24.04.2025, 15:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2025, 15:57 przez Millie Moody.)
Jej włosy były zawiązane już ciasno i ukryte pod obszytym srebrną nicią kapeluszem ochronnym wciśniętym głęboko na głowę i przyczepionym dodatkowo igłą do włosów. Jak nigdy cieszyła się, że szpilki od Morpheusa pozostały w domu, a dziś na potencjalne spotkanie z bratem wybrała wygodne dresy i tenisówki. Teraz mogła, teraz dzięki temu...
Biegła.
Bo jej życie teraz było bieganiem. Nie było jeszcze nawet północy, nie była w stanie powiedzieć co się dzieje, jej umysł był zbyt ciasny, żeby poddawać to analizie. Poddawała się instynktowi i krótkim zdaniom przekazywanym jej przez tych, którzy ogarniali. Quintessa pozostała za jej plecami, musiała dostarczyć informację do Nory o tym... o tym wszystkim. Musiała znaleźć Alastora, musiała pomóc gasić ten gówniany ogień zaprószony przez niebiańską srakę Voldemorta.
Ludzie panikowali. Dymu było coraz więcej, podobnie jak płomieni. Zapalone magią kamienice obdzielały kryzysem ognistego urodzaju kolejne i kolejne, ciasno przytulone do siebie, bliźniacze budowle. Milles w dłoni ściskała różdżkę, świadoma tego, że podobnie jak na Beltane, w każdej chwili może oberwać w plecy i zostać zabrana hej na drugą stronę, do krainy pomiędzy życiem, a śmiercią. Tym razem miała na głowie kapelusz, który być może da jej moment na odwrócenie się do przeciwnika i rewanż. Da jej szansę zedrzeć z twarzy pierdolonego wroga maskę. Teraz jednak nie śmierciożercy byli największym problemem tylko ogień...
Płomieni było coraz więcej. Miotła przyczepiona do pleców była łatwiejsza w transporcie, choć Miles zastanawiała się w tym całym szaleństwie, czy nie byłoby jej na prawdę prościej, gdyby po prostu na nią wsiadła i nad głowami tumultu doleciała tam gdzie chciała. Gdzie potrzebowała. Tyle ludzi... nie da rady pomóc wszystkim, czuła zżerające ją wyrzuty sumienia, które dopiero zakwitną w pełni następnego dnia.
Nagle dobiegł do jej uszu przerywany kaszlem krzyk. Zadarła głowę i zobaczyła ją: drobną kobietę uwięzioną na balkonie pierwszego piętra. Kamienica wyglądała na zadbaną, żeby nie powiedzieć bogatą. Dama była zapewne czystokrwista, choć oczywiście nie miała tego wytatuowanego na czole. Znalazła się w złym miejscu i złym czasie, ale Miles nie zamierzała patrzeć jej w metrykę, żeby decydować o losie. Była człowiekiem w potrzebie, któremu można pomóc od ręki.
Czarownica zamachnęła się różdżką aby korzystając z magii telekinezy, przyciągnąć do siebie kobietę, bez uczynienia jej krzywdy. Unoszenie ludzi było wymagające, ale ona dźwigała już magicznie cięższe rzeczy...
Biegła.
Bo jej życie teraz było bieganiem. Nie było jeszcze nawet północy, nie była w stanie powiedzieć co się dzieje, jej umysł był zbyt ciasny, żeby poddawać to analizie. Poddawała się instynktowi i krótkim zdaniom przekazywanym jej przez tych, którzy ogarniali. Quintessa pozostała za jej plecami, musiała dostarczyć informację do Nory o tym... o tym wszystkim. Musiała znaleźć Alastora, musiała pomóc gasić ten gówniany ogień zaprószony przez niebiańską srakę Voldemorta.
Ludzie panikowali. Dymu było coraz więcej, podobnie jak płomieni. Zapalone magią kamienice obdzielały kryzysem ognistego urodzaju kolejne i kolejne, ciasno przytulone do siebie, bliźniacze budowle. Milles w dłoni ściskała różdżkę, świadoma tego, że podobnie jak na Beltane, w każdej chwili może oberwać w plecy i zostać zabrana hej na drugą stronę, do krainy pomiędzy życiem, a śmiercią. Tym razem miała na głowie kapelusz, który być może da jej moment na odwrócenie się do przeciwnika i rewanż. Da jej szansę zedrzeć z twarzy pierdolonego wroga maskę. Teraz jednak nie śmierciożercy byli największym problemem tylko ogień...
Płomieni było coraz więcej. Miotła przyczepiona do pleców była łatwiejsza w transporcie, choć Miles zastanawiała się w tym całym szaleństwie, czy nie byłoby jej na prawdę prościej, gdyby po prostu na nią wsiadła i nad głowami tumultu doleciała tam gdzie chciała. Gdzie potrzebowała. Tyle ludzi... nie da rady pomóc wszystkim, czuła zżerające ją wyrzuty sumienia, które dopiero zakwitną w pełni następnego dnia.
Nagle dobiegł do jej uszu przerywany kaszlem krzyk. Zadarła głowę i zobaczyła ją: drobną kobietę uwięzioną na balkonie pierwszego piętra. Kamienica wyglądała na zadbaną, żeby nie powiedzieć bogatą. Dama była zapewne czystokrwista, choć oczywiście nie miała tego wytatuowanego na czole. Znalazła się w złym miejscu i złym czasie, ale Miles nie zamierzała patrzeć jej w metrykę, żeby decydować o losie. Była człowiekiem w potrzebie, któremu można pomóc od ręki.
Czarownica zamachnęła się różdżką aby korzystając z magii telekinezy, przyciągnąć do siebie kobietę, bez uczynienia jej krzywdy. Unoszenie ludzi było wymagające, ale ona dźwigała już magicznie cięższe rzeczy...
Translokacja IV, przyciągnięcie magią do siebie uwięzionej na balkonie Lany
Początkowo szło nieźle, nawet ominęła Laną barierkę unosząc ją najpierw do góry, by potem po skosie nakierować ją magią prosto na siebie. Trochę zapomniała o wyhamowaniu kobietą - zależało jej na czasie. Zderzenie nastąpiło i obie wylądowały na chodniku. I gdyby Miles miała nieco więcej ciała, można byłoby to nazwać nawet miękkim lądowaniem.
mam na sobie przedmiot Prosty kapelusz ochronny
Rzut PO 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!
Początkowo szło nieźle, nawet ominęła Laną barierkę unosząc ją najpierw do góry, by potem po skosie nakierować ją magią prosto na siebie. Trochę zapomniała o wyhamowaniu kobietą - zależało jej na czasie. Zderzenie nastąpiło i obie wylądowały na chodniku. I gdyby Miles miała nieco więcej ciała, można byłoby to nazwać nawet miękkim lądowaniem.
mam na sobie przedmiot Prosty kapelusz ochronny