25.04.2025, 08:51 ✶
– Nie, nic mi nie jest – zapewniła odruchowo, tak jak zrobiłaby prawdopodobnie nawet gdyby miała połamanych kilka kości. Tym razem jednak naprawdę wszystko było w porządku: Brenna nie zdążyła jeszcze nawet się ubrudzić, a jej ubrania dopiero zaczynały przesiąkać wonią dymu. – Nie, tylko ludzi tutaj, wiem, że Victoria i Heather ruszyły na miasto i im nic nie jest, ale pozostali…
Zmyliła krok i potknęła się na nierównej płycie chodnikowej, gdy Julian powiedział, że Alice dostała i że w Dolinie z nieba sypał się popiół. Nie sądziła, nie przyszło jej nawet do głowy, że Dolina Godryka i Londyn zostały zaatakowały na raz. Przez chwilę miała wrażenie, że brakuje jej powietrza, i to wcale nie dlatego, że ulice zaczynał ogarniać dym. Przed oczyma niemal natychmiast stanął jej Morpheus, jego wizja, płonąca Warownia, mroczny znak nad domem i…
– N… nic poważnego się jej nie stało? – wydusiła z siebie w końcu. – Zgłosiłeś, że Dolina też płonie? M… muszę…
Nie była pewna, co musi.
Teleportować się do Doliny Godryka i upewnić, że jej rodzina była bezpieczna? Jeśli coś działo się w Warowni, na pewno już się ewakuowali. A poza tym zaklęcia ochronne… i wizja Morpheusa była metaforą, musiała być metaforą, liście jeszcze wcale nie były żółte…
Trudno powiedzieć, co by tak naprawdę zrobiła, bo przez chwilę czuła się rozdarta niemal fizycznie, jakby coś w środku ciągnęło ją w różne strony. W Londynie byli ludzie, których kochała i o których się martwiła. Były tu też setki mieszkańców, którzy czekali na pomoc odpowiednich służb. Członkowie Zakonu, jeśli sytuacja była tak zła, wkrótce zaczną zbierać się pewnie w okolicach klubokawiarni i antykwariatu. W Dolinie Godryka była jej rodzina: tam stał jej dom.
Chciała być wszędzie. Chciała upewnić się, że nic im nie jest. I przez chwilę obawa o nich, strach, miłość, łączyły się w przedziwną mieszankę z falą nienawiści wobec Voldemorta i śmierciożerców, tak wielką, że gdyby wpadli teraz na śmierciożercę, Brenna mogłaby pierwszy raz w życiu użyć czarnej magii – spróbować zabić.
Ale nie musiała podejmować decyzji, bo nagle ogarnął ich kłąb dymu, który pojawił się jakby znikąd.
– Cholera, to musi być jakieś zaklęcie! – wydusiła, w pierwszej chwili rozglądając się za ogniem, ale nigdzie nie dostrzegła żadnych płomieni. Machnęła różdżką, próbując rzucić na Bletchleya bąblogłowę, aby ułatwić mu oddychanie. – Jest tutaj ktoś?! – zawołała, trochę głupio, bo jeżeli byli tu przeciwnicy, to ryzykowała… ale jeżeli ktoś potrzebował pomocy…
kształtowanie, bąblogłowa dla Julka
Zmyliła krok i potknęła się na nierównej płycie chodnikowej, gdy Julian powiedział, że Alice dostała i że w Dolinie z nieba sypał się popiół. Nie sądziła, nie przyszło jej nawet do głowy, że Dolina Godryka i Londyn zostały zaatakowały na raz. Przez chwilę miała wrażenie, że brakuje jej powietrza, i to wcale nie dlatego, że ulice zaczynał ogarniać dym. Przed oczyma niemal natychmiast stanął jej Morpheus, jego wizja, płonąca Warownia, mroczny znak nad domem i…
– N… nic poważnego się jej nie stało? – wydusiła z siebie w końcu. – Zgłosiłeś, że Dolina też płonie? M… muszę…
Nie była pewna, co musi.
Teleportować się do Doliny Godryka i upewnić, że jej rodzina była bezpieczna? Jeśli coś działo się w Warowni, na pewno już się ewakuowali. A poza tym zaklęcia ochronne… i wizja Morpheusa była metaforą, musiała być metaforą, liście jeszcze wcale nie były żółte…
Trudno powiedzieć, co by tak naprawdę zrobiła, bo przez chwilę czuła się rozdarta niemal fizycznie, jakby coś w środku ciągnęło ją w różne strony. W Londynie byli ludzie, których kochała i o których się martwiła. Były tu też setki mieszkańców, którzy czekali na pomoc odpowiednich służb. Członkowie Zakonu, jeśli sytuacja była tak zła, wkrótce zaczną zbierać się pewnie w okolicach klubokawiarni i antykwariatu. W Dolinie Godryka była jej rodzina: tam stał jej dom.
Chciała być wszędzie. Chciała upewnić się, że nic im nie jest. I przez chwilę obawa o nich, strach, miłość, łączyły się w przedziwną mieszankę z falą nienawiści wobec Voldemorta i śmierciożerców, tak wielką, że gdyby wpadli teraz na śmierciożercę, Brenna mogłaby pierwszy raz w życiu użyć czarnej magii – spróbować zabić.
Ale nie musiała podejmować decyzji, bo nagle ogarnął ich kłąb dymu, który pojawił się jakby znikąd.
– Cholera, to musi być jakieś zaklęcie! – wydusiła, w pierwszej chwili rozglądając się za ogniem, ale nigdzie nie dostrzegła żadnych płomieni. Machnęła różdżką, próbując rzucić na Bletchleya bąblogłowę, aby ułatwić mu oddychanie. – Jest tutaj ktoś?! – zawołała, trochę głupio, bo jeżeli byli tu przeciwnicy, to ryzykowała… ale jeżeli ktoś potrzebował pomocy…
kształtowanie, bąblogłowa dla Julka
Rzut W 1d100 - 42
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.