Z Jessiem nie było najlepiej tak samo przez szok, jak i pożar i dym, wdzierający się wszędzie, gdzie tylko sięgnął. Jasper miał rozbiegane myśli. Myślał o ogniu. Wspominał wybuch, który to wszystko rozpoczął. Myślał o panice ludzi. Zastanawiał się, ilu z lokatorów nie zdołało się uratować. Myślał o tym cholernym krześle, które jako jedyne nie zostało zniszczone przez pożar. Myślał o rodzinie, której nie było przy nim i nie wiedział, czy na pewno byli bezpieczni. Charlotte, Rita i Theo może byli odporni na ogień - coś, czego geny poskąpiły jemu - ale nie byli odporni na zaklęcia, gdyby doszło do bezpośredniego ataku. Myślał o Jonathanie. O Anthonym. O Morpheusu. I to wszystko na raz, tworząc w jego głowie chaos.
Jonathan i Rita byli tutaj. Przy nim. Cali i zdrowi. W Ministerstwie było bezpiecznie. Mama... Mama też była w Ministerstwie... Poszła do Gringotta? Powinno... Tam również powinno być bezpiecznie... Biedne gobliny, pomyślałby, gdyby był spokojniejszy. Theo w bibliotece, gdzie ogień nie dotarł. Anthony poszedł po niego. Dobrze... Wszystko powinno być w porządku...
-...A Morpheus?... Był w Ministerstwie?
Nie mówili tylko o nim...
Jessie przez dłuższą chwilę bez słowa wpatrywał się w siostrę, podczas gdy jego myśli wróciły do tej cholernej chwili, gdy rozpoczęła się tragedia. Popiół spadający z nieba, huk na górnych piętrach i strach Benjiego. Gdyby nie wyprowadził go z pokoju... Gdyby nie zamknął wtedy drzwi... Gdyby był w pokoju, gdy zaklęcie uderzyło...
-...Wszystko spłonęło - powiedział powoli, odwracając się do wuja. -Próbowałem... Zgasiłem ogień i... Wydaje mi się, że... Że damy radę je odnowić, ale... Teraz... Nie nadaje się... - spłonęło wszystko, poza tym cholernym krzesłem.
Mroczny Znak wisiał nad nimi, patrząc z góry i rozkoszując się strachem i zamętem, który wzbudził jego kreator. Vol-
Volde-
Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać...
Nawet w myślach nie potrafił wypowiedzieć jego imienia, przy każdej próbie czując, jakby język skamieniał mu w ustach.
-Powinniśmy... Powinniśmy stąd zniknąć... ONI wciąż mogą tu być.
Do tej pory Śmierciożercy nie napawali go strachem. Oczywiście, nie był na tyle głupi, by ich lekceważyć - z pewnością w szeregach Sami-Wiecie-Kogo byli czarodzieje od niego starsi, bardziej doświadczeni w pojedynkach i znający o wiele więcej zaklęć od niego. I z pewnością nie powstrzymywali się przed używaniem czarnomagicznych zaklęć.
Jessie byłby w stanie stanąć do pojedynku ze Śmierciożercą, świadomy, że z takiego pojedynku mógłby nie wyjść cały. Może nawet mógłby go nie przeżyć, ale zrobiłby to, bo chciał chronić rodzinę. Teraz jednak wolał nie kusić losu i nie czekać, aż któryś ze Śmierciożerców pokaże się przed nimi. Nie teraz, gdy z nim nie było najlepiej. Nie teraz, gdy była tu Rita, która, oczywiście, nie była słaba i bezbronna, ale Jessie wolałby, nigdy nie musiała walczyć o swoje życie.