27.04.2025, 14:37 ✶
Nie oczekiwał, że Pedro posłucha akurat jego, tym bardziej by tego nie wymagał. Pojęcie własności było jednym z tych praw, które Greyback uznawał za część szacunku dla osób. I Pedro był taką własnością. Jednocześnie był dostatecznie istotną osobą, by zwrócić się do niego bezpośrednio, skoro już stoi obok.
Spojrzał znowu na brata.
— To też prawda — przyznał mu bez ogródek. Już wystarczał sam chaos, a że był to chaos na Nokturnie, to nikomu nie radziłby tu zostawać. Sam Skoll co rusz kierował swoją uwagę, może nie wzrok, ale samo skupienie, na najbliższe krzyki i kroki, zupełnie jakby każdy kolejny mógł mieć ambicję zostania jego ostatnim. Nie zdziwiłby się.
Spojrzał na Hatiego, a potem wzdłuż ulicy, na kolejne małe ognisko zamieszania, tym razem z tego, że paru osobom udało się wybiec z kamienicy. Teraz musieli tylko pozbyć się płonących ubrań. Ulga ze słów brata byłaby idiotyczną hiperbolą, nie wątpił, że ten podejmie słuszną decyzję i nie narazi swoich ludzi. Nie wtrącał się, a tylko trzymał blisko, słuchał i notował w głowie, co zresztą nie było trudne przy jego przypadłości.
Kiedy Hati skoczył na zaplecze, on został w głównej sali. Ponownie ogarnęła ich ta dziwna kurtyna ścian, choć huk i krzyki i tak przedzierały się znacznie wyraźniej przez wybitą szybę. Wszystko znowu zaczęło brzmieć mniej realnie, a myśli wypływały na wierzch jak źle utopione ciało. Sięgnął po papierosa, ale nim odszukał zapalniczkę, uderzyła go ironia tego, co chce zrobić. Mimo wszystko było to kuszące i Skoll wahał się przez chwilę z fajkiem w zębach, aż w końcu zaklął pod nosem i schował go z powrotem. Ruszył do wyjścia zaraz za bratem, ponownie sięgając po papierośnicę, a konkretniej przegródkę z niezawiniętym jeszcze tytoniem.
— W tym pierdolniku dotrą tam bez trudu — przytaknął niejako na jego zapewnienia. Nikt nie zwróci uwagi na dwójkę biegnących ludzi, wszyscy wszędzie biegali i mieli sto razy więcej własnych problemów niż zwykle.
Spojrzał na brata.
— Musimy. — Wsadził do ust tytoniowy susz i podsunął papierośnicę Hatiemu. — Powinien móc uciec... jeśli budynek stoi... — Skrzywił się i ruszył przed siebie. — Ruszmy się w końcu. — Nie żeby marnowali czas, rodzący się w środku stres zaczynał wypływać razem z myślami.
Spojrzał znowu na brata.
— To też prawda — przyznał mu bez ogródek. Już wystarczał sam chaos, a że był to chaos na Nokturnie, to nikomu nie radziłby tu zostawać. Sam Skoll co rusz kierował swoją uwagę, może nie wzrok, ale samo skupienie, na najbliższe krzyki i kroki, zupełnie jakby każdy kolejny mógł mieć ambicję zostania jego ostatnim. Nie zdziwiłby się.
Spojrzał na Hatiego, a potem wzdłuż ulicy, na kolejne małe ognisko zamieszania, tym razem z tego, że paru osobom udało się wybiec z kamienicy. Teraz musieli tylko pozbyć się płonących ubrań. Ulga ze słów brata byłaby idiotyczną hiperbolą, nie wątpił, że ten podejmie słuszną decyzję i nie narazi swoich ludzi. Nie wtrącał się, a tylko trzymał blisko, słuchał i notował w głowie, co zresztą nie było trudne przy jego przypadłości.
Kiedy Hati skoczył na zaplecze, on został w głównej sali. Ponownie ogarnęła ich ta dziwna kurtyna ścian, choć huk i krzyki i tak przedzierały się znacznie wyraźniej przez wybitą szybę. Wszystko znowu zaczęło brzmieć mniej realnie, a myśli wypływały na wierzch jak źle utopione ciało. Sięgnął po papierosa, ale nim odszukał zapalniczkę, uderzyła go ironia tego, co chce zrobić. Mimo wszystko było to kuszące i Skoll wahał się przez chwilę z fajkiem w zębach, aż w końcu zaklął pod nosem i schował go z powrotem. Ruszył do wyjścia zaraz za bratem, ponownie sięgając po papierośnicę, a konkretniej przegródkę z niezawiniętym jeszcze tytoniem.
— W tym pierdolniku dotrą tam bez trudu — przytaknął niejako na jego zapewnienia. Nikt nie zwróci uwagi na dwójkę biegnących ludzi, wszyscy wszędzie biegali i mieli sto razy więcej własnych problemów niż zwykle.
Spojrzał na brata.
— Musimy. — Wsadził do ust tytoniowy susz i podsunął papierośnicę Hatiemu. — Powinien móc uciec... jeśli budynek stoi... — Skrzywił się i ruszył przed siebie. — Ruszmy się w końcu. — Nie żeby marnowali czas, rodzący się w środku stres zaczynał wypływać razem z myślami.