27.04.2025, 15:12 ✶
Popiół na ubraniu, popiół we włosach, popiół w oczach, w ustach, w nosie, w płucach, miał wrażenie, że zaraz wedrze mu się również do głowy. A tam już i tak nie było miejsca.
Szedł u boku brata i rozglądał się czujnie, powoli żując tytoniowy liść. Dopiero co upewnił się, czy różdżka znajduje się tam, gdzie zawsze, w razie gdyby miała być potrzebna. Nie bawił się we wnętrzu w żadne nadzieje, każdą jedną skrupulatnie odrzucał na bok. Chciałby być przygotowany na zły scenariusz, ale to raczej byłoby kłamstwo.
Krzyki ludzi, krzyki zwierząt, wołania o pomoc, groźby i szyderstwa od wszystkich tych, którym zbyt łaskawy los jeszcze nie spalił języków. Okrutna kakofonia płonącego miasta odbijała się po czaszce, robiąc zamęt ze wszystkiego, co zdołał tam ułożyć. Pozostawały tylko pytania. Kto i dlaczego? Kto jeszcze miał równie wiele szczęścia, co i oni, kto właśnie walczył o życie, kto nie musiał już walczyć o nic. Za każdym z tych pytań kryły się konkretne imiona, a śledząc wzrokiem osmalone fasady i walące się dachy, Skoll coraz więcej uwagi poświęcał szczegółom. Podpalenie musiało mieć konkretne cele. Pozostawało pytanie, kogo do nich zaliczono.
— Taa... — odparł, a w jego głosie brzmiało więcej niż niezadowolenie. Powiedziałby, że mogło być gorzej, ale na swój sposób chyba nie mogło. — Powiedz mi coś, czego nie wiem.
Odsunął się gwałtownie z drogi jakiemuś uciekającemu dzieciakowi. Zerknął za nim, a potem na niebo zasnute chmurami i dymem. Na krótki moment Skoll aż się zatrzymał, biegnąc spojrzeniem po mrocznych oczodołach i jadowitym języku.
Nie skomentował tego, a jedynie dogonił Hatiego. To nie było miejsce ani czas na dyskusje, teraz każda sekunda mogła mieć znaczenie.
Jego uwagę i myśli odwrócił Hati, skupił pierw na sobie, a potem na dziewczynie, której sylwetka faktycznie wyglądała podejrzanie. Lekko zmrużył ślepia i również skierował się w tamtą stronę.
To nie była Asena. Zerknął na Hatiego w niemym pytaniu. Jednak nie było czasu na wyjaśnienia, bo sprytna dziewuszka postanowiła wyżyć się słownie na większym od siebie. Westchnął w duchu, a jednak nie zwalniał kroku, wiernie towarzysząc braciszkowi.
Kiedy ten odciągnął dziewczynę, Skoll położył rękę na jej ramieniu, dając znać, by została gdzie jest. Zaraz i podniósł wzrok na szumowinę, by uraczyć go cieniem paskudnego uśmiechu, w sam raz dla kogoś, kto nie przedstawiał dla niego absolutnie żadnej wartości i lepiej, by o tym wiedział.
— Słyszałem podniesiony głos — wtrącił przy pytaniu do dziewczyny, choć on sam nie odrywał drapieżnego spojrzenia od faceta przed nimi. Zaczął się wręcz uroczo tłumaczyć. — I pouczymy. Takie bieganie z nożem jest niebezpieczne — przytaknął, rzucając całkiem szczerą uwagę. — Nie? To dobrze. — Puścił dziewczynę i zrobił krok w stronę śmiecia, który już zaczął śmierdzieć ze strachu. — Lepiej znajdź schronienie, Londyn płonie. — I jeden trup więcej na nikim już nie zrobi wrażenia. To było aż nazbyt widoczne w oczach Skolla.
— J-jasne... pewnie, ma pan rację... — Przełknął nerwowo, ale chyba nie zdobył się na pożegnanie, a tylko jeszcze kilka kroków w tył, nim nie odwrócił się i nie zapuścił w bezpieczny tłum.
Skoll stał spokojnie i odprowadził go spojrzeniem, by w końcu odwrócić się do brata oraz, no właśnie. Podniósł wzrok na Hatiego i z lekka przechylił głowę.
Szedł u boku brata i rozglądał się czujnie, powoli żując tytoniowy liść. Dopiero co upewnił się, czy różdżka znajduje się tam, gdzie zawsze, w razie gdyby miała być potrzebna. Nie bawił się we wnętrzu w żadne nadzieje, każdą jedną skrupulatnie odrzucał na bok. Chciałby być przygotowany na zły scenariusz, ale to raczej byłoby kłamstwo.
Krzyki ludzi, krzyki zwierząt, wołania o pomoc, groźby i szyderstwa od wszystkich tych, którym zbyt łaskawy los jeszcze nie spalił języków. Okrutna kakofonia płonącego miasta odbijała się po czaszce, robiąc zamęt ze wszystkiego, co zdołał tam ułożyć. Pozostawały tylko pytania. Kto i dlaczego? Kto jeszcze miał równie wiele szczęścia, co i oni, kto właśnie walczył o życie, kto nie musiał już walczyć o nic. Za każdym z tych pytań kryły się konkretne imiona, a śledząc wzrokiem osmalone fasady i walące się dachy, Skoll coraz więcej uwagi poświęcał szczegółom. Podpalenie musiało mieć konkretne cele. Pozostawało pytanie, kogo do nich zaliczono.
— Taa... — odparł, a w jego głosie brzmiało więcej niż niezadowolenie. Powiedziałby, że mogło być gorzej, ale na swój sposób chyba nie mogło. — Powiedz mi coś, czego nie wiem.
Odsunął się gwałtownie z drogi jakiemuś uciekającemu dzieciakowi. Zerknął za nim, a potem na niebo zasnute chmurami i dymem. Na krótki moment Skoll aż się zatrzymał, biegnąc spojrzeniem po mrocznych oczodołach i jadowitym języku.
Nie skomentował tego, a jedynie dogonił Hatiego. To nie było miejsce ani czas na dyskusje, teraz każda sekunda mogła mieć znaczenie.
Jego uwagę i myśli odwrócił Hati, skupił pierw na sobie, a potem na dziewczynie, której sylwetka faktycznie wyglądała podejrzanie. Lekko zmrużył ślepia i również skierował się w tamtą stronę.
To nie była Asena. Zerknął na Hatiego w niemym pytaniu. Jednak nie było czasu na wyjaśnienia, bo sprytna dziewuszka postanowiła wyżyć się słownie na większym od siebie. Westchnął w duchu, a jednak nie zwalniał kroku, wiernie towarzysząc braciszkowi.
Kiedy ten odciągnął dziewczynę, Skoll położył rękę na jej ramieniu, dając znać, by została gdzie jest. Zaraz i podniósł wzrok na szumowinę, by uraczyć go cieniem paskudnego uśmiechu, w sam raz dla kogoś, kto nie przedstawiał dla niego absolutnie żadnej wartości i lepiej, by o tym wiedział.
— Słyszałem podniesiony głos — wtrącił przy pytaniu do dziewczyny, choć on sam nie odrywał drapieżnego spojrzenia od faceta przed nimi. Zaczął się wręcz uroczo tłumaczyć. — I pouczymy. Takie bieganie z nożem jest niebezpieczne — przytaknął, rzucając całkiem szczerą uwagę. — Nie? To dobrze. — Puścił dziewczynę i zrobił krok w stronę śmiecia, który już zaczął śmierdzieć ze strachu. — Lepiej znajdź schronienie, Londyn płonie. — I jeden trup więcej na nikim już nie zrobi wrażenia. To było aż nazbyt widoczne w oczach Skolla.
— J-jasne... pewnie, ma pan rację... — Przełknął nerwowo, ale chyba nie zdobył się na pożegnanie, a tylko jeszcze kilka kroków w tył, nim nie odwrócił się i nie zapuścił w bezpieczny tłum.
Skoll stał spokojnie i odprowadził go spojrzeniem, by w końcu odwrócić się do brata oraz, no właśnie. Podniósł wzrok na Hatiego i z lekka przechylił głowę.