podchwyciła. Czy on wyglądał na psa? Może trochę. Był dobrze zbudowany, charyzmatyczny i dupkowaty jak jednostki specjalne bywały. A jednak nie tylko służby takie są i mogło być to kłamstwo. Więc czy był psem? Psem na baby z pewnością, baby lubiły takich aroganckich dupków. Łobuz kocha najbardziej, czy coś takiego.
Malfoy raczej nie pałał miłością do służb, także była dość sceptyczna czy ten tu do nich może należeć. Ściemniał? być może. Poza tym dlaczego bronił jej tak zaciekle? - nawet fakt bycia członkiem brygady wydawał się jej niewystarczający. Czuła się trochę jakby bronił jej starszy brat. Znaczy przez duże "jakby" bo pierwszy brat jej nienawidził i życzył jej raczej śmierci, drugi zaś nie był wciągany przez nią w konflikty. Był bardziej jej oazą spokoju, wsparciem i pocieszeniem, aniżeli obrońcą. Szczególnie że zawsze chciała robić wszystko sama. To ona od małego uczyła się bić i przewyższała go sprawnością fizyczną - także Mulciber nie bronili bracia, a jej własne pięści. Chociaż ciężko mówić o obronie, gdy to Ona była często głównym agresorem, bezpośrednio bądź pośrednio wyżywając się na tych, którzy zaszli jej za skórę.
Niemniej jednak patrząc na zaciętość Aidana miała wrażenie, że tak właśnie broniłby jej brat, gdyby któryś z nich miał jej bronić, tak by to wyglądało. Ale on nie był jej bratem, był nieznajomym, który ewidentnie znał Baldwina. Nieznajomym, który wiedział również co łączy ją z Malfoyem - a jednak... była pewna, że nigdy go nie spotkała. Więc jak?
Poczuła silny uścisk i krótkie polecenie, a jednak nim zdążyła zareagować została pociągnięta - grzecznie rzucając się do ucieczki. Nie oglądała się za siebie, nie od razu, nie chcąc ich spowolnić, gdy przemykali pomiędzy ludźmi, mijając budynki, spanikowanych obywateli i tych już całkiem martwych obywateli. Cóż, z pewnością zakład pogrzebowy Lorraine zaliczy ogromne przychody już na początku miesiąca.
Bo wierzyła, że mimo wszystko ten stał. Stał i nic mu nie groziło, a przynajmniej taką nadzieje żywiła.
Czym prędzej odgoniła ów myśl, orientując się, że po raz kolejny wciąga samą siebie w wir myśli i obaw, które skręcały już w kierunku każdej bliskiej jej osoby. Szczególnie tych, których nie dane jej było ujrzeć.
Oparła się o ścianę, tak jak nakierował ją jej dupkowaty wybawca. Odczekała chwilę, nasłuchując czy prócz krzyków rozpaczy i ogólnej dramaturgii nie słychać ich oprawców, a jednak nikt albo ich nie gonił, albo zostali zgubieni.
-Hm? - Błękitne spojrzenie przesunęło się na chłopaka, słysząc pierwszy komentarz, który wywołał rozbawiony, krótki śmiech. Słuchała go dalej, a uśmiech na jej ustach zaczął się poszerzać, nabierając zadziornego wyrazu.
-Podziwiam... jeśli chociaż przez chwilę założyłeś, że może się z nim spotykać ktoś, kto posiada takowy instynkt - rzuciła zawadiacko, odbijając się od ściany, przechylając głowę w bok, a osypane popiołem platynowe loki przesypały się po jej ramieniu.
-No już... zabawnie było - stwierdziła, a błękitne ślepia skryły się częściowo za kotarami z kruczoczarnych rzęs, co nadało im kociego wyrazu. Czy bawiło ją, że mogli zginąć? W pewnym sensie owszem, szczególnie teraz, gdy byli już względnie bezpieczni, gdy nikt ich nie gonił. Gdy adrenalina, tak przyjemna i uzależniająca, powoli zaczęła opadać.
Apropo posiadania czy nie posiadania instynktu samozachowawczego by nie polemizowała, spotykała się z Baldwinem, a jej najlepszą przyjaciółką była Travers, która mimo czystego serca, również podzielała w pewny sposób skłonności samobójcze i zapędy do rzeczy skrajnie nierozsądnych - wystarczyło posłuchać o jej związku. A jednak to właśnie było piękne. Ten chaos, adrenalina wygrywająca na strunach duszy, rozlewająca się leniwie po ciele. Jak się bawić to się bawić...
-Cała i zdrowa, Kjære Sir -mruknęła z rozbawieniem, rozkładając ręce aby teatralnie okazać mu swój stan, a zaraz jedną z rąk wyciągnęła w jego kierunku.
-Scarlett Mulciber - zagaiła, a błękitne tęczówki pochwyciły jego spojrzenie - A ty? Skąd wiesz co mnie łączy z Baldwinem, ha?- skrzyżowała ręce na piersi, wpatrując się w niego intensywnie. Próbując sobie przypomnieć czy może kiedyś go nie spotkali, czy kiedyś go nie mijała, czy może nie siedział któregoś dnia w Eurydyce, gdy oni również tam przebywali - Nie wyglądasz jak nokturnowski patus - przechyliła głowę na drugi bok, jakoby chciała mu się lepiej przyjrzeć, spojrzeć pod innym kątem.
-Brygada, ta? to ściema? - podchwyciła. Czy on wyglądał na psa? Może trochę. Był dobrze zbudowany, charyzmatyczny i dupkowaty jak jednostki specjalne bywały. A jednak nie tylko służby takie są i mogło być to kłamstwo. Więc czy był psem? Psem na baby z pewnością, baby lubiły takich aroganckich dupków. Łobuz kocha najbardziej, czy coś takiego.
Malfoy raczej nie pałał miłością do służb, także była dość sceptyczna czy ten tu do nich może należeć. Ściemniał? być może. Poza tym dlaczego bronił jej tak zaciekle? - nawet fakt bycia członkiem brygady wydawał się jej niewystarczający. Czuła się trochę jakby bronił jej starszy brat. Znaczy przez duże "jakby" bo pierwszy brat jej nienawidził i życzył jej raczej śmierci, drugi zaś nie był wciągany przez nią w konflikty. Był bardziej jej oazą spokoju, wsparciem i pocieszeniem, aniżeli obrońcą. Szczególnie że zawsze chciała robić wszystko sama. To ona od małego uczyła się bić i przewyższała go sprawnością fizyczną - także Mulciber nie bronili bracia, a jej własne pięści. Chociaż ciężko mówić o obronie, gdy to Ona była często głównym agresorem, bezpośrednio bądź pośrednio wyżywając się na tych, którzy zaszli jej za skórę.
Niemniej jednak patrząc na zaciętość Aidana miała wrażenie, że tak właśnie broniłby jej brat, gdyby któryś z nich miał jej bronić, tak by to wyglądało. Ale on nie był jej bratem, był nieznajomym, który ewidentnie znał Baldwina. Nieznajomym, który wiedział również co łączy ją z Malfoyem - a jednak... była pewna, że nigdy go nie spotkała. Więc jak?