Woda faktycznie by mu się przydała, ale to mogło poczekać, aż dotrą do bezpiecznego miejsca. Z pewnością również przydałyby się opatrunki na oparzenia. W tym momencie niejednej osobie przydałoby się wiele rzeczy, ale w tym konkretnym momencie należało zadbać o to, by znaleźć się jak najdalej ognia i jeszcze gorszego zagrożenia, na które w tym momencie byli odkryci.
Tak, Longbottomowie byli dość specyficzną rodziną. Tak, wuj Morpheus był bardzo specyficzny i nie była to wcale zła cecha. Wuj Morpheus nie był słaby. Wuj Morpheus nie dałby się tak łatwo zabić. Nawet IM. Może wuja Morpheusa faktycznie nie było w Londynie? Może był gdzieś daleko, zajęty swoimi sprawami? Może faktycznie go tu nie ma? A nawet jeśli jest, to może zdążył się schronić? Tak, w to powinien wierzyć. W to chciał wierzyć. Naprawdę chciał.
Wtedy odezwała się Rita i niepokój do niego wrócił. Bo, racja, Longbottomowie też byli ludźmi. Ludźmi, których można był zranić. Zabić. Zwabić w pułapkę. Wuj Morpheus też był człowiekiem, nie był odporny na ból i śmierć i tylko jego miejsce pobytu było niewiadomą. Tylko o nim ani Jonathan, ani Rita nie mogli powiedzieć "Tak, jest bezpieczny".
-Tak... nabyta - powtórzył po bliźniaczce.
No właśnie... Mieszkanie można było odnowić... Meble - nieważne, jak przykre to było, że zakupione przez Jonathana meble zostały zniszczone - można było kupić nowe. Wraz z meblami, dekoracjami, ścianami i jego samochodem spłonęły również rzeczy, których odkupić nie mogli. Jessie nie był nawet pewien, czy byliby w stanie je odnowić. Wrzesień znów odbierał mu coś cennego. Wcześniej było to w Egipcie. Teraz w Anglii.
Przejście do Biblioteki Parkinsonów brzmiało jak dobry plan. Tak nie sięgnął ogień, jak mówił wcześniej Jonathan. Było tam bezpiecznie i można było stamtąd teleportować się do Ministerstwa Magii. Powinni tam być Anthony i Theo. Odetchnął powoli, bo wiedział, co miał robić. Cała treść planu dotarła do niego w pełni dopiero po jakiejś sekundzie i jeszcze zanim Rita odpowiedziała jego chrzestnemu, otworzył usta, by zaprotestować. "Nie idziesz z nami?" chciał spytać, ale powstrzymała go jego bliźniaczka.
Jonathan nie mógłby zostawić kogoś w potrzebie i była to jedna z cech, które Jessie podziwiał w swoim chrzestnym, ale w tym momencie wolałby, by Selwyn ich nie opuszczał. Za bardzo się martwił, że Jonathan mógłby zostać poważnie ranny, albo, co gorsza, mógłby nie wrócić.
-... Uważaj na siebie - powiedział w końcu, w myślach powtarzając "Jest silny. Jest sprytny. Nie dałby się pokonać. Wróci." jak mantrę.
Drżącego u stóp Benjiego wziął na ręce i skinął głową siostrze.
-Gotowy.