Nie dostrzegła chmury dymu nad budynkiem, który próbowała wypatrzyć przez cukiernianą szybę. Być może rodzina Frankie była jednak bezpieczna, może nikt nie wiedział o ich powiązaniach związanych z Zakonem Feniksa. Czy właściwie jednak mogła zakładać, że ktokolwiek był bezpieczny? Płomienie wydawały się rozprzestrzeniać bardzo szybko, trawiły kolejne kamienice, spanikowani ludzie biegli po chodnikach, ulicach. To nie wyglądało jakby miało się szybko zakończyć, wręcz przeciwnie czuła, że chaos dopiero się rozpoczynał. Miała szczęście, że znajdowała się w Norze, tylko, czy aby na pewno? Niby zorganizowała sobie odpowiednie zabezpieczenia, ogień nie powinien zrobić tutaj większych szkód, tylko, co jeśli nie były to zwykłe płomienie, jeśli znajdowała się w nich magia, czy na pewno mogło wydawać jej się, że będą tutaj bezpieczni? Nie wiedziała jeszcze, co powinna myśleć o tym wszystkim, nie umiała znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Nie zamierzała jednak wyrzucać z cukierni gości, jeśli chcieli tutaj zostać, to droga wolna. Miała sporo wypieków, które była skłonna im przekazać, wiedziała, że ludzie lubili zajadać stres, to pomagało oderwać ich myśli od tego, co działo się wokół.
Pogłaskała Lady, którą miała na rękach. Nie zamierzała wypuszczać jej z dłoni, musiała mieć pewność, że kolejny z jej kociaków nie straci życia przez działania osób, które nie życzyły im dobrze. Salem w końcu poległ podczas Beltane, tam śmierciożercy poczuli się pewnie, szli po swoje nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Czuła, że to był kolejny pokaz ich siły. Nie spodziewała się jednak, że uderzą tak bezpośrednio, nie zakładała tego, jak widać nie do końca odpowiednio oceniła ich siły i zamiary, zresztą nie wydawało jej się, że ktokolwiek spodziewał się, że dojdzie do takiej demonstracji ich władzy.
Usłyszała głos dochodzący z wnętrza sali, odwróciła się nieco zbyt gwałtownie jak na siebie. Spoglądała na Samuela, w jej spojrzeniu mógł dostrzec niepokój. Raczej rzadko kiedy wyglądała w ten sposób. Nie do końca wiedziała, jak powinna ubrać w słowa, to co działo się w jej głowie. Szkoda, że to ona musiała ich uświadomić o tym, co działo się na zewnątrz.
Podeszła do narzeczonego całkiem szybkim krokiem, nie chciała krzyczeć na całe pomieszczenie tego wszystkiego, co kłębiło się w jej głowie. - Londyn płonie. - Nie przywitała się, nie odpowiedziała na jego pytanie, po prostu stwierdziła fakt, była przy tym śmiertelnie poważna.
Przeniosła wzrok na Mabel, która właśnie upuściła talerz na ziemię, podeszła do niej, zniżyła się nieco do poziomu dziewczynki. Musiała ją uspokoić, ona musiała czuć się bezpiecznie. - Nic się nie stanie, jesteśmy bezpieczni, wszystko będzie dobrze. - Ton jej głosu był bardzo spokojny, jak na to co działo się na zewnątrz.