24.04.2025, 14:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2025, 14:50 przez Samuel McGonagall.)
Nie rozpoznał od razu w jej niepokoju śmiertelnego zagrożenia.
Spotkali się w połowie sali, idąc do siebie pospiesznie, choć ze zgoła odmiennych powodów.
Jego pytanie strawił metaforyczny ogień i w końcu Samuel McGonagall zrozumiał prawdę o zagrożeniu w obliczu którego stanęli. Ciepła i otulająca go mgła uczucia i rodzinnego szczęścia została zasnuta ciemnymi chmurami, zupełnie tak jak Londyn został otulony czarną kołdrą, która ni jak nie przynosiła komfortu. Brał udział w wypalaniu łąk, pomagał gasić pożary, wiedział jak w suche lato jedna iskra potrafi zająć połać zaniedbanego lasu. Ale nigdy nie był wtedy w mieście, w Londynie, który kojarzył mu się ze smrodem i kamieniem. Czy kamienie paliły się tak łatwo? Dachówki, meble, otaczające ich magiczne przedmioty... I jeszcze to co powiedziała jego narzeczona. Nie kamienica płonie. Nie ulica. Londyn. Całe miasto. A on nie miał powodów by poddawać jej słowa w wątpliwość.
– Musimy uciekać – wyszeptał cicho, bardziej do siebie, nieświadom tego, że Nora już od niego się odsunęła, by przynieść ukojenie swojej córce. Ich córce. – Nora, musimy jak najszybciej stąd uciekać. W Warowni będziemy bezpieczni, Ci wszyscy ludzie będą tam bezpieczni! – Wyrzucił z siebie głośniej, wskazując na skołowanych klientów, choć kto by go tam słuchał? Ludzie parli do witryny, gwar rozmów, aura wzmagającej paniki rosły, gdy mężczyzna oddalał się od swojej rodziny aby dojść do kominka. Sięgnął do kieszeni po proszek, aby otworzyć przejście. Było to dla niego oczywiste, że Nora weźmie teraz Mabel, nie zapomną o kotach i odejdą, umkną, uciekną przed zagrożeniem. Nie był bohaterem, ostatnio przegrał pojedynek z kotem, ale chciał och jak bardzo chciał, żeby jego rodzina była bezpieczna. Zupełnie nieświadom koszmaru, który dział się wokół kominka w Dolinie Godryka, cisnął proszek a ogień... ogień pozostał taki sam. Jeszcze raz, i jeszcze... i wtedy zrozumiał.
Jego własne tętno dopadło go, gdy drżącymi dłońmi oparł się o chłodny marmur otulający przestrzeń teleportacyjnego kominka. Był niedźwiedziem w potrzasku, był zwierzęciem stojącym w obliczu nieposkromionego żywiołu - płomień, który tańczył wewnątrz paleniska, nie uratował ich przed płomieniem tańczącym po ludzkich domostwach.
Surowa magia wezbrała w żyłach, gwałtownie domagając się ujścia. Zacisnął palce walcząc o to, by kształtująca wbrew jego woli otoczenie struga nikomu nie uczyniła krzywdy... To działo się zbyt szybko, by uciec.
Atak ziemi nie przyszedł, a pouczenia doktor Florence przyniosły skutek. Lekcje pomagające mu narzucać wolę kształtującej się magii również pomogły rozproszyć ją w niegroźnej emanacji. Energia rozsypała się fioletowymi i różowymi goździkami po okolicy kominka, tworząc dziwaczny wobec okoliczności kwietny dywanik. Część kwiatów niestety spłonęła, choć nie nad tym zastanawiał się teraz Sam odgarniający włosy ze zroszonego potem czoła.
Spotkali się w połowie sali, idąc do siebie pospiesznie, choć ze zgoła odmiennych powodów.
Jego pytanie strawił metaforyczny ogień i w końcu Samuel McGonagall zrozumiał prawdę o zagrożeniu w obliczu którego stanęli. Ciepła i otulająca go mgła uczucia i rodzinnego szczęścia została zasnuta ciemnymi chmurami, zupełnie tak jak Londyn został otulony czarną kołdrą, która ni jak nie przynosiła komfortu. Brał udział w wypalaniu łąk, pomagał gasić pożary, wiedział jak w suche lato jedna iskra potrafi zająć połać zaniedbanego lasu. Ale nigdy nie był wtedy w mieście, w Londynie, który kojarzył mu się ze smrodem i kamieniem. Czy kamienie paliły się tak łatwo? Dachówki, meble, otaczające ich magiczne przedmioty... I jeszcze to co powiedziała jego narzeczona. Nie kamienica płonie. Nie ulica. Londyn. Całe miasto. A on nie miał powodów by poddawać jej słowa w wątpliwość.
– Musimy uciekać – wyszeptał cicho, bardziej do siebie, nieświadom tego, że Nora już od niego się odsunęła, by przynieść ukojenie swojej córce. Ich córce. – Nora, musimy jak najszybciej stąd uciekać. W Warowni będziemy bezpieczni, Ci wszyscy ludzie będą tam bezpieczni! – Wyrzucił z siebie głośniej, wskazując na skołowanych klientów, choć kto by go tam słuchał? Ludzie parli do witryny, gwar rozmów, aura wzmagającej paniki rosły, gdy mężczyzna oddalał się od swojej rodziny aby dojść do kominka. Sięgnął do kieszeni po proszek, aby otworzyć przejście. Było to dla niego oczywiste, że Nora weźmie teraz Mabel, nie zapomną o kotach i odejdą, umkną, uciekną przed zagrożeniem. Nie był bohaterem, ostatnio przegrał pojedynek z kotem, ale chciał och jak bardzo chciał, żeby jego rodzina była bezpieczna. Zupełnie nieświadom koszmaru, który dział się wokół kominka w Dolinie Godryka, cisnął proszek a ogień... ogień pozostał taki sam. Jeszcze raz, i jeszcze... i wtedy zrozumiał.
Jego własne tętno dopadło go, gdy drżącymi dłońmi oparł się o chłodny marmur otulający przestrzeń teleportacyjnego kominka. Był niedźwiedziem w potrzasku, był zwierzęciem stojącym w obliczu nieposkromionego żywiołu - płomień, który tańczył wewnątrz paleniska, nie uratował ich przed płomieniem tańczącym po ludzkich domostwach.
Surowa magia wezbrała w żyłach, gwałtownie domagając się ujścia. Zacisnął palce walcząc o to, by kształtująca wbrew jego woli otoczenie struga nikomu nie uczyniła krzywdy... To działo się zbyt szybko, by uciec.
Klątwa Żywiołów (ziemia) - Sam zmaga się z klątwą żywiołów, ponieważ Londyn płonie
Rzut Z 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
Atak ziemi nie przyszedł, a pouczenia doktor Florence przyniosły skutek. Lekcje pomagające mu narzucać wolę kształtującej się magii również pomogły rozproszyć ją w niegroźnej emanacji. Energia rozsypała się fioletowymi i różowymi goździkami po okolicy kominka, tworząc dziwaczny wobec okoliczności kwietny dywanik. Część kwiatów niestety spłonęła, choć nie nad tym zastanawiał się teraz Sam odgarniający włosy ze zroszonego potem czoła.