Poranek okazał się być dla Bletchley całkiem zaskakujący. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek upijała się o tak wczesnej porze, w takim towarzystwie, pewnie nie, ona nie robiła takich rzeczy. Nie było jednak sensu się nad tym zastanawiać, zbyt wiele razy odmawiała sobie różnych przeczy przez to, co mogli sobie pomyśleć o niej inni. Zresztą tutaj chyba nie było nikogo, kto by miał zamiar ją oceniać, nawet jeśli ktoś by spróbował... cóż, poradziłaby sobie z nim.
Nie wiedziała, gdzie jest jej brat, Cornelius, Ambroise i cała reszta, póki co zdawała sobie sprawę tylko z tego, że akurat ona była w piwnicy, zgubiła się w niej przypadkiem, a później odnalazła, w sumie to ktoś ją odnalazł przez co przeżyła dzisiejszego ranka swoiste oczyszczenie.
Gdyby ktoś kiedyś powiedział jej, że będzie z nim w stanie wysiedzieć w jednym pomieszczeniu więcej niż kilka minut, przy tym rozmawiać i całkiem nieźle się bawić, to by go wyśmiała, bez chwili zawahania. Cały ten poranek więc był sporym chichotem losu. Nie było jednak sensu tego podważać. Okazało się bowiem, że kiedy nie strzelają w siebie piorunami z oczu, gdy nie rzucają wyszukanymi epitetami, to nawet nieźle wychodziło im dyskutowanie o rzeczach ważnych i tych mniej ważnych. Nie spodziewała się tego, ale czy wszystko w życiu musiało być przewidywalne? Powoli docierało do niej, że nie, wcale nie było takiej potrzeby. Jak widać nawet po trzydziestce można się było nauczyć czegoś nowego.
Benjy jej nie okłamał, nie, żeby w ogóle brała to pod uwagę, ale poruszał się po tych piwnicznych korytarzach bardzo sprawnie, najwyraźniej faktycznie znał każdy kąt w tym miejscu. Miała szczęście, że na niego trafiła. To też było zupełnie nowe, kiedyś nigdy w życiu nie pomyślałaby o jego obecności właśnie w ten sposób, wszystko się zmieniało.
Może upijanie się z samego rana nie należało do szczególnie rozsądnych pomysłów, ale tak właściwie to po tych bardzo intensywnych dwóch dniach i nocach chyba było całkiem słusznym rozwiązaniem. Dzięki temu te wszystkie wezbrane w niej emocje powoli mogły wydostać się na zewnątrz, zajmowała głowę czymś zupełnie innym od tragedii, która wydarzyła się w Londynie. Wracała do normalności, chociaż to, co robiła było bardzo dalekie od tej zwyczajowej dla niej powszedniości.
Dzierżyła całkiem zgrabnie swoją butelkę, właściwie to pilnowała, aby przypadkiem jej nie upuścić, kiedy przemierzali te korytarze, nie znała zupełnie rozkładu pomieszczeń i może poruszanie się jej ułatwiało to, że Benjy ją prowadził, trzymał za rękę, właściwie dość szybko po prostu splótł ich palce, co jeszcze bardziej pomagało (nie musiała się przejmować, że zgubi go w ciemności), to mimo wszystko nie oznaczało, że nie mogła uderzyć w coś zupełnie przypadkiem, potknąć się i wywalić się na twarz upuszczając przy tym tę butelkę z drogocenną zawartością.
Po dość długim marszu dotarli chyba do punktu docelowego, nie mogła mieć pewności, czy faktycznie tak było, chociaż dość szybko mężczyzna utwierdził ją, że tak było. Nie miała zielonego pojęcia dokąd zmierzają, co mieli robić, ale to nie było ważne. Nie przejmowała się niczym, humor jej dopisywał, nie potrzebowała w tej chwili niczego więcej. Do tego w głowie całkiem przyjemnie jej szumiało, co powodowało, że była jeszcze bardziej przystępna niż normalnie. Ten poranek zapowiadał się na całkiem miły, nie spodziewała się nawet, że tak może się rozpocząć wizyta w tej letniskowej chacie Corneliusa.
Ruszyła przodem, pokonywała je powoli, schodek za schodkiem, aby przypadkiem nie potknąć się o własne stopy, szkoda by było, żeby praktycznie u celu wędrówki zaliczyła glebę, kiedy udało jej się uniknąć tego wcześniej.
Zamrugała kilka razy, kiedy znaleźli się w pomieszczeniu. Było tutaj zdecydowanie jaśniej, nie otaczała ich już ciemność, do której przywykli w piwnicy. Krótką chwilę trwało przyzwyczajenie się do tych nowych warunków. Otaksowała wzrokiem miejsce w którym się znaleźli, chociaż przecież to krótkie rozeznanie i tak nic jej nie mówiło. To miejsce było dla niej zupełnie obce.
Benjy wypuścił jej dłoń, którą złapał ponownie kiedy szli po schodach, już nie potrzebowała jego pomocy, co było całkiem naturalne, przeniosła w końcu na niego swoje spojrzenie i uśmiechnęła się dość nieśmiało. Światło spowodowało, że w końcu mogli zobaczyć swoje twarze, była ciekawa, czy to nie utrudni im komunikacji, bo mrok okazał się być w tym sprzymierzeńcem. Właściwie chyba nie było powodu ku temu, aby przejmować się tym, że z niego wyszli, bo mieli plan, no on miał jakiś plan, a ona miała zamiar mu w nim towarzyszyć, czekało na nich te kilka butelek alkoholu do opróżnienia.
- No, cześć. - Rzuciła jeszcze przyglądając mu się uważnie. Próbowała sobie porównywać w głowie to, jak go zapamiętała, a jak teraz wyglądał. Nie dało się nie zauważyć zmiany, przecież była tak duża, że nie rozpoznała go podczas ich dwóch przypadkowych spotkań.
Sama Prue wyglądała zwyczajnie, właściwie od lat nosiła się w podobny sposób, no może dzisiaj była mniej oficjalna niż zazwyczaj, bo koszula, którą na siebie założyła była zdecydowanie luźniejsza od tych, które na co dzień nosiła w ministerstwie, jako, że została poinformowana o tym, że wybierają się do letniego domku letniskowego ubrała też zwyczajne jeansy, a nie te eleganckie spodnie, oczywiście nie mogło zabraknąć lakierowanych półbutów na jej stopach. Na jej twarzy na pewno można było dostrzec zmęczenie spowodowane nieprzespanymi nocami.
- Co teraz? - Nie wątpiła, że nie mieli tutaj zostać, wiedziała, że Benjy wie co robi, chociaż trochę obawiała się jego pomysłów, kto wie, co działo się teraz w jego głowie. Tak, czy siak, czego by nie zaplanował, to miała mu towarzyszyć. Nie zamierzała odpuścić, nie tym razem, była nową, lepszą wersją siebie. - Jak mniemam, masz jakiś plan. - Musiał go mieć, widziała to po wyrazie jego twarzy. Musiała tylko poczekać, aż zaczną go realizować.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control