Jak się okazało nieświadomość czasem wcale nie była taka zła, wręcz przeciwnie powodowała, że nie dostrzegało się tych oczywistych wniosków, które nie zawsze przynosiły tylko i wyłącznie pozytywy. Nie do końca jeszcze wiedziała, jak powinna na niego reagować, wiedziała, że coś wisi w powietrzu, póki co jednak to, co mówiła było zupełnie szczere. Mimo tej poprawnej sytuacji w której się znaleźli, mimo tego że nie spodziewała się go więcej spotkać, to dobrze było mieć świadomość, że nic mu się nie stało, że był bezpieczny. To, że nie umiała powiązać faktów, nie zmieniało niczego, uratował ją tamtej nocy, nie sądziła, że cokolwiek mogłoby zmienić jej uczucia z tym związane. Potrafiła być wdzięczna, raczej nikt nie interesował się jej losem, więc to, że postanowił wyciągnąć do niej dłoń w tej niecodziennej sytuacji wiele dla niej znaczyło.
- To do czego jest? Widać nie znam się na nożach. - Założyła pierwsze co przyszło jej na myśl, nie miała pojęcia, jaki inne zastosowanie mógłby mieć nóż trzymany w tym miejscu, ale no, nie była to jedna z dziedzin na których się znała. Mogłaby rozpoznać cięcie, kształt, ewentualną długość narzędzia, którą ktoś dostał. Naogladała się wielu różnych przypadków w pracy, wiedziała, że tak naprawdę każdym ostrzem można zabić, nie miała pojęcia jednak o tych typowych zastosowaniach podobnych przedmiotów. Może to mógł być dzień, w którym miała dowiedzieć się czegoś nowego.
- Mówisz więc, że wystarczy obwiesić się nimi od stóp do głów i to daje gwarancję bezpieczeństwa? Przynajmniej częściowo? - Pewnie w przypadku kogoś takiego jak on miało to całkiem sporo sensu. Samą swoją aparycją mógł wzbudzać strach, właściwie to w mniemaniu Prue nie potrzebował nawet tych noży, wyglądał na kogoś kto potrafi zrobić krzywdę i się obronić, nie był to przypadek w którym pozory powinny mylić, ten wygląda nie wziął się znikąd. Widać było, że lubił się pakować w kłopoty, a może to one lubiły jego, zresztą wspominał jej o tym, czym się zajmuje, na pewno potrafił o siebie zadbać.
- Możesz nie chcieć być, ale to nie do końca tak działa. - Wzruszyła jedynie ramionami, mógł mówić swoje, nie chciała się kłócić o podejście, o to, jak działał świat jej zdaniem. Najwyraźniej mieli nieco inną opinie na ten temat, tak się zdarzało. Nie miała w zwyczaju usilnie przepychać swojego podejścia, bo wiedziała, że każdy mógł mieć inne doświadczenia, inne wrażenia. Sama kilka razy zastanawiała się nad tym, dlaczego pewne rzeczy jej się przytrafiły, wolała sobie tłumaczyć, że zdarzyło się tak po coś. Tak było jej po prostu łatwiej, może on miał zupełnie inaczej.
- Obawiam się, że to nie jest cecha nabyta przez drogę zawodową, jaką obrałam. - Chociaż jego argument był całkiem niezły, mogłaby nawet zgodzić się z niego korzystać tłumacząc swoje zachowanie. Zresztą nie był to jej pierwszy wybór, jeśli chodzi o zawód jaki chciała wykonywać. Przez wiele lat była lekarzem, tyle, że później wszystko się skomplikowało, przestała zajmować się żywymi, łatwiej jej było otaczać się trupami. Czy żałowała tego wyboru, decyzji, którą podjęła? Chyba nie, nie do końca. Z trupami bowiem było łatwiej, nie musiała się przejmować tym, że jej wiedza jest niewystarczająca, że przyniesie komuś śmierć. Tak było wygodniej.
- Nie jestem więc najwyraźniej typowym przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości. Nie byłam wtedy w swojej najlepszej formie, powiedzmy, że nie do końca wczytywałam się w broszury, ominęłam te gwiazdki, drobny druk i całą resztę. - To nie tak, że nieco nie wykorzystywała swojego stanowiska. Dzięki niemu zyskała sporo nowych znajomości, z których korzystała, aby rozwijać swoje pasje. Mało kto o tym wiedział, nie chwaliła się bowiem jakoś szczególnie swoimi zainteresowaniami, im mniej osób o nich wiedziało - tym lepiej. Zdawała sobie sprawę, że praca nieco ułatwiła jej rozwijanie się w tej zakazanej dziedzinie magii, która okazała się być dla Bletchley naprawdę okropnie interesująca. To było całkiem zabawne, bo kiedyś zawsze przestrzegała reguł, była przykładna, nigdy nie można było znaleźć powodu, aby zarzucić jej cokolwiek, a teraz, teraz nieco się to różniło. Robiła to właściwie pod nosem ministerstwa, co też było dosyć sporą ironią, bo konsekwencje jakie mogłyby ją spotkać były dosyć drastyczne, nie przejmowała się tym jednak. Prawie niczym się ostatnio nie przejmowała.
- Choroba Milforda. - Powiedziała bez chwili zawahania. Nie miała z tym żadnego problemu, przyzwyczaiła się do tego, że musiała z tym żyć. Nie sądziła, że ta nazwa może mu coś powiedzieć, nie był medykiem, mógł więc nie do końca wiedzieć czym konkretnie się objawia. Zapewne zauważył pewne symptomy, nie mogło być inaczej, każdy widział, że jest nieco odklejona, nie próbowała tego ukrywać.
- Analiza w naszym przypadku bywa okropnie męcząca, to jest pewnego rodzaju fiksacja, która dzieje się w naszej głowie. Choroba objawia się niezwykłą wprost pamięcią, zdolnością do zapamiętywania długich ciągów liczb, a także fotograficzną pamięcią. Nie brzmi to tak źle, ale bywa czasem męczące. - Skoro już o to zapytał, to dała mu chyba całkiem przystępną odpowiedź, nie sięgała po jakieś zawiłe medyczne wytłumaczenia, bo nie było to potrzebne.
- Można się do tego przyzwyczaić, ale nie da się ukryć, że jesteśmy trochę dziwni dla otoczenia, chociaż zawsze też mogłam trafić gorzej, to nie jest najgorsza przypadłość z jaką można się urodzić. - Zawsze mogło być gorzej prawda? Istniały choroby genetyczne, które wiązały się z przedwczesną śmiercią, więc nie było tak źle.
Przywykła do tego, że ludzie nie umieli jej zrozumieć, że zawsze była traktowana jako dziwak, nie miała na to większego wpływu, zresztą czy gdyby istniało remedium to by z niego skorzystała? Raczej nie, straciłaby wtedy sporą część siebie, wydawało jej się, że dzięki tej chorobie była w pewien sposób kompletna, to od dawna warunkowało tym, jakim była człowiekiem. To było jej.
Udało jej się rozwiązać zagadkę, ale wyjątkowo nie przyniosło jej to wcale ulgi, wręcz przeciwnie spowodowało, że Bletchley była jeszcze bardziej zagubiona. Miała wiele pytań, przede wszystkim, zastanawiała się, czy wiedział kim jest gdy spotkał ją po raz pierwszy po tych wielu latach w Londynie. Miał nad nią przewagę, zdawał sobie sprawę, że może ją znać, tyle, czy pomógłby jej dwa razy, zupełnie bezinteresownie. Nigdy za nią nie przepadał, nie darzyli się sympatią. Nie znosił jej. Właściwie to po latach również potrafiła to zrozumieć. Nie była najłatwiejszym człowiekiem, w szkole musiała sprawiać pozory poukładanej, zwłaszcza kiedy została prefektem naczelnym. Nie była ulubienicą innych uczniów, często psuła im zabawę. Wbrew pozorom potrafiła dostrzec błędy, które kiedyś popełniała. Mogła sama prosić się o takie traktowanie. Tak to przecież działało, dostawało się to, co dawało się innym, chociaż czy faktycznie zasługiwała na aż takie baty jakie dostawała? Nie było końca jego dopierdalaniu jej, wykorzystywał każdą nadarzającą się interakcję na to, aby jeszcze bardziej demonstrować Prue, gdzie było jej miejsce. Nie wydawało jej się, że aż tak uprzykrzała mu życie. Zresztą trudno jej było to teraz ocenić, nie była już tamtym człowiek, tak samo jak on nie wydawał się być zupełnie do siebie podobny.
- Czy ja wiem, miałam chyba szansę ostatnio zobaczyć, jakim jesteś człowiekiem. - Nie wiedziała z czego wynikało to nagle oświecenie, nagła zmiana zachowania. Jasne, na pewno sporo przeżył, była w stanie się tego domyślić po tej rozmowie, którą odbyli podczas pożarów. Nie mogła jednak uwierzyć w to, że tak późno do niej dotarło, kim faktycznie jest. Odpowiedź znajdowała się tak blisko, a okropnie długo jak na nią zajęło jej zdobycie jej.
- Nie sądzę, żebyś kiedyś tak bezinteresownie wyciągnął dziwaczkę z tłumu, bo wpatrywała się w płomienie i nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół. - Jasne, nie mieli szczególnie przyjemnej przeszłości, ale czy to kim był kiedyś faktycznie warunkowało to, jaką osobą był aktualnie? Na pewno nie przyjdzie jej łatwo zapomnieć tego wszystkiego, zbyt wiele złego się kiedyś między nimi wydarzyło, ale nie zmieniało to faktu, że przy ich drugim poznaniu, jak zwał tak zwał, ocalił ją przed śmiercią, doniósł na swoich plecach pod Ministerstwo aby poczuła się bezpieczna. To nieco zmieniało jej pogląd na jego osobę. Komplikowało sprawę, ale świat nie był przecież czarno biały i właśnie się o tym przekonywała.
- Wiedziałeś, że to ja? Czy gdybyś wiedział, to byś mnie tam zostawił? - Zaczęła obracać w dłoni butelkę, nie wiedziała czemu się o to zapytało, bo właściwie czy odpowiedź na to pytanie coś zmieniała? Raczej nie. Tak, czy siak - ocalił jej życie. Bez względu na to, co nim wtedy kierowało, o czym sobie myślał, to się stało.
- Nie ma sensu w trzymaniu się czegoś, co było chujowe. - Nie przeklinała zbyt często, tym razem jednak chyba nie potrafiła inaczej określić tego, co kiedyś ich łączyło. Tego wzajemnego podejścia, które mieli do siebie. Wolałaby nie wracać do przeszłości, zwłaszcza, że byli innymi ludźmi, ba okazało się nawet, że gdy nie wiedziała kim jest potrafiła z nim rozmawiać. Może to wcale nie było takie trudne, może również jej uprzedzenia robiły swoje.
Sięgnęła znowu po butelkę i zbliżyła ją do ust, potrzebowała się napić, bo ta informacja wcale nie należała do takich, które przyjęła lekko. Dużo prościej byłoby, gdyby faktycznie okazał się być jakimś zagubionym kuzynem, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Sprawa jednak nieco bardziej się skomplikowała. Trochę na jej życzenie, okropnie łatwo przyszło jej stwierdzenie, że jest zupełnie obcy, że nigdy więcej się nie spotkają. Gdyby tylko wiedziała... No właśnie, co zrobiłaby gdyby wiedziała? Nie miała pojęcia, trudno było jej to przewidzieć. Zresztą mężczyzna, który przed nią siedział nie zachowywał się jak Rookwood. Może miał w sobie coś z tego chłopaka, którego pamiętała ze szkoły, niektórych cech charakteru nie dało się tak łatwo wyzbyć, ale kiedy z nim rozmawiała nieświadoma tego kim jest zupełnie jej to nie przeszkadzało, na imponowała jej nawet na swój sposób jego pewność siebie.
Miała mętlik w głowie, musiała sobie powoli to wszystko jakoś uporządkować. Zastanowić się nad tym, jak do tego podejść, co powinna zrobić, czy zacząć go unikać? Nie mieliby problemu z tym, żeby przetrwać te kilka dni w swoim otoczeniu.
- Tego jeszcze nie wiem, zapewne dopiero się okaże, czy faktycznie się cieszę. - Nie zamierzała go skreślać za to jakim człowiekiem był kiedyś. Właściwie wyczuwała, że coś się w nim zmieniło. Mimo tego uśmiechu, który pojawił się na twarzy mężczyzny, czuła, że nie do końca jest zadowolony z tego, jak kiedyś się zachowywał. Nie musiał jej przepraszać, nie potrzebowała teraz litości po takim czasie, który minął. - Też nie byłam łatwa w obyciu. - Prue nie miała najmniejszego problemu z tym, aby zwrócić uwagę również na swoje zachowania, które nie zawsze były w porządku, potrafiła zauważać swoje błędy, nie miała kłopotu z tym, aby wziąć część winy na siebie.
- Tak, karma, mówią, że jest suką i chyba jest w tym nieco prawdy. - Sięgnęła do kieszeni swojej koszuli, aby wyciągnąć z niej srebrną papierośnicę. Potrzebowała zapalić, bo dosyć wiele się wydarzyło w przeciągu tych kilkunastu minut, które spędziła w tej piwnicy. Wsadziła sobie fajkę w usta, po czym przesunęła w jego kierunku papierośnicę, cóż nadal nie przestawała być kulturalną, nigdy nie brakowało jej ogłady. Nikt raczej nie powinien mieć problemu z tym, że postanowiła jarać w tej piwnicy, zapach tytoniu pewnie ulotni się dość szybko.
- Mam jeszcze ponad pół butelki wina do wypicia, wolałabym to zrobić tutaj. - Zapewne młodsza wersja Prudence już dawno zmierzałaby w podskokach w stronę drzwi, jednak ta dorosła nie wydawała się unikać konfrontacji, wręcz przeciwnie, coś powodowało, że chciała tutaj zostać, że miała chęć sprawdzić, jak bardzo się zmienił, chociaż już sporo widziała i to naprawdę było dość mocnym argumentem za tym, że nie był tym zapatrzonym w siebie gówniarzem. Nie musiała się stąd od razu ulatniać, mieli sobie przecież sporo do wyjaśnienia.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control