25.04.2025, 11:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2025, 12:01 przez Mirabella Plunkett.)
Lorelei uśmiechnęła się do Laurenta, chociaż nie tak czarująco, jak on sam uśmiechnął się do niej - z prostej przyczyny: jej uśmiech był z tych, którymi obdarowywały ciotki o ogromnym sercu. Kto wie, czy gdy Victoria nie była młodsza, to Lorelei nie ściskała jej policzków, szczebiocząc jakie puci puci, by następnie złożyć pocałunek na jednym, a potem drugim? Biła od niej ta klasyczna ciotkowatość, chociaż w całej postawie widać było znamiona rodu Lestrange. Jakaś taka duma, wyniosłość i, oczywiście, dobre maniery, które nie pozwalały na swobodne zachowywanie się w obecności Prewetta, na którego teraz spojrzała, marszcząc brwi.
- Wieków wstecz? Mój drogi, te róże pojawiły się wczoraj - powiedziała, przekrzywiając lekko głowę. Przeniosła spojrzenie na Victorię, nieco pytające. - Przyjaciółki... Być może lepiej, żeby nie dawał jej jednego z tych okazów. Nie wiemy, czym są.
Lorelei westchnęła, a jej dłoń sięgnęła do czarnych jak smoła włosów. Przeczesała miękkie kosmyki palcami, pozwalając im rozsypać się w idealnie ułożonym nieładzie na plecy.
- Mógł się chociaż przywitać, ale rozumiem, że księgi i Louvain nie idą w parze, pewnie uznał, że nic tu po nim. Nie on jedyny zresztą - dodała nieco smętnie. Lorelei wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, a książka, którą miała w dłoni, zmniejszyła się do takich rozmiarów, by mogła spokojnie spocząć w jej kieszeni. - Przykro mi, jeżeli was rozczaruję, kochani, ale chociaż znam historię naszego rodu i historię naszych ogrodów, to była tam jedyna mała wzmianka o czarnych różach. Tak jak pisałam wam w listach, Victorio: pojawiły się w jeden dzień. I nawet ja wiem, że rośliny potrzebują czasu, by wykiełkować. Te z kolei... Po prostu się pojawiły. I zdecydowanie to jakaś dziwna anomalia, lecz nie jestem w stanie powiedzieć, skąd się tu wzięły. Znam wszystkich ogrodników, osobiście ich zatrudniałam i sprawdziłam, żaden nie mógłby ich zasiać bez mojej wiedzy. A nawet jeśli: to róże potrzebują czasu, żeby wyrosnąć, prawda?
Lorelei podeszła do donicy, chociaż nie wyciągała w jej kierunku dłoni. Nachyliła się nad jednym z kwiatów, lekko przechylając głowę. Obserwowała ją, lecz Victoria wiedziała, że jej ciotka nie była zielarką - była doskonałym zarządcą, lecz nie znała się na roślinach jako takich.
- Dostali przykaz, żeby ich nie dotykać. Jest odgórny zakaz podlewania ich, przesadzania i próby wykopywania. Nie wiemy o nich absolutnie nic, dlatego posłałam listy między innymi do Mirabelli Abbott. I do ciebie, Victorio. Liczyłam, że przyjdziesz i rozjaśnisz trochę tę zagadkę- chwilę przyglądała się róży, zanim nie powróciła spojrzeniem do Lestrange. - Chcesz ją wziąć na... Jakieś badania?
Lost in the serenity
Found by the water
Found by the water