Nie miała pojęcia ile właściwie czasu spędzili w tej piwnicy. Kiedy się tu znalazła było całkiem wcześnie, ale trochę tutaj siedzieli. Zabawne, nikt pewnie nawet nie zauważył jej nieobecności, właściwie nie powinno jej to dziwić, bo ciągle przemykała w towarzystwie niczym cień, nie odzywała się, kiedy inni tego nie oczekiwali. Zapewne sądzili, że zamknęła się w tej gościnnej sypialni, w której znalazły się jej rzeczy. W sumie to może nawet i lepiej, bo chyba aktualnie nie chciałaby zostać znaleziona. Nie spodziewała się, że na dłuższą metę całkiem jej się spodoba w tym pomieszczeniu. Widać wiele zależało od towarzystwa, gdy była tutaj sama trochę spanikowała, że nie znajdzie wyjścia, teraz czuła się zdecydowanie pewniej. W końcu ustalili, że jej tutaj nie zostawi, a wręcz przeciwnie, odstawi ją na zewnątrz, co uspokoiło Prudence. Nie, żeby bała się ciemności, czy podobnych miejsc, jednak po prostu wolałaby uniknąć niezręczności i pytań związanych z tym, gdzie się podziewała, a że na pewno byłaby wkurwiona całą sytuacją, to nie omieszkałaby wspomnieć co o tym wszystkim sądzi. Pomimo tego, że starała się raczej zachowywać wyważenie, to zdarzały się momenty, kiedy i ją ponosiły emocje, zresztą pokazała to, gdy znalazła się w tej piwnicy. Nie pozostał w niej już jednak nawet gram irytacji, całkiem szybko się rozluźniła. Alkohol na pewno miał na to spory wpływ, bo kiedy piła mniej się przejmowała tym, co działo się wokół. Życie wydawało się jakieś takie lżejsze i przyjemniejsze, no poza momentami, gdy upijała się na smutno, ale to zdarzało się raczej sporadycznie i w samotności.
- Nie da się ukryć, że się starzeję. - No przecież, tyle, że i kolejne metody po które próbowała sięgać jakoś nie dawały zamierzonego efektu. Benjy był niereformowalny, pomimo tego, że on również miał swoje lata nadal nie brakowało mu tej młodzieńczej butności, która mu się z nim kojarzyła. Może to i dobrze, niby się zmienili, ale nadal mieli coś w sobie z tych dzieciaków, którymi byli w Hogwarcie. - Nie, bo to nie ma sensu, zresztą nie mogłabym Cię odesłać do swojego pokoju, bo zostałabym tu sama, muszę myśleć przyszłościowo. - Nie zapominała, gdzie się znajdowali. Pamiętała o tym, że będzie musiała jakoś wyjść na zewnątrz. Zamierzała go do tego wykorzystać, chociaż to chyba nie było wykorzystaniem, skoro o tym wiedział i sam się na to zgodził. - Moi rodzice nie mieli żadnych metod wychowawczych, byłam idealnym dzieckiem, a Elias, Elias nie wkurzał ich, aż tak bardzo, żeby musieli jakichś szukać. Musisz mi wybaczyć moje marne próby, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia. - Prudence nawet w nastoletnich czasach nie sprawiała jakichś specjalnych problemów, zamykała się w swoim pokoju i egzystowała. Rodzice nie musieli zupełnie się nią przejmować. Eliasa mniej było w domu, niż więcej, co wiązało się z tym, że nie słyszeli o większości jego wybryków, a że była ich tylko dwójka, to cóż, na loterii dzieciaków nie wylosowało im się wcale tak najgorzej. Czasem trochę żałowała, że spędziła młodość, aż tak spokojnie, ale z drugiej strony, czy faktycznie było czego żałować. Może nie miała zbyt wielu ciekawych wspomnień, ale chyba przywykła do tego, że po prostu nie była specjalnie rozrywkowa. Gdyby trafiła na innych ludzi, mogłoby być inaczej, nie próbowała jednak otwierać się na siłę, dostosowała się do sytuacji i jakoś tak sobie egzystowała.
- Pewnie się okaże, jak przejdę do czynów. Póki co sama nie wiem. - Zresztą, czy naprawdę między groźbą, a obietnicą była, aż taka wielka różnica? Zależy kto patrzył, czy coś. - Źle to interpretujesz, jakbym chciała, żebyś sobie poszedł, to powiedziałabym wprost, przecież wiesz. Nie owijam w bawełnę. - Wręcz przeciwnie, Prue była dość bezpośrednia, mówiła raczej rzeczowo i konkretnie to, co miała na myśli. Nie należała do najdelikatniejszych osób, jeśli chodzi o ubieranie myśli w słowa, zresztą na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła się odezwać, kiedy coś jej nie pasowało. Bywała zaczepna, lubiła prowokować, chociaż nie robiła tego często, nie gdy nie czuła się zbyt pewnie. W tej chwili jednak nie miała żadnych obaw, więc mogła być po prostu sobą, tą najmniej przewidywalną wersją, po którą rzadko sięgała.
- To wcale nie musi być długo, tylko chwila, nie chciałabym, żebyś zamilknął na wieki, jeśli o to chodzi. - Całkiem przyjemnie się jej z nim dyskutowało, więc to byłaby okropna szkoda, gdyby zamknął się w sobie przez jej komentarze, taaaak jakby w ogóle to było możliwe. Nikt nie miał takiej mocy sprawczej, aby Benjy przestał się odzywać, zawsze miał coś do powiedzenia, za każdym razem musiał wszystko komentować, taka już była jego natura. Tyle, że teraz nie przeszkadzało jej to tak, jak kiedyś. Było zupełnie inaczej, gdy ich rozmowa została pozbawiona tej negatywnej atmosfery, która kiedyś im towarzyszyła za każdym razem, gdy przebywali w swojej obecności.
- Dzięki? - Chyba wypadało podziękować, czy coś? Nie wyczuła w jego głosie ironii, więc w sumie nie miała chyba powodu, aby wątpić w to, że naprawdę tak myślał. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy było to ładne imię, zresztą imię jak imię i tak nie miała na nie wpływu, matka je wybrała i musiała z tym żyć, no niby mogłaby je sobie zmienić, ale po co? - Całe cztery lata? To dość sporo, niedługo czterdziestka, co? - Przynajmniej na papierze. Nie miała pojęcia jak to jest stać się nagle kimś innym, nie wiedziała, ile właściwie go to musiało kosztować. Pozostawić za sobą całe życie, przyjąć nową tożsamość, tak właściwie to stał się przecież zupełnie kimś innym. Czy tęsknił za tym, kim był kiedyś? Wiele pytań pojawiało się w jej głowie, niektóre z nich był naprawdę głupie, w sumie postanowiła sięgnąć po jedno z nich. - Obchodzisz urodziny normalnie, czy wolisz tak jak teraz? W sensie, no wiesz, czy w ogóle je świętujesz, raz w roku, dwa razy w roku, dwie daty urodzenia, to dwie okazje do obchodzenia tego? - Próbowała wyjaśnić o co jej chodziło. Miała nadzieję, że nie zabrzmiała głupio, bo to było dość błahe, ale w sumie ją zaciekawiło. Nie miała pojęcia nawet, czy mógł sobie pozwolić na obchodzenie urodzin, kiedy odbywał te swoje wędrówki, czy co tam właściwie robił na całym świecie. - Benjy brzmi dobrze. - Dodała jeszcze, w sumie to rozjaśniało jej nieco, dlaczego wybrał właśnie to imię. Została z nim jego część, jako pamiątka po dawnym życiu, przynajmniej w ten sposób tak to odbierała.
- Na szczęście nie zaryzykowałam, chociaż może na nieszczęście, nigdy nie byłam jednak szczególnie odważna, zwłaszcza w Twojej obecności. - Nie umiała przewidzieć jego zachowania, co zresztą było dobrym założeniem, bo teraz sam potwierdził jej, że nawet on nie wiedział, czego można się było po nim spodziewać. Dobrze, że się w tym zgadzali, a Prue, jak to Prue - wolała nie ryzykować. Wybierała najbardziej bezpieczne opcje, aby przypadkowo się nie rozczarować, bo tak było wygodniej. Zresztą do dzisiaj coś w niej z tego pozostało. Lubiła przewidywalne rozwiązania, najbardziej bezpieczne, takie które nikogo nie zaskakiwały, naprawdę można ją było przez to uznać za nudną, i zdawała sobie z tego sprawę. Czy jej to przeszkadzało? Może ostatnio zaczęło, bo dostrzegła, jak wiele jej uciekało przez palce przez te rozwiązania, które wybierała. Nigdy się, aż tak nad tym nie zastanawiała, bo jak dotąd nie przeżyła jeszcze czegoś takiego, co spowodowałoby, aby zaczęła zastanawiać się nad swoim losem, jednak te pożary skłoniły ją do wielu rozważań.
-Broniłeś mnie? Nie wiem, jak wygląda bronienie w Twoim świecie, ale mnie wtedy, wydawało się zupełnie inaczej. - Raczej nie miała wrażenia, że się myliła. Nie miała pojęcia jak pokrętnie musiał do tego podchodził, że uznawał to za bronienie jej, cóż, na pewno miał ku temu jakieś swoje argumenty, ale nie była szczególnie przekonana, czy była gotowa je poznać. Zresztą bez sensu było skupiać się na tym, co było kiedyś, znajdowali się teraz w zupełnie innym miejscu, rozmawiali ze sobą w zupełnie inny sposób, nie było im chyba potrzebnie, aby analizowali tamto zachowanie, aż tak bardzo szczegółowo, tak, czy siak dowiedziała się dosyć sporo, trochę zaczęło jej się wszystko rozjaśniać i chyba jej to na ten moment wystarczało.
- Oke, może faktycznie byłam bardzo ślepa, bo jak dla mnie byłeś największym kutasem, jakiego widział świat. - Totalnym chujem, który potrafił doprowadzić ją do skrajności w kilka sekund. Działał na Prudence niczym czerwona płachta na byka, dlatego też wolała unikać jego osoby, co niestety nie zawsze jej wychodziło. Niby mury zamku były ogromne, jednak nigdy nie udawało jej się przed nim zbyt długo ukrywać. Nie ułatwiał tego fakt, że był jednym z najlepszych przyjaciół jej bliźniaka, chcąc nie chcąc dość często dochodziło między nimi do tych intensywnych interakcji.
- Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć, że byłeś moim rycerzem. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym, bo naprawdę bawiła ją ta wizja, zwłaszcza, że ona sama postrzegała to wszystko zupełnie inaczej. Nie zamierzała jednak ciągnąć go za język, wypytywać go o to pokrętne myślenie, bo obawiała się, że może tego nie zrozumieć. Może była zbyt głupia, czy coś, ale kiedy sama próbowała to analizować, to nie mogła sobie zwizualizować tej jego wersji.
Nie ma co się oszukiwać co do tego, że Benjy był jedynym, który lubił wchodzić z nią w te nie do końca przyjemne interakcje. Przywykła do tego, że inni uczniowie jej nie rozumieli, dążyli do konfrontacji, bo była dziwna. Z czasem nauczyła się nawet bronić, ba później sama stawała w obronie takich wyrzutków jak ona, a było ich paru. Zrobiła się gruboskórna i przestała się przejmować komentarzami, bo wiedziała, że nie może mieć na to wpływu. Jakoś sobie z tym radziła, to, że przeżyła przez to wcześniej sporo przepłakanych nocy, rozmyślała o tym, jak bardzo jest popsuta aktualnie nie miało już takiego znaczenia, tak właściwie to ją ukształtowało. Zdawała sobie sprawę już wtedy, że świat nie kończył się na szkole i kiedyś nie będzie musiała użerać się z tymi wszystkimi ludźmi. Właściwie to spełniła swoje marzenie, bo czas spędzała głównie w towarzystwie trupów.
- To może wymagać zaangażowania to prawda, zresztą przyjmowanie reklamacji też na pewno byłoby całkiem niezłym doświadczeniem. Po pięciu latach ktoś wraca do Ciebie i mówi, że spieprzyłeś mu życie. To mogłoby być zbyt mocne. - Jasne, rozmawiali o czymś, co nie miało żadnej możliwości istnienia, ale przecież wiedziała o tym, że nadal niektóre czarodziejskie rodziny postępowały w ten sposób. Przedstawiały sobie dwójkę młodych ludzi i mówiły im, że mają zostać małżeństwem. Nie miała pojęcia, dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na to, aby odejść od tej tradycji. Jasne, dla elity ważne były koneksje, aczkolwiek nie sądziła, aby młodsze pokolenia faktycznie były z tego powodu szczęśliwe. Nie potrafiłaby sobie wyobrazić sytuacji, w której ktoś ją informuje o tym, że ma się z kimś hajtnąć, bo tatuś ma na to ochotę. To było przerażające. Nie mogła narzekać na swoje pochodzenie, kiedyś tego nie rozumiała tak do końca, wydawało jej się, że są gorsi, ale z czasem zaczęła doceniać profity wynikające z tego, że byli tego gorszego sortu.
Dostrzegła ten ruch, wiedziała o co mu chodzi. Zresztą sama wspomniała mu podczas tamten nocy, że jej narzeczony umarł, tylko, że jeszcze wtedy nie wiedziała, że on to on. Nie powinna tego robić, ale to zrobiła. Nie lubiła, gdy ludzie oceniali ja przez pryzmat tamtych wydarzeń, jakby to określało tym, jakim aktualnie była człowiekiem, jakby to co się stało było czymś co miało jedyny wpływ na jej osobę. - Ponad dwa lata. - Dawno i niedawno. Wszystko zależało od tego, jak kto traktował upływ czasu. Dla niej było to dość dawno, bo wtedy całkowicie zmieniła swoje życie. Przestała pracować w Mungu, pojawiły się zmiany, które nie były dla niej czymś normalnym, miała wrażenie, że czas minęło dużo więcej czasu, bo wydarzyło się w jej życiu stosunkowo wiele.
Od dwóch lat starała się unikać spojrzeń ludzi, od dwóch lat nie chciało jej się o tym mówić, od dwóch lat próbowała jakoś ułożyć sobie życie. Samotność okazała się być dla niej całkiem przyjemna, czego wolała nie mówić w głos. Skoro los chciał dla niej takiego zakończenia, nie miała zamiaru go negować, nie mogła narzekać, wszystko jakoś się ułożyło, jakoś udało jej się wrócić do normalności, mimo, że życie, które wiodła się zmieniło, a ona nie tak łatwo przystosowywała się do nowych sytuacji. Udało jej się to jednak w tym przypadku, nie miała zamiaru narzekać, nie wypadało, bo przecież zawsze mogło stać się coś gorszego.
Może nie powinna była o to pytać? Chciała jednak dowiedzieć się tego, jak patrzył na świat, wiódł zupełnie inne życie, niż ona. Niby też nie otaczała się zbyt wielkim gronem bliskich, jednak od zawsze miała to miejsce, do którego mogła wrócić, do którego przynależała. Domek na obrzeżach Londynu, gdzie spędziła większość swojego życia, jej pokój, który nadal był pozostawiony tak, jakby w każdej chwili mogła do niego wrócić, pełen wspomnień z dzieciństwa i nastoletnich czasów. Jej rodzice byli gotowi zawsze przyjąć ją z otwartymi ramionami, gdyby tego potrzebowała. Nie mogła narzekać na to, jak wyglądało jej życie pod tym względem. Wiedziała, że istnieje miejsce, gdzie co niedzielę pachnie cynamonowym ciastem, a przy stole czekają zawsze dwie osoby, którym na niej zależało, bez względu na to, czego by nie zrobiła, jakiej decyzji by nie podjęła. Zawsze byli gotowi ją wesprzeć.
Tak właściwie to nigdy nie zastanawiała się zbytnio nad tym, jak wyglądał dom tych wszystkich osób, które pochodziły z tych konserwatywnych, szanowanych rodzin. Zresztą, czy w tym przypadku pochodzenie miało, aż takie znaczenie? Jasne, czystokrwiści mieli swoje nieco pojebane zasady, którymi się kierowali, ale wszędzie można było nabyć bardzo różnych doświadczeń. Nie wszyscy mogli liczyć na kochających rodziców, którzy byli gotowi zrobić dla nich naprawdę wiele. Zresztą ta złość, którą czasem widziała na szkolnych korytarzach też nie brała się znikąd, wiedziała, że pewne zachowania wynikały z powtarzalności wzorców, które znajdowały się w domu. Czym skorupka za młodu nasiąknie...
Zdawała sobie sprawę, że w takim przypadku można było postępować dwojako, niektórzy powtarzali zachowania swoich rodziców, inni próbowali być kimś zupełnie innym, stawali się ich przeciwieństwem, bo nie chcieli pozostać tacy, jak Ci którzy niekoniecznie zachowywali się w stosunku do nich w porządku.
Zastanawiała się nad tym, kiedy spoglądała na niego. Czy faktycznie, gdyby było mu tak dobrze, jako temu pochodzącemu z elity, to zrezygnowałby z tego całego życia i spierdolił w nieznane? Nie znała powodu, nie pytała go o to, jaki by on jednak nie był, to nie sądziła, że gdyby traktowali go u siebie odpowiednio zniknąłby sobie ot tak, przyjął nową tożsamość, pochował Aloysiusa, jakby ten nigdy nie istniał, a teraz tak to wyglądało. Nowe imię, nowa data urodzenia, nowy on, właściwie to nie taki nowy, bo przecież to wydarzyło się dawno temu, tylko dla niej to było zupełnie nowe. Spowodowało, że Prudence zastanawiała się nad tym, czy jej dosyć ostre słowa w przeszłości faktycznie miały sens. Dosyć łatwo jej było wtedy oceniać jego idealne życie, tylko na ile ono było idealne, kiedy nikt nie patrzył, gdy zamykały się za nim drzwi rodzinnego domu? Nie mogła tego stwierdzić, nie mogła tego wiedzieć, zakładała pewne wyobrażenie na podstawie tak właściwie niczego, żadnych faktów, konkretów, nigdy się w to nie zagłębiała, a może powinna być nieco bardziej otwarta. Miał rację, stosowała odwrócony klasizm, z czego aktualnie wcale nie była dumna.
Potwierdziły to jego słowa, w milczeniu przyglądała się mu, gdy odpowiadał na jej pytanie, właściwie to nie spodziewała się takiej szczerej odpowiedzi. Może faktycznie coś się między nimi zmieniło, zdecydowanie nie byli już swoimi wrogami.
Nie przerywała mu, bo nie chciała zgubić sensu wypowiedzi. Nie chciała, żeby cokolwiek jej umknęło. Zamiast tego analizowała w głowie wszystkie jego słowa, po kolei, naprawdę chciała zrozumieć jego podejście, dlaczego? Póki co nie miała pojęcia, ale trochę zrobiło jej się go żal, zwłaszcza po tym, co usłyszała.
Nie umiała sobie wyobrazić jak to jest, nie znać tego uczucia, dla niej to było całkiem naturalne, jedno, jedyne miejsce do którego przynależała, gdzie zawsze była mile widziana. To wcale nie było takie oczywiste, że inni nie mogli tego odczuć, próbowała więc postawić siebie w takiej sytuacji. Czy gdyby nie zaznała tego w dzieciństwie to faktycznie wiedziałaby, czego może jej brakować? No nie, bo skąd mogłaby wiedzieć. Nie łatwo jest tęsknić za nieznanym.
- Kiedy tak o tym mówisz, to nabiera sensu. Twoje podejście nabiera sensu. Skoro nigdy tego nie zaznałeś, to nie wiesz, jak to wygląda, nie masz za czym tęsknić, przykro mi... - Może nie powinna tego mówić, ale naprawdę było jej go szkoda. Zwłaszcza, że kiedyś tak lekko przychodziło jej ocenianie jego zachowania, docierało do niej, że ono też nie brało się znikąd, to była maska? Gra? Może nie do końca, ale na pewno częściowo.
- Najważniejsze, że udało Ci się znaleźć swój cel, chyba jesteś szczęśliwy? - Zdawała sobie sprawę, że mogły istnieć różne oczekiwania od życia, dla niektórych wolność była czymś takim. Jeśli spędził dzieciństwo wśród konserwatywnej i tradycyjnej rodziny i w końcu się wyrwał z tego świata na pewno ją doceniał. Nikt nie mówił mu co ma robić, nie narzucał swoich oczekiwań, to na pewno było głębokim oddechem od tego, co miał na miejscu. Tylko, czy faktycznie dało się tak spędzić całe życie? Ciągle podążając przed siebie, łaknąc tylko i wyłącznie adrenaliny, nowych wrażeń? Nie miała pojęcia, nie wiedziała, czy jest to możliwe, czy prędzej, czy później nie miało nadjeść wypalenie? Czy dało się gonić za czymś bez końca? Naprawdę chciałaby to wiedzieć, ale sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, zdecydowanie to nie były tematy, które kiedykolwiek rozważała.
- Trudno jest stwierdzić, że może się czegoś pragnąć, jeśli nie miało się szansy zaznać kiedykolwiek czegoś podobnego. Myślę, że doceniłbyś to, gdyby się pojawiło, może kiedyś będziesz miał okazję. Nigdy nie mów nigdy, czy coś. Los bywa przewrotny. - Naprawdę życzyłaby mu tego. Nie umiała sobie wyobrazić jak to jest przeżyć całe swoje życie bez tego dziwnego uczucia przynależności, ale nie takiej wymuszonej, tej zupełnie naturalnej. Miejsca do którego chce się wracać od czasu do czasu, aby po prostu zaznać chwili spokoju. Odetchnąć, zaszyć się na moment, mieć pewność, że nikt Cię nie ocenia, że możesz zawsze pojawić się niezapowiedziany. To naprawdę było wspaniałe uczucie. Powinien go kiedyś zaznać, szczególnie, że przez tyle lat nie miał takiej możliwości, wydawało jej się, że wbrew temu co mówił doceniłby to dużo bardziej niż każdy inny, ale o tym nie zamierzała mu teraz wspominać.
Nie spodziewała się, że podczas tego poranka będą poruszać takie tematy, zrobiło się dość melancholijnie, jednak może to i dobrze, że i tego nie ominęli. Wydawało jej się, że ma szansę dzięki temu lepiej go poznać, zrozumieć jego motywację, powoli zaczynała sobie kształtować w głowie jego nowy obraz, zupełnie inny niż ten, który zapamiętała ze szkolnych lat, dużo bardziej złożony, aż głupio jej było, że traktowała go tak płytko, że próbowała wyjaśniać jego zagrywki tym głupim pochodzeniem, które okazało się nie być dla niego ważne, inaczej na pewno nie rzuciłby wszystkiego w pizdu i nie zniknął, nie zakopał swojej dawnej tożsamości, nie stał się kimś innym. Widać i życia elity nie były usłane różami, wręcz przeciwnie, docierało do niej teraz, że mieli chyba jeszcze gorzej, niż takie szaraczki jak ona, na które praktycznie nikt nie zwracał uwagi.
Droga którą podążył spowodowała, że nie miał już odwrotu, na pewno nie przyjęliby go z otwartymi ramionami. Z tego, co pamiętała był jedynym synem, dziedzicem - a on pierdolnął całe to bogactwo, tradycje i wybrał wolność. Było to na swój sposób imponujące, ale z drugiej strony nie umiała sobie wyobrazić tego, jak źle musiało być w jego domu, że wybrał taką drogę, być może nie było to jedynym powodem, ale na pewno miało też swoją zasługę. Wpatrywała się w mężczyznę dość długo, w milczeniu. Trochę nie wiedziała, czy powinna powiedzieć coś więcej. Nie była specjalistką w interakcjach międzyludzkim, to było dość dużo - to czym się z nią podzielił, niby sama tego chciała, ale teraz było jej głupio, że nawet nie do końca wiedziała, jak miała zareagować. Nie chciała, aby myślał, że się nad nim użala, czy coś, bo nie o to chodziło, bardziej wolałaby, aby po prostu uwierzył w to, że i dla niego jest jeszcze nadzieja, dla każdego przecież była. To, co działo się w przeszłości nie powodowało, że przyszłość była jasno określona, zawsze był wybór, można było spróbować czegoś innego, sprawdzić, czy ma to sens. Tyle, że jeśli tego nie chciał, jeśli faktycznie był teraz szczęśliwy, to czy w ogóle pojawiała się potrzeba, aby próbował coś zmieniać? Wiele czynników miało na to wpływ, cóż, miała nadzieję, że kiedyś faktycznie zazna tego wspaniałego uczucia, jakim było posiadanie domu, nie do końca w postaci budynku, a bardziej tego metaforycznego znaczenia.
- Nie wątpię. - Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądała aktualnie sytuacja w Wielkiej Brytanii. Tu po raz kolejny wydawało jej się, że oni jako rodzina półkrwi mieli najmniej do stracenia. Znajdowali się pomiędzy czystokrwistymi, a mugolakami. Nie musieli właściwie angażować się w ten konflikt, bo ich nie dotyczył, przynajmniej jak na razie. Jedni i drudzy ich potrzebowali, aby przepchnąć swoje postulaty, znajdowali się na samym środku, ale czy faktycznie to powodowało, że mogli czuć się bezpiecznie? Ostatnio właściwie każdego mogło spotkać coś złego. Nastroje nie były najlepsze, wystarczył tylko moment, a każdy mógł zamienić się w proch.
On na pewno nie był tutaj mile widziany, nie wspominałby o tym, że teraz jest już kimś innym, nie mówiłby, aby nie wspominała jego dawnej tożsamości. Spodziewała się, że to co zrobił mogło odbić się echem, chłopak pochodzący z jednej z najbardziej konserwatywnych rodzin rzucił wszystko w pizdu i zniknął z kraju, na pewno wzbudzał kontrowersje. Zapewne znaleźliby się tacy, którzy udowodniliby mu, że tak się nie postępuje, mógłby posłużyć za przykład dla innych, którzy mieliby ochotę wyrwać się z tego świata. Docierało do niej, jak bardzo ryzykowany był mógł być dla niego powrót do kraju akurat teraz, kiedy nastroje były takie kontrowersyjne, a wojna stawała się coraz bardziej zaciekła.
- Nie potrzebuję nianiek. - Mruknęła cicho, bo przecież była dorosła, potrafiła o siebie zadbać. Zresztą nigdy się nie wychylała, bo wiedziała, gdzie dokładnie jest jej miejsce w tej całej hierarchii. Nie, żeby podobało jej się to, co działo się w kraju, ale nie zamierzała się angażować w ten cały konflikt dopóki nie zostanie do tego zmuszona. - Ale tak, będę miała to na uwadze, może pomijając Romulusa, bo bez przesady. - Od jakiegoś czasu nie miała problemu z tym, aby przebywać blisko, czy rozmawiać z Ambroisem, czy Corneliusem, wiedziała, że nie pozwoliliby, aby stała się jej krzywda. Może nie należała do ich najbliższego grona, ale też miała świadomość, że jej los nie był im, aż tak obojętny. To było całkiem miłym uczuciem, świadomość, że był ktoś, kto faktycznie interesował się tym, czy wszystko u niej w porządku.
- Dopiero zacznie się syf, zdaje sobie z tego sprawę, ale gdy tak o tym myślę, to chyba nie jestem w najgorszym położeniu, wiesz? My, szaraczki, półkrwi nie należymy ani do jednej, ani do drugiej strony, pewnie dużo czasu minie nim przypomną sobie o naszym istnieniu, co w tej chwili nie jest wcale takie złe. - To była ta opcja, którą zawsze najchętniej wybierała - bycie tłem, przemykanie gdzieś bokiem między cieniami, niezauważalnie. Naprawdę cieszyła się, że tacy jak ona nie są teraz najistotniejsi.
- Naprawdę sobie poradzę, wiesz, że jestem już duża, co nie? - Próbowała wprowadzić w ich rozmowę ponownie nieco lekkości, bo nie chciała się skupiać w tej chwili na całym źle tego świata. Te ostatnie dwa dni naprawdę uświadomiły jej, że nie jest kolorowo, że śmierć może przytrafić się każdemu w najmniej spodziewanym momencie. Nie miała pojęcia dlaczego Londyn spłonął, co chcieli w ten sposób udowodnić, nie wydawało jej się bowiem, aby ludzie mieli zamiar podążać za nimi tylko przez strach, który próbowali wzbudzić. To mogło się wiązać z jeszcze większym zamieszaniem, społeczeństwo zacznie jeszcze bardziej się dzielić, najlepiej więc będzie nadal trzymać się cieni, tam, gdzie było najbezpieczniej, nie wychylać, ale to też było dla niej normą.
- Ona jest przerażająca, nie chciałabym jej podpaść. - Bletchley raczej rzadko kiedy się kogoś bała, ale w tym przypadku postanowiła się podzielić swoją opinią. Miała respekt do Ursuli, kiedy spoglądała na człowieka... wydawało jej się, że była w stanie odczytać jego wszystkie intencje, nie, żeby miała coś do ukrycia, jednak to uczucie, jakby była w stanie samym spojrzeniem zamrozić człowieka. Mało kto tak potrafił. - Naprawdę? Nie tego się spodziewałam, jak widać, powinnam w końcu przestać zakładać cokolwiek, bo moje domysły są okropnie dalekie od prawdy. - Nie zapytała o to, gdzie podział się narzeczony, bo czuła, że to nie była najbardziej wesoła historia, najwyraźniej i ciotkę Corneliusa spotkało coś nie do końca przyjemnego w przeszłości. Nie wszyscy mieli swoje szczęśliwe zakończenia, do czego też już dzisiaj doszli. Pozostawało się z tym pogodzić, no zawsze można było próbować na nowo, ale nie zawsze miało to jakikolwiek sens.
Prychnęła słysząc jego odpowiedź. - Do tego raczej mnie nie namówisz, ledwie przeżyłam pożary, a miałabym skakać z klifów? Dobre sobie. - Na samą myśl przeszedł ją zimny dreszcz. Prudence miała lęk wysokości, nie byłoby szansy, żeby kiedykolwiek zrobiła coś takiego. Musiałaby być bardzo pijana, chociaż nie, nawet to nie pozwoliłoby jej przekroczyć tej granicy, nie istniało nic, co mogłoby spowodować, że zrobiłaby coś takiego. - Mam lęk wysokości, wolę trzymać się ziemi. - Może i podwodne groty brzmiały całkiem interesująco, tyle, że najpierw trzeba było się jakoś do nich dostać, a tego na pewno by nie przeżyła, obawiała się, że dostałaby ataku paniki, gdyby znalazła się blisko krawędzi.
- To bardziej w moim stylu, ruiny i cmentarz, uwielbiam cmentarze. - Dodała jeszcze, jakby się tego nie domyślił. Była całkiem przewidywalna, w końcu pracowała w kostnicy, pasowały do niej miejsca, w których znajdowali się zmarli. Jako dzieciak nieco się ich bała, zwłaszcza, kiedy nie do końca panowała nad swoim darem, który wiązał się z odczytywaniem przeszłości, z czasem jednak, gdy zaczęła nad nim panować zaczęła je traktować zupełnie inaczej. Były to miejsca, które chętnie odwiedzała, mogła przesiadywać tam godzinami, szczególnie, że też nie były jakoś bardzo oblegane.
Pokręciła jedynie głową, kiedy znowu się odezwał. Nie przestawał tego robić, ciągle próbował brać ją pod włos i wymusić na niej jakąś konkretną odpowiedź, którą niekoniecznie chciała z siebie wydusić. Niby udawało jej się unikać, ale ciągle do tego wracali, ciągle łapał ją za słówka. Zapewne w którymś momencie uda mu się wyciągnąć z niej to co chciał usłyszeć, szczególnie, że robiła się coraz mniej czujna. Wypity alkohol robił swoje i stawała się coraz mniej oporna na jego zagrywki. Nie zastanawiała się już zbyt długo nad słowami, które padały z jej ust, aktualnie się tym nie martwiła, później? Mogło być różnie, z drugiej strony mówili o szczerości, więc tak naprawdę nie powinna mieć sobie nic do zarzucenia, nie wiedziała jednak, czy chciała być z nim, aż tak szczera. Czuła bowiem, że nie do końca powinna mieć w sobie te różne emocje, gdy znajdował się obok niej, zupełnie nie przeszkadzała jej w tym ich wspólna przeszłość, która nie należała do najprzyjemniejszych, a przecież powinna mieć jakieś uprzedzenia. Bardzo łatwo jednak się ich pozbyła, gdy tak sobie rozmawiali, no i gdy połączyła go z tą osobą, która uratowała jej życie. Świat nie był czarno-biały, wręcz przeciwnie aktualnie wydawał się mieć naprawdę wiele kolorów, których się nie spodziewała.
- Tak powiedziałam? Na pewno się nie przesłyszałeś? - Jeśli myślał, że mu to teraz powtórzy, to na pewno się zdziwi, wystarczyło, że raz to powiedziała, prawda. Już od niego zależało, jak sobie to ułoży i co z tego wyciągnie. Mogli się zacząć lubić, ale to nie powodowało, że będzie mu co chwilę powtarzała, jaki to nie był wyjątkowy, co to to nie.
- Zresztą, na pewno jesteś wyjątkowy dla wielu osób, tylko spójrz na siebie, ktoś taki jak Ty... - Trochę odwróciła kota ogonem, bo wcale nie tak łatwo było jej się do tego przyznać. Nie dało się ukryć, że Benjy znał swoją wartość, zadzierał nosa i ciągle jej o tym przypominał. Był zupełnie inny od niej, zresztą zawsze tak było, ale dzisiaj dotarło do niej, że to wcale nie miało żadnego znaczenia, bo potrafili ze sobą rozmawiać, przynajmniej podczas tych kilku ostatnich interakcji.
- Przyznasz mi rację? Czy piekło wtedy zamarznie? - To był na pewno całkiem dobry powód, aby mówić więcej, mogłaby to zrobić, aby w końcu usłyszeć te magiczne słowa padające z jego ust. - To jest chyba argument, który do mnie przemawia, wiesz, chciałabym to kiedyś zobaczyć. Potrafisz być przekonujący. - Zresztą wcale nie tak trudno byłoby sięgać jej po kolejne ewentualne komplementy, bo nie byłyby nawet wymuszone, wręcz przeciwnie, naprawdę mogłaby o nim powiedzieć wiele dobrego, zresztą aktualnie nawet nie wiedziała, co o tym myśleć, że tak szybko zmieniła swoje zdanie o tym mężczyźnie. Nie był to jednak odpowiedni moment, aby się nad tym zastanawiać.
- Sorka, może Ty jesteś przyzwyczajony do takich standardów, ale dla mnie to trochę zbyt wiele. Podejrzewam, że będę się tutaj gubić przez najbliższy tydzień, ten dom jest ogromny. - Już nie chodziło nawet o sam wybór alkoholu, nie zamierzała ukrywać, że to miejsce zrobiło na niej spore wrażenie, cóż, nie da się ukryć, że Prudence nie była przyzwyczajona do takich standardów, nawet sobie nie wyobrażała, jak musiało jej towarzysza zaboleć zderzenie się z tym innym światem.
- Ale masz rację, niegrzecznie jest narzekać, ależ ze mnie niekulturalna jędza. - Dobrze, że jej o tym przypomniał, bo przy nim pokazywała się z zupełnie innej strony, tej, która powinna jednak pozostać w ukryciu, co by było, gdyby ciotka Corio usłyszała jej narzekanie? Wolałaby tego nie wiedzieć, nie wyglądała na kogoś kto puściłby coś takiego płazem. Dobrze, że rzuciła ten komentarz w tej ciemnej piwnicy, przynajmniej miała pewność, że pozostanie to między nimi. Benjy by jej nie wydał, na pewno, zaczynali mieć coraz więcej wspólnych tajemnic...
- Nie możesz wziąć pierwszej lepszej butelki, podejrzewam, że i tak nie zauważyłabym różnicy. - Nie była w końcu taka specjalistką od trunków, jak on, a do tego i tak już zaczynało szumieć jej w głowie, więc mogła sięgnąć po cokolwiek. - Szkocką! - Dodała jednak po chwili, żeby nie było. Zastanawiała się, czy właściwie będzie miał szansę odróżnić butelki, bo przecież było tu tak ciemno, że mógł mieć z tym problem, ale może nie powinna poddawać wątpliwości oceny specjalisty.
- To, że tu siedzę nie było do końca moim wyborem... - Zaczęła całkiem lekko, znaczy na początku nie było jej wyborem, później trochę było, to jednak nie było dość istotne. Właściwie jego pomysł nie wydawał się być taki głupi, mogli opuścić piwnicę i pójść gdzieś. Na pewno znał jakieś ciekawe miejsca, w których mogli się zaszyć, a światło mogło dobrze im zrobić, w końcu dzień się dopiero zaczynał.
- Musisz mi tylko obiecać, że to będzie naprawdę fajne miejsce, bo wiesz, tu nie jest najgorzej, a nie chciałabym się zawieść. - Po raz kolejny próbowała wymusić na nim obietnicę, może nie jakąś wielką, ale chciała, żeby pokazał jej coś ciekawego, no - najlepiej, żeby to nie były klify, bo tego mogłaby nie przeżyć.
Jako, że dość szybko podjęła decyzję (nawet nie potrzebowała zapewnienia, że zaprowadzi ją w jakieś wyjątkowe miejsce), podniosła się z tej skrzynki na której siedziała. Była gotowa do drogi, czy coś. - Prowadź, może weź jedną flaszkę na zapas, co? Żebyśmy nie musieli się tu wracać. - Jak zawsze miała zamiar pomyśleć o wszystkim, szczególnie, że mieli oddalić się od wodopoju, a dzień dopiero się zaczynał, tak samo jak i oni zaczynali swoją alkoholizację.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control