22.04.2025, 16:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2025, 17:15 przez Lorraine Malfoy.)
Nie cofnęła się przed dotykiem Baldwina, pozwalając, aby niby to od niechcenia przeczesał palcami jej włosy. Tym samym gestem i jego włosy przeczesywała w dzieciństwie, nie do końca rozumiejąc, jak przeniknąć myśli chłopca, który gubił się we własnych myślach. Lorraine łapała się na tym, że tym samym gestem przeczesuje włosy pochylonej na kolorowanką Fridy. Łapała się na szukaniu w niej podobieństwa do Baldwina w tym wieku. Łapała się na tym, że szuka w małej ghoulce podobieństwa do siebie samej. Nie chciała go szukać. Za bardzo bała się, że takowe podobieństwo znajdzie... I znajdowała. Znajdowała we Fridzie chłopca uczepionego drżącej ręki dziewczynki – ręki Lorraine, która bawiła się rodowym pierścionkiem, nerwowo obracając błyskotkę w palcach – Baldwin wcisnął jej wtedy do potrzymania swoją własną, umorusaną pastelami rączkę, na której błyszczał identyczny sygnet. Znajdowała we Fridzie dziewczynkę, która pomogła chłopcu wytrzeć palce, żeby nie wydało się, że to on pobrudził jeden z paskudnych obrusów ciotki Avery. Pastele mają to do siebie, że brudzą, pocieszała chłopca dziewczynka, bo przecież chłopiec nie zrobił tego specjalnie, prawda, Baldwinie?
Z czasem Lorraine zrozumiała, że to nie swojego podobieństwa bała się znaleźć we Fridzie: to w sobie bała się znaleźć podobieństwo do Mirandy.
Nie cofała się przed dotykiem paluszków Fridy, gdy ta budziła ją, próbując odgarnąć włosy z twarzy Lorraine tylko po to, aby móc obsypać ją pocałunkami. Tak samo Lorraine całowała z osobna każdy paluszek ghoulki, kiedy na powrót przyszywała je do dziecięcych rączek, pocieszając Fridę powtarzaniem, że paluszki mają to do siebie, że lubią się gubić. Przeczesując potem loki małej szczotką, łapała się na tym, że czesze ją tak, jak sama zwykła czesać się w dzieciństwie. Lorraine nie śmiała spojrzeć Baldwinowi w oczy, gdy Frida chwaliła się przed nim nowym uczesaniem: gdy obracała się, aby mógł przypatrzeć się zaplecionymi po bokach misternym warkoczykom, które zbiegały się w jeden warkocz na środku głowy, wieńczący elegancko resztę puszczonych luzem włosów, opadających kaskadą na wątłe ramiona dziewczynki. Uciekała przed nim spojrzeniem, gdy ghoulka pokazywała mu rysunki z Lasu Wisielców. Gdy domagała się, aby pomógł narysować jej pałac: nie byle jaki pałac, mówiły wielkie zielone oczy Fridy, tylko jadeitowy pałac w Little Hangleton. "Pałac z nefrytowym ogrodem, do którego prowadzi wyłożona szmaragdami ścieżka", szeptała bowiem noc wcześniej na wpół śpiąca Lorraine, z powiekami opadającymi ze zmęczenia, nieświadoma, że ghoulka, która poprosiła ją o bajkę – i jeszcze jedną – i jeszcze jedną bajkę, ale to już ostatnią na dzisiaj – wciąż wsłuchuje się w jej szept. "Całe królestwo w kolorze twoich oczu, Frido..."
W bajkach mogła dać jej świat, o którym sama marzyła jako mała dziewczynka. Tylko że marzenia małej Lorraine były bardzo trudne, a marzenia małej Fridy były bardzo proste, bo świat bajek nigdy nie był dla niej sposobem na ucieczkę od rzeczywistości – był tej rzeczywistości odbiciem. "Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, ale każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób", przeczytała gdzieś Lorraine. Grafomania, pomyślała, zatrzaskując głośno książkę. Głębia wiary tkwiła w dziecięcym "i żyli długo i szczęśliwie". A Frida wierzyła, bo chociaż koncepcje życia i upływu czasu były dla nieumarłej sześciolatki odległe i trudne do pojęcia, koncepcja szczęścia była jak najbardziej bliska i namacalna. Czasem do szczęścia wystarczyło jej wtulić się w Baldwina.
To samo pomyślała Lorraine przytrzymując wspartą o jej ramię dłoń Baldwina.
Przykryła jego dłoń swoją dłonią. Tak wiele drobnych gestów, powtarzanych przez lata, gestów, które wyrażały więcej niż słowa: Lorraine wierzyła, że słowa były niedoskonałe, wierzyła, bo trzymała wciąż w ramionach Maeve, która szeptała, że czasem najprostszym wyznaniem wiary może być czyjeś imię. Słowa zawodziły, gesty nigdy: Orfeusz spojrzał za siebie, bo nie usłyszał zapewnienia Eurydyki, że ta wciąż jest za nim. Gdyby tylko jej widmowe palce mogły przeczesać jego loki. Musnąć jego kark. Oprzeć się na ramieniu, na którym trzymał lirę... Orfeusz spojrzał, ale kto by nie spojrzał? Bogowie mający do dyspozycji wieczność nie byliby w stanie kochać miłością szczerszą od tej, którą Orfeusz był w stanie oddać jednym spojrzeniem. Gdyby Lorraine dłużej się nad tym zastanowiła, uznałaby zapewne, że to bardzo głęboka myśl: na pewno głębsza niż – pokryte milczeniem – "pierdolę to milczenie", choć nie mniej bluźniercza.
– Historia – powtórzyła z rozmysłem Lorraine, delikatnie odkładając na bok drewnianą planszę: oparła ją o krzesło, tak, aby nie mogła osunąć się na ziemię – historia, którą opowiadamy wciąż na nowo, wierząc, że tym razem Orfeuszowi się uda. Że tym razem czeka nas inne zakończenie. – Uśmiech zabłąkał się na wargach Lorraine, kiedy ta odwróciła się do Baldwina. Nie uśmiech – Baldwin zbyt dobrze pamiętał dzień, gdy zgasły wszystkie uśmiechy Lorraine – lecz cień uśmiechu: skrył się w drżących kącikach ust, które mimowolnie powędrowały w górę, gdy tylko jej dłoń napotkała jego dłoń. – Tyle wersji tej samej historii, a Eurydyka umiera na końcu w każdej z nich – szepnęła Lorraine, wsparłszy się o podsunięte jej ramię. – Tylko nie w tej. To nie spojrzenie zgubiło Orfeusza. Nie mogłoby więc zgubić ani mnie, ani ciebie.
Orfeusz odwracał się, aby spojrzeć za siebie w każdej wersji tej historii, i Baldwin dobrze o tym wiedział: gdyby Orfeusz się nie odwrócił, nie byłby przecież Orfeuszem. Baldwin wiedział, inaczej nie zostawiłby jej takiej, a nie innej odpowiedzi na spalonym płótnie portretu w głównej sali Necronomiconu. Wiedział, a jednak wątpił. Nie wierzył. "Świętokradztwo", powtarzał, "jego miłość była świętokradztwem". Dla ciebie wszystko jest świętokradztwem, pomyślała Lorraine, uniósłszy dłoń, aby odszukać po omacku twarz chłopaka. Nie było świętokradztwa w kochaniu. Nie dla Lorraine, która wierzyła, że być kochanym to znaczy być widzianym. Modliła się, aby i on uwierzył. Mieli tylko siebie w tym smutnym świecie.
Nie zaprotestowała, gdy przesłonił jej oczy. Nie wydała z siebie choćby słowa protestu, tylko posłusznie przymknęła powieki, pozostawiając je przymkniętymi nawet wtedy, gdy Baldwin odsunął dłoń, pozwalając, aby promienie słońca połaskotały Lorraine w nos. Zamiast tego dotknęła czule jego twarzy. Po omacku podniosła rękę, aby przysłonić mu usta. Pomyśl, Baldwinie, chciała szepnąć, takim samym tonem, jakim wyszeptałaby: "nie bądź głupcem, Baldwinie". Pomyśl, co musiałeś zmienić w tej historii, żeby zmienić jej zakończenie. Odpowiedź była przecież prosta, banalna wręcz: odpowiedź nasuwała się sama, a jednak nikt wcześniej nie wpadł, aby odpowiedzieć w taki, a nie inny sposób na zagadkę Eurydyki, nawet Orfeusz. Nie wymagała, aby Baldwin odpowiedział jej od razu. Chciała, aby przemyślał swoją odpowiedź. Nie dla niej. Dla samego siebie. Powiodła palcami po policzku Baldwina – przesunęła po omacku po kego czole, wygładzając zmarszczki zmartwień – poprowadziła dłoń wzdłuż nosa, aż do ust, przeżegnawszy go znakiem krzyża, jak gdyby chciała podziękować bogom, że powrócił do domu cały i zdrowy.
– Dwa knuty! – zaśmiała się. – Przecież to majątek! Pomyśl tylko, co moglibyśmy kupić za te dwa knuty. – Trumnę, w której z trudem byśmy się zmieścili, pomyślała wesoło. Wspólną kryptę z witrażami w oknach. Wielką grobową kaplicę w sercu cmentarza... Co ja mówię, cały cmentarz! Prawda była taka, że za dwa knuty nikt nie pofatygowałby się nawet, aby pochować ich w publicznej mogile, ale przecież nie mogli być gorsi od Mulciberów. – Może nie starczyłoby na willę w Little Hangleton – słyszałam, że ceny strasznie wywindowały w górę, odkąd zaczęli się tu osiedlać snobistyczni mecenasowie sztuki... – Lorraine zrobiła minę. – ...ale za dwa knuty moglibyśmy kupić dom. Prawdziwy pałac pośród piwnic Podziemnych Ścieżek. Przynajmniej nie musielibyśmy się martwić o ubezpieczenie od pożarów i innych klęsk żywiołowych. Bo tam – zawahała się, a w jej głosie przebrzmiała skrywana do tej pory troska – tam było bezpiecznie, prawda?
Bezpiecznie, pomyślała, pozwalając obrócić się w miejscu. Podziemne Ścieżki nie były bezpiecznym miejscem, a jednak, tylko tam mogli czuć się bezpiecznie. Tam witały ich dźwięki rozstrojonego pianina i popsutej szafy grającej, która po walcu Herolda Kittlera wyplułaby zapewne jakiś obrzydliwie skoczny mugolski hit disco z zeszłej dekady. Lorraine płynnie postąpiła do przodu, pozwalając ponieść się melodii. Stąpali ostrożnie, bo przecież stąpali po wspomnieniach: witały ich trzaskiem i jękiem drewna. Witały ich wzburzonym popiołem, który wirował w rytm muzyki, tak jak ich szaty. Lorraine odruchowo przyciągnęła Baldwina bliżej, czując jak deski przegniłe od wody, którą próbowała gasić pożar, uginają się jej pod stopami. Uśmiechnęła się, słysząc stękanie podłogi, a gdy uśmiech przebiegł po jej pojaśniałej nagle twarzy, to było tak, jak gdyby oboje wkroczyli w strugę światła sączącego się do wnętrza domu przez podziurawiony strop. Zalewający ich blask przypominał, że nawet gdy Orfeusz wędrował cienistą doliną, na powierzchni wciąż świeciło słońce, ptaki wciąż śpiewały, a ludzie – wciąż tańczyli.
Z czasem Lorraine zrozumiała, że to nie swojego podobieństwa bała się znaleźć we Fridzie: to w sobie bała się znaleźć podobieństwo do Mirandy.
Nie cofała się przed dotykiem paluszków Fridy, gdy ta budziła ją, próbując odgarnąć włosy z twarzy Lorraine tylko po to, aby móc obsypać ją pocałunkami. Tak samo Lorraine całowała z osobna każdy paluszek ghoulki, kiedy na powrót przyszywała je do dziecięcych rączek, pocieszając Fridę powtarzaniem, że paluszki mają to do siebie, że lubią się gubić. Przeczesując potem loki małej szczotką, łapała się na tym, że czesze ją tak, jak sama zwykła czesać się w dzieciństwie. Lorraine nie śmiała spojrzeć Baldwinowi w oczy, gdy Frida chwaliła się przed nim nowym uczesaniem: gdy obracała się, aby mógł przypatrzeć się zaplecionymi po bokach misternym warkoczykom, które zbiegały się w jeden warkocz na środku głowy, wieńczący elegancko resztę puszczonych luzem włosów, opadających kaskadą na wątłe ramiona dziewczynki. Uciekała przed nim spojrzeniem, gdy ghoulka pokazywała mu rysunki z Lasu Wisielców. Gdy domagała się, aby pomógł narysować jej pałac: nie byle jaki pałac, mówiły wielkie zielone oczy Fridy, tylko jadeitowy pałac w Little Hangleton. "Pałac z nefrytowym ogrodem, do którego prowadzi wyłożona szmaragdami ścieżka", szeptała bowiem noc wcześniej na wpół śpiąca Lorraine, z powiekami opadającymi ze zmęczenia, nieświadoma, że ghoulka, która poprosiła ją o bajkę – i jeszcze jedną – i jeszcze jedną bajkę, ale to już ostatnią na dzisiaj – wciąż wsłuchuje się w jej szept. "Całe królestwo w kolorze twoich oczu, Frido..."
W bajkach mogła dać jej świat, o którym sama marzyła jako mała dziewczynka. Tylko że marzenia małej Lorraine były bardzo trudne, a marzenia małej Fridy były bardzo proste, bo świat bajek nigdy nie był dla niej sposobem na ucieczkę od rzeczywistości – był tej rzeczywistości odbiciem. "Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, ale każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób", przeczytała gdzieś Lorraine. Grafomania, pomyślała, zatrzaskując głośno książkę. Głębia wiary tkwiła w dziecięcym "i żyli długo i szczęśliwie". A Frida wierzyła, bo chociaż koncepcje życia i upływu czasu były dla nieumarłej sześciolatki odległe i trudne do pojęcia, koncepcja szczęścia była jak najbardziej bliska i namacalna. Czasem do szczęścia wystarczyło jej wtulić się w Baldwina.
To samo pomyślała Lorraine przytrzymując wspartą o jej ramię dłoń Baldwina.
Przykryła jego dłoń swoją dłonią. Tak wiele drobnych gestów, powtarzanych przez lata, gestów, które wyrażały więcej niż słowa: Lorraine wierzyła, że słowa były niedoskonałe, wierzyła, bo trzymała wciąż w ramionach Maeve, która szeptała, że czasem najprostszym wyznaniem wiary może być czyjeś imię. Słowa zawodziły, gesty nigdy: Orfeusz spojrzał za siebie, bo nie usłyszał zapewnienia Eurydyki, że ta wciąż jest za nim. Gdyby tylko jej widmowe palce mogły przeczesać jego loki. Musnąć jego kark. Oprzeć się na ramieniu, na którym trzymał lirę... Orfeusz spojrzał, ale kto by nie spojrzał? Bogowie mający do dyspozycji wieczność nie byliby w stanie kochać miłością szczerszą od tej, którą Orfeusz był w stanie oddać jednym spojrzeniem. Gdyby Lorraine dłużej się nad tym zastanowiła, uznałaby zapewne, że to bardzo głęboka myśl: na pewno głębsza niż – pokryte milczeniem – "pierdolę to milczenie", choć nie mniej bluźniercza.
– Historia – powtórzyła z rozmysłem Lorraine, delikatnie odkładając na bok drewnianą planszę: oparła ją o krzesło, tak, aby nie mogła osunąć się na ziemię – historia, którą opowiadamy wciąż na nowo, wierząc, że tym razem Orfeuszowi się uda. Że tym razem czeka nas inne zakończenie. – Uśmiech zabłąkał się na wargach Lorraine, kiedy ta odwróciła się do Baldwina. Nie uśmiech – Baldwin zbyt dobrze pamiętał dzień, gdy zgasły wszystkie uśmiechy Lorraine – lecz cień uśmiechu: skrył się w drżących kącikach ust, które mimowolnie powędrowały w górę, gdy tylko jej dłoń napotkała jego dłoń. – Tyle wersji tej samej historii, a Eurydyka umiera na końcu w każdej z nich – szepnęła Lorraine, wsparłszy się o podsunięte jej ramię. – Tylko nie w tej. To nie spojrzenie zgubiło Orfeusza. Nie mogłoby więc zgubić ani mnie, ani ciebie.
Orfeusz odwracał się, aby spojrzeć za siebie w każdej wersji tej historii, i Baldwin dobrze o tym wiedział: gdyby Orfeusz się nie odwrócił, nie byłby przecież Orfeuszem. Baldwin wiedział, inaczej nie zostawiłby jej takiej, a nie innej odpowiedzi na spalonym płótnie portretu w głównej sali Necronomiconu. Wiedział, a jednak wątpił. Nie wierzył. "Świętokradztwo", powtarzał, "jego miłość była świętokradztwem". Dla ciebie wszystko jest świętokradztwem, pomyślała Lorraine, uniósłszy dłoń, aby odszukać po omacku twarz chłopaka. Nie było świętokradztwa w kochaniu. Nie dla Lorraine, która wierzyła, że być kochanym to znaczy być widzianym. Modliła się, aby i on uwierzył. Mieli tylko siebie w tym smutnym świecie.
Nie zaprotestowała, gdy przesłonił jej oczy. Nie wydała z siebie choćby słowa protestu, tylko posłusznie przymknęła powieki, pozostawiając je przymkniętymi nawet wtedy, gdy Baldwin odsunął dłoń, pozwalając, aby promienie słońca połaskotały Lorraine w nos. Zamiast tego dotknęła czule jego twarzy. Po omacku podniosła rękę, aby przysłonić mu usta. Pomyśl, Baldwinie, chciała szepnąć, takim samym tonem, jakim wyszeptałaby: "nie bądź głupcem, Baldwinie". Pomyśl, co musiałeś zmienić w tej historii, żeby zmienić jej zakończenie. Odpowiedź była przecież prosta, banalna wręcz: odpowiedź nasuwała się sama, a jednak nikt wcześniej nie wpadł, aby odpowiedzieć w taki, a nie inny sposób na zagadkę Eurydyki, nawet Orfeusz. Nie wymagała, aby Baldwin odpowiedział jej od razu. Chciała, aby przemyślał swoją odpowiedź. Nie dla niej. Dla samego siebie. Powiodła palcami po policzku Baldwina – przesunęła po omacku po kego czole, wygładzając zmarszczki zmartwień – poprowadziła dłoń wzdłuż nosa, aż do ust, przeżegnawszy go znakiem krzyża, jak gdyby chciała podziękować bogom, że powrócił do domu cały i zdrowy.
– Dwa knuty! – zaśmiała się. – Przecież to majątek! Pomyśl tylko, co moglibyśmy kupić za te dwa knuty. – Trumnę, w której z trudem byśmy się zmieścili, pomyślała wesoło. Wspólną kryptę z witrażami w oknach. Wielką grobową kaplicę w sercu cmentarza... Co ja mówię, cały cmentarz! Prawda była taka, że za dwa knuty nikt nie pofatygowałby się nawet, aby pochować ich w publicznej mogile, ale przecież nie mogli być gorsi od Mulciberów. – Może nie starczyłoby na willę w Little Hangleton – słyszałam, że ceny strasznie wywindowały w górę, odkąd zaczęli się tu osiedlać snobistyczni mecenasowie sztuki... – Lorraine zrobiła minę. – ...ale za dwa knuty moglibyśmy kupić dom. Prawdziwy pałac pośród piwnic Podziemnych Ścieżek. Przynajmniej nie musielibyśmy się martwić o ubezpieczenie od pożarów i innych klęsk żywiołowych. Bo tam – zawahała się, a w jej głosie przebrzmiała skrywana do tej pory troska – tam było bezpiecznie, prawda?
Bezpiecznie, pomyślała, pozwalając obrócić się w miejscu. Podziemne Ścieżki nie były bezpiecznym miejscem, a jednak, tylko tam mogli czuć się bezpiecznie. Tam witały ich dźwięki rozstrojonego pianina i popsutej szafy grającej, która po walcu Herolda Kittlera wyplułaby zapewne jakiś obrzydliwie skoczny mugolski hit disco z zeszłej dekady. Lorraine płynnie postąpiła do przodu, pozwalając ponieść się melodii. Stąpali ostrożnie, bo przecież stąpali po wspomnieniach: witały ich trzaskiem i jękiem drewna. Witały ich wzburzonym popiołem, który wirował w rytm muzyki, tak jak ich szaty. Lorraine odruchowo przyciągnęła Baldwina bliżej, czując jak deski przegniłe od wody, którą próbowała gasić pożar, uginają się jej pod stopami. Uśmiechnęła się, słysząc stękanie podłogi, a gdy uśmiech przebiegł po jej pojaśniałej nagle twarzy, to było tak, jak gdyby oboje wkroczyli w strugę światła sączącego się do wnętrza domu przez podziurawiony strop. Zalewający ich blask przypominał, że nawet gdy Orfeusz wędrował cienistą doliną, na powierzchni wciąż świeciło słońce, ptaki wciąż śpiewały, a ludzie – wciąż tańczyli.