25.04.2025, 10:28 ✶
Gdyby na tym wyjściu był mężczyzna nieco starszy od Samuela, bardziej edukowany i obyty w świecie, komentarz Karla pobudziłby go do wyjścia poza uprzedzenia międzygatunkowe i rozpoczęcia długiej dyskusji na temat systemów edukacji, które odpowiadają (bądź nie) na zapotrzebowania społeczeństwa.
Szczęśliwie McGonagall zrozumiał metaforę o kurach, dla siebie jednak pozostawiając myśl, że kot brzmiał przez moment jak jego matka.
Mężczyzna wolał skupić się na radości Mabel, na radości Niko i na ogólnie rodzinnej atmosferze, której zwykle mu odmawiano. Kiedy czuł się tak dobrze? Ostatnio chyba na rybach na które poszedł z panem Erikiem. Ten nie miał dla niego czasu oczywiście, w końcu Sam był tylko jego ogrodnikiem, choć bezsprzecznie zależało im na tych samych osobach. Wtedy jednak nad jeziorem różnice w wynagrodzeniu i dziedzictwie nie miały znaczenia, zrównane do doświadczenia słonecznego dnia i przyjemnie chłodzącej ciało wody.
Teraz zaś, z dala od Londyńskiego gwaru i brudu, mógł po prostu cieszyć się obcowaniem z naturą, które było dla niego naturalne jak oddychanie. Nie zauważył pytającego spojrzenia swojego brata, jego uwaga zbytnio skoncentrowała się na kanapkach przykrytych grubymi plastrami szynki. Zatkał sobie usta i w sumie chciał coś powiedzieć na temat tego jak bardzo się cieszy z propozycji Niko dotyczącego imienia, ale... no nie było takiej opcji, gdy przez wargi wypadały mu kawałki jedzenia. Był na prawdę głodny. Pokiwał więc głową na znak, że to doskonała myśl i zachęcająco pomachał ręką w kierunku dziewczynki, żeby coś wymyśliła, po czym gdy już przełknął dodał:
– Tu jednak nie będzie opcji z mówieniem jak u Karla, i też jak dasz mu imię to nie oznacza, ze przy okazaniu braku szacunku i ostrożności ten hipogryf nie będzie mógł Cię zabić. – Tłumaczył przezornie, pamiętając pouczenia Brenny. Chwycił za drugą kanapkę i jak gdyby nigdy nic znów napchał sobie twarz pusznościami, w duchu obiecując sobie, że musi Nikolaia zabrać do Londynu i pokazać mu jakie cuda potrafi robić jego narzeczona. W końcu pączki też smażono w świńskim sadle.
Szczęśliwie McGonagall zrozumiał metaforę o kurach, dla siebie jednak pozostawiając myśl, że kot brzmiał przez moment jak jego matka.
Mężczyzna wolał skupić się na radości Mabel, na radości Niko i na ogólnie rodzinnej atmosferze, której zwykle mu odmawiano. Kiedy czuł się tak dobrze? Ostatnio chyba na rybach na które poszedł z panem Erikiem. Ten nie miał dla niego czasu oczywiście, w końcu Sam był tylko jego ogrodnikiem, choć bezsprzecznie zależało im na tych samych osobach. Wtedy jednak nad jeziorem różnice w wynagrodzeniu i dziedzictwie nie miały znaczenia, zrównane do doświadczenia słonecznego dnia i przyjemnie chłodzącej ciało wody.
Teraz zaś, z dala od Londyńskiego gwaru i brudu, mógł po prostu cieszyć się obcowaniem z naturą, które było dla niego naturalne jak oddychanie. Nie zauważył pytającego spojrzenia swojego brata, jego uwaga zbytnio skoncentrowała się na kanapkach przykrytych grubymi plastrami szynki. Zatkał sobie usta i w sumie chciał coś powiedzieć na temat tego jak bardzo się cieszy z propozycji Niko dotyczącego imienia, ale... no nie było takiej opcji, gdy przez wargi wypadały mu kawałki jedzenia. Był na prawdę głodny. Pokiwał więc głową na znak, że to doskonała myśl i zachęcająco pomachał ręką w kierunku dziewczynki, żeby coś wymyśliła, po czym gdy już przełknął dodał:
– Tu jednak nie będzie opcji z mówieniem jak u Karla, i też jak dasz mu imię to nie oznacza, ze przy okazaniu braku szacunku i ostrożności ten hipogryf nie będzie mógł Cię zabić. – Tłumaczył przezornie, pamiętając pouczenia Brenny. Chwycił za drugą kanapkę i jak gdyby nigdy nic znów napchał sobie twarz pusznościami, w duchu obiecując sobie, że musi Nikolaia zabrać do Londynu i pokazać mu jakie cuda potrafi robić jego narzeczona. W końcu pączki też smażono w świńskim sadle.