05.02.2023, 16:51 ✶
Byłoby coś rozczulającego w tym, jak Daisy patrzyła na Mavelle, gdyby nie sytuacja, w której się znajdowały. A ta nie malowała się kolorowo, skoro nie miały magii do dyspozycji – bo wtedy po prostu można by się było stąd wynieść tak po prostu, bez konieczności przedzierania się przez mokradła i uważania na każdy krok. Żeby tylko nie nadepnąć na jakąś kłodę, która to wcale a wcale kłodą nie była…
No naprawdę, magio, gdzieżeś ty jest?
W każdym razie obie kobiety łączyło teraz jedno: nie miały pojęcia, co tu robiły i dlaczego właściwie znalazły się w tym miejscu.
- Cóż, nie muszę dawać wiary, bo właśnie w takim jestem – odezwała się, posyłając dziewczynie blady, łagodny uśmiech. Jakby mówiła „no nie bój się tak, nie jesteś już sama, masz tu brygadzistkę na podorędziu”. Szczegół, że bez magii i z samymi pięściami to w razie czego mogło być jednak krucho. Niedźwiedzi na mokradłach to się nie spodziewała raczej, ale takiemu zwierzowi to jednak w nos nie da.
Co ty tutaj robisz? Pytanie doskonałe. Nadal nie wiedziała, czy to był jakiś dziwny przypadek, anomalia czy może celowe działanie. O to ostatnie dość nietrudno, biorąc pod uwagę, że była spokrewniona z Longbottomami oraz udzielała się w Zakonie – wystarczyło, że w szeregach mieli kreta bądź po prostu wysłannicy Dzbana dysponowali całkiem niezłymi szpiegami, którzy wyniuchali sekrety. Inna sprawa, czy nie logiczniej byłoby uderzyć w kogoś ważniejszego – bo Bones za specjalnie ważną się jednak nie uważała. Ot, pies gończy na usługach Rąk oraz samego Dumbledore’a.
- Jesteś pewna, że popełniłaś błąd w aportowaniu? – spytała z pewną zadumą w głosie, przyglądając się Lockhartównie. Tak zrozumiała to całe „źle”, co przy okazji kazało się zastanowić, czy przypadkiem sama jakiegoś błędu nie popełniła. Inna sprawa, że gdyby miały do czynienia z celowym działaniem, to chyba właśnie musiałyby sobie radzić z porywaczem. Ale nie, w tej chwili było tylko to: dwie kobiety przeciwko mokradłom.
- Uważaj na takie kawałki drewna, bo wcale nie muszą nim być – przestrzegła Daisy, kierując spojrzenie we wskazanym przez nią kierunku. Przymrużyła oczy, niuchnęła, aż poruszyły się skrzydełka nosa.
- Coś na pewno tu mieszka. Całe mnóstwo cosi, ale słabo pamiętam lekcje o stworzeniach na mokradłach – stwierdziła z pewnym westchnięciem. Zakuć, zdać, zapomnieć – widocznie zapomnienie aż za dobrze weszło.
- … nie ruszaj się stąd – przestrzegła czarownicę, decydując się podejść bliżej tego „kawałka drewna”. Coś Bones nie przypasowało w odczuwanych woniach, jak również nie wyłapywała obecności czegoś, co stanowiłoby zagrożenie. Przynajmniej nie dokładnie w tym miejscu, w którym się teraz znajdowały.
Im bliżej podchodziła do wskazanego przez Daisy obiektu, tym bardziej się upewniała, że żadne z tego było drewno. Gdyby nie była brygadzistką, to mogłaby to olać, ale tak… nie wypadało tego tak zostawić. Co zdecydowanie wiązało się z robieniem sobie większego mokro w butach – niestety. Nie planowała wszak wycieczki po takiej okolicy!
- Ja pierdolę – sapnęła, pochylając się nad… trupem. I nie tylko pochylając; z miną niewyrażającą teraz niczego zanurzyła dłonie w zimnej błotno-wodnej brei, żeby zacisnąć palce na ubraniu. I powoli wyciągnąć ciało, przynajmniej częściowo, tam, gdzie grunt był pewniejszy. Zdecydowanie nie było ono pierwszej świeżości, jak również nie miało szczęścia zażywać kąpieli w różanej wodzie. Wręcz przeciwnie – paskudnie napuchnięte i woniejące niesamowitą zgnilizną. - Znasz go może? – spytała towarzyszkę niedoli, przywołując ją gestem.
Dziennikarka w końcu, może akurat kojarzyła tę gębę, mimo iż uległa sporym zmianom.
No naprawdę, magio, gdzieżeś ty jest?
W każdym razie obie kobiety łączyło teraz jedno: nie miały pojęcia, co tu robiły i dlaczego właściwie znalazły się w tym miejscu.
- Cóż, nie muszę dawać wiary, bo właśnie w takim jestem – odezwała się, posyłając dziewczynie blady, łagodny uśmiech. Jakby mówiła „no nie bój się tak, nie jesteś już sama, masz tu brygadzistkę na podorędziu”. Szczegół, że bez magii i z samymi pięściami to w razie czego mogło być jednak krucho. Niedźwiedzi na mokradłach to się nie spodziewała raczej, ale takiemu zwierzowi to jednak w nos nie da.
Co ty tutaj robisz? Pytanie doskonałe. Nadal nie wiedziała, czy to był jakiś dziwny przypadek, anomalia czy może celowe działanie. O to ostatnie dość nietrudno, biorąc pod uwagę, że była spokrewniona z Longbottomami oraz udzielała się w Zakonie – wystarczyło, że w szeregach mieli kreta bądź po prostu wysłannicy Dzbana dysponowali całkiem niezłymi szpiegami, którzy wyniuchali sekrety. Inna sprawa, czy nie logiczniej byłoby uderzyć w kogoś ważniejszego – bo Bones za specjalnie ważną się jednak nie uważała. Ot, pies gończy na usługach Rąk oraz samego Dumbledore’a.
- Jesteś pewna, że popełniłaś błąd w aportowaniu? – spytała z pewną zadumą w głosie, przyglądając się Lockhartównie. Tak zrozumiała to całe „źle”, co przy okazji kazało się zastanowić, czy przypadkiem sama jakiegoś błędu nie popełniła. Inna sprawa, że gdyby miały do czynienia z celowym działaniem, to chyba właśnie musiałyby sobie radzić z porywaczem. Ale nie, w tej chwili było tylko to: dwie kobiety przeciwko mokradłom.
- Uważaj na takie kawałki drewna, bo wcale nie muszą nim być – przestrzegła Daisy, kierując spojrzenie we wskazanym przez nią kierunku. Przymrużyła oczy, niuchnęła, aż poruszyły się skrzydełka nosa.
- Coś na pewno tu mieszka. Całe mnóstwo cosi, ale słabo pamiętam lekcje o stworzeniach na mokradłach – stwierdziła z pewnym westchnięciem. Zakuć, zdać, zapomnieć – widocznie zapomnienie aż za dobrze weszło.
- … nie ruszaj się stąd – przestrzegła czarownicę, decydując się podejść bliżej tego „kawałka drewna”. Coś Bones nie przypasowało w odczuwanych woniach, jak również nie wyłapywała obecności czegoś, co stanowiłoby zagrożenie. Przynajmniej nie dokładnie w tym miejscu, w którym się teraz znajdowały.
Im bliżej podchodziła do wskazanego przez Daisy obiektu, tym bardziej się upewniała, że żadne z tego było drewno. Gdyby nie była brygadzistką, to mogłaby to olać, ale tak… nie wypadało tego tak zostawić. Co zdecydowanie wiązało się z robieniem sobie większego mokro w butach – niestety. Nie planowała wszak wycieczki po takiej okolicy!
- Ja pierdolę – sapnęła, pochylając się nad… trupem. I nie tylko pochylając; z miną niewyrażającą teraz niczego zanurzyła dłonie w zimnej błotno-wodnej brei, żeby zacisnąć palce na ubraniu. I powoli wyciągnąć ciało, przynajmniej częściowo, tam, gdzie grunt był pewniejszy. Zdecydowanie nie było ono pierwszej świeżości, jak również nie miało szczęścia zażywać kąpieli w różanej wodzie. Wręcz przeciwnie – paskudnie napuchnięte i woniejące niesamowitą zgnilizną. - Znasz go może? – spytała towarzyszkę niedoli, przywołując ją gestem.
Dziennikarka w końcu, może akurat kojarzyła tę gębę, mimo iż uległa sporym zmianom.
551/1063