25.04.2025, 11:14 ✶
– Przyszpilić… zaraz, to Ty byłeś na dole? – zapytała z dziwnym błyskiem w oku, najwidoczniej w ogóle nie orientując się, że wybrzmienie tych słów w powietrzu miałoby zrobić na niej jakiekolwiek wrażenie. Rozmawiali teraz poważnie o poważnym eksperymencie naukowym, który miałby na zawsze rozwiązać problem seksualności jej przyjaciela.
– To nawet lepiej. Słuchaj, dla Ciebie, dla lepszej immersji, mogę przez najbliższy tydzień więcej jeść, żeby nadać temu wiarygodności. I poćwiczę trochę, bo słyszałam, że mięśnie cięższe są od tłuszczu. – Tak. Wyciągnęła kartę własnego jedzenia. I tak. Wszystko w jej postawie i głosie wskazywało na fakt, że mówi absolutnie poważnie. Więcej. Że jest coraz bardziej zaangażowana w całe przedsięwzięcie. Zostawiła napiwek na stoliku po czym… no nie potrzebowała dużo, może Bazyliszek protestował zbyt cicho, a może jej było miło, że z Prewettem jakoś tak miło płynął czas i nie myślała ani o bracie, ani o Eden, ani o Zakonie, ani o innym przyjacielu, który staczał się w kierunku czarnoksięskiej magii. Nic. Tylko pełen lekkości śmiech i jego utyskiwania na jej nadmiar energii. Jak za starych dobrych czasów.
Wylądowali na krużganku, tuż przed świątynią.
Czas im gdzieś umknął i zachód pysznił się czerwienią, nadając całej okolicy nieco gotyckiego sznytu. Odetchnęła głęboko, odgarniając krótkie włosy za uszy i po chwili poprawiając sobie nieco spódniczkę, bo podwinęła jej się do połowy uda, podczas penetrowania kawiarnianej podłogi.
– Pięć galeonów od ręki, za samą przysięgę i dwadzieścia pięć za klasztor. – brzmi jak bardzo łatwe pieniądze. Nagle zmarszczyła brwi, jakby coś do niej dotarło. Konkretnie dwa cosie. Pierwsze — była znów niska, bo obcasy zapadły jej się w trawnik. Drugie — do mózgu dotarły utyskiwania przyjaciela. Prychnęła, próbując na palcach dojść do ścieżki.
– Jaka zabawa byłaby w tym, jakbyś mi je dał do ręki za nic? Poza tym ej! uważasz, że nie dam rady? Co, myślisz, że nie potrafiłabym utrzymać kolan razem przez trzy kurwa miesiące?! – wypluła z siebie pytanie, ściągając brwi tak mocno, że niemal się stykały. Przy okazji absolutnie zignorowała fakt, że kilka osób się na nią obejrzało. Tu nie mieli bańki, nie po tym jak się teleportowali na miejsce. Będąc też absolutnie szczerym, Miles sprzed śpiączki nie byłaby pewna, sarkając w ten sposób, choć z pewnością byłaby bardziej przekonująca. Teraz proporcje się zmieniły. Jej głos zabrzmiał nieco piskliwie, przez zaciśnięte gardło, ale w sumie był w niej taki żar i przekonanie i święte oburzenie, że Basilius miał ją za łatwą.
Jebać fakt, że była łatwa. Oburzenie było uczciwe, bo nie było to miłe że ON tak o niej myślał.
– To nawet lepiej. Słuchaj, dla Ciebie, dla lepszej immersji, mogę przez najbliższy tydzień więcej jeść, żeby nadać temu wiarygodności. I poćwiczę trochę, bo słyszałam, że mięśnie cięższe są od tłuszczu. – Tak. Wyciągnęła kartę własnego jedzenia. I tak. Wszystko w jej postawie i głosie wskazywało na fakt, że mówi absolutnie poważnie. Więcej. Że jest coraz bardziej zaangażowana w całe przedsięwzięcie. Zostawiła napiwek na stoliku po czym… no nie potrzebowała dużo, może Bazyliszek protestował zbyt cicho, a może jej było miło, że z Prewettem jakoś tak miło płynął czas i nie myślała ani o bracie, ani o Eden, ani o Zakonie, ani o innym przyjacielu, który staczał się w kierunku czarnoksięskiej magii. Nic. Tylko pełen lekkości śmiech i jego utyskiwania na jej nadmiar energii. Jak za starych dobrych czasów.
***
Wylądowali na krużganku, tuż przed świątynią.
Czas im gdzieś umknął i zachód pysznił się czerwienią, nadając całej okolicy nieco gotyckiego sznytu. Odetchnęła głęboko, odgarniając krótkie włosy za uszy i po chwili poprawiając sobie nieco spódniczkę, bo podwinęła jej się do połowy uda, podczas penetrowania kawiarnianej podłogi.
– Pięć galeonów od ręki, za samą przysięgę i dwadzieścia pięć za klasztor. – brzmi jak bardzo łatwe pieniądze. Nagle zmarszczyła brwi, jakby coś do niej dotarło. Konkretnie dwa cosie. Pierwsze — była znów niska, bo obcasy zapadły jej się w trawnik. Drugie — do mózgu dotarły utyskiwania przyjaciela. Prychnęła, próbując na palcach dojść do ścieżki.
– Jaka zabawa byłaby w tym, jakbyś mi je dał do ręki za nic? Poza tym ej! uważasz, że nie dam rady? Co, myślisz, że nie potrafiłabym utrzymać kolan razem przez trzy kurwa miesiące?! – wypluła z siebie pytanie, ściągając brwi tak mocno, że niemal się stykały. Przy okazji absolutnie zignorowała fakt, że kilka osób się na nią obejrzało. Tu nie mieli bańki, nie po tym jak się teleportowali na miejsce. Będąc też absolutnie szczerym, Miles sprzed śpiączki nie byłaby pewna, sarkając w ten sposób, choć z pewnością byłaby bardziej przekonująca. Teraz proporcje się zmieniły. Jej głos zabrzmiał nieco piskliwie, przez zaciśnięte gardło, ale w sumie był w niej taki żar i przekonanie i święte oburzenie, że Basilius miał ją za łatwą.
Jebać fakt, że była łatwa. Oburzenie było uczciwe, bo nie było to miłe że ON tak o niej myślał.