05.02.2023, 18:37 ✶
Gdyby zapytać Brennę, czy ludzie lubią jej towarzystwo, pewnie nie byłaby pewna, jak odpowiedzieć. Istniała spora szansa, że owszem, przynajmniej niektórzy. Ale równie często… po prostu nie dawała ludziom żadnego wyboru. Przynajmniej dopóki nie uciekli dość szybko. Pewne zaczątki czegoś takiego jak „takt” dopiero miały się u niej ukształtować. (I na zawsze pozostać zaczątkami.)
- Myślisz? – zastanowiła się, pochłonięta wizją profesorki od numerologii obwieszającej ściany swojego pokoju zdjęciami mugolskich zapaśników. – W sumie, to nie ma nazwiska żadnej czarodziejskiej rodziny, może jest mugolaczkom? To mogłaby się w tym orientować.
Mówiąc o „czarodziejskich rodzinach” miała na myśli i te wiekowe, czystokrwiste, i te półkrwi, znane, chociaż niekoniecznie o krwi czystej niczym łza. Nie to, że Brennę specjalnie to obchodziło. Dorastała pośród krewnych, którzy od ideologii czystej krwi odeszli dawno, na liście nienaruszalnej dwudziestki ósemki znajdowali się jeszcze chyba tylko czystym przypadkiem i nawet jej kuzynki były już półkrwi. O pięknie też wiele nie rozmyślała, ku ubolewaniu matki, nieodrodnej Potterówny, która zarobiła majątek na pracy nad kosmetykami. Córka tymczasem zupełnie ich nie stosowała i to wcale nie z niechęci wobec kosmetyków – po prostu była zbyt zajęta biegnięciem we wszystkie kierunki na raz (a przynajmniej próbach takie stanu rzeczy) by zatrzymać się przed lusterkiem na dłużej niż pięć sekund.
Słabo, jak na kogoś, kto - choć się tym nie chwalił - za pomocą machnięcia różdżki mógł każdemu dowolnie zmienić twarz. I jakoś nigdy nie wpadł na to, by zastosować to na sobie.
- Nie wiem. Chociaż jak teraz o to spytałaś, mam aż ochotę włamać się do jej pokoju tylko po to, by dokonać inspekcji szafy. Ale się powstrzymam, wiesz, bo obawiam się, że mogłabym potem nie odzobaczyć tego, co zobaczę i chodziłabym błagając ludzi, żeby rzucili na mnie obliviate… i ooo, Mungo. Ambitnie. Chyba wymagają eliksirów, zaklęć, transmutacji, OPCM i zielarstwa? – spytała Brenna. Matka sugerowała jej przez chwilę taką karierę, ale Brenna była już od dawna zdecydowana na ścieżkę zawodową. – Ja muszę świetnie zdać OPCM, transmutację i zaklęcia, no i przydadzą się eliksiry. Na całe szczęście bez numerologii mnie spokojnie wezmą do BUM.
Zawzięcie szorowała kociołek, jakby ten był jej osobistym wrogiem. Gdy wreszcie był idealnie czysty, zabrała się do drugiego.
- Uuuu, w tym to chyba coś zdechło – oceniła, marszcząc nos. Pomaszerowała z kociołkiem do kosza i obróciła go, by pozbyć się jego zawartości po kilkakrotnym uderzeniem w dno od góry.
I wtedy…
Nastąpiło niewielkie „bum”, a Brenna z okrzykiem zaskoczenia cofnęła się od płonącego kosza na śmieci, z którego ulatniał się dym.
- Na litość Merlina, co on dał nam do czyszczenia? – oburzyła się, krztusząc się dymem.
- Myślisz? – zastanowiła się, pochłonięta wizją profesorki od numerologii obwieszającej ściany swojego pokoju zdjęciami mugolskich zapaśników. – W sumie, to nie ma nazwiska żadnej czarodziejskiej rodziny, może jest mugolaczkom? To mogłaby się w tym orientować.
Mówiąc o „czarodziejskich rodzinach” miała na myśli i te wiekowe, czystokrwiste, i te półkrwi, znane, chociaż niekoniecznie o krwi czystej niczym łza. Nie to, że Brennę specjalnie to obchodziło. Dorastała pośród krewnych, którzy od ideologii czystej krwi odeszli dawno, na liście nienaruszalnej dwudziestki ósemki znajdowali się jeszcze chyba tylko czystym przypadkiem i nawet jej kuzynki były już półkrwi. O pięknie też wiele nie rozmyślała, ku ubolewaniu matki, nieodrodnej Potterówny, która zarobiła majątek na pracy nad kosmetykami. Córka tymczasem zupełnie ich nie stosowała i to wcale nie z niechęci wobec kosmetyków – po prostu była zbyt zajęta biegnięciem we wszystkie kierunki na raz (a przynajmniej próbach takie stanu rzeczy) by zatrzymać się przed lusterkiem na dłużej niż pięć sekund.
Słabo, jak na kogoś, kto - choć się tym nie chwalił - za pomocą machnięcia różdżki mógł każdemu dowolnie zmienić twarz. I jakoś nigdy nie wpadł na to, by zastosować to na sobie.
- Nie wiem. Chociaż jak teraz o to spytałaś, mam aż ochotę włamać się do jej pokoju tylko po to, by dokonać inspekcji szafy. Ale się powstrzymam, wiesz, bo obawiam się, że mogłabym potem nie odzobaczyć tego, co zobaczę i chodziłabym błagając ludzi, żeby rzucili na mnie obliviate… i ooo, Mungo. Ambitnie. Chyba wymagają eliksirów, zaklęć, transmutacji, OPCM i zielarstwa? – spytała Brenna. Matka sugerowała jej przez chwilę taką karierę, ale Brenna była już od dawna zdecydowana na ścieżkę zawodową. – Ja muszę świetnie zdać OPCM, transmutację i zaklęcia, no i przydadzą się eliksiry. Na całe szczęście bez numerologii mnie spokojnie wezmą do BUM.
Zawzięcie szorowała kociołek, jakby ten był jej osobistym wrogiem. Gdy wreszcie był idealnie czysty, zabrała się do drugiego.
- Uuuu, w tym to chyba coś zdechło – oceniła, marszcząc nos. Pomaszerowała z kociołkiem do kosza i obróciła go, by pozbyć się jego zawartości po kilkakrotnym uderzeniem w dno od góry.
I wtedy…
Nastąpiło niewielkie „bum”, a Brenna z okrzykiem zaskoczenia cofnęła się od płonącego kosza na śmieci, z którego ulatniał się dym.
- Na litość Merlina, co on dał nam do czyszczenia? – oburzyła się, krztusząc się dymem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.