28.04.2025, 10:38 ✶
W pomieszczeniu, do którego weszła, nie płonął ogień, Brenna nie wpadła więc na razie w panikę, za to kobieta, do której się zwróciła, wybuchła tylko płaczem. Nie odpowiedziała na pytanie, jakby to załamało ją już do reszty – bo straciła tej nocy wszystko i nie wyobrażała sobie, jak ktoś mógłby jej w tej sytuacji pomóc.
Być może Brenna powinna spróbować ją jakoś pocieszyć. Ale naprawdę niewiele słów mogłoby zmienić teraz sytuację, a ona… musiała dowiedzieć się, co z resztą.
– Przepraszam – szepnęła więc tylko. Przepraszała za niezręczność, ale i za coś więcej. Za to, że ich świat właśnie się rozlatywał, a oni nie zdołali tego powstrzymać ani nawet choć częściowo zapanować nad sytuacją. Ministerstwo Magii, Zakon, czarodziejskie rody – wszyscy zawiedli.
Ruszyła powoli dalej, pilnując się, by nie utykać. Lawirowała między stolikami, kierując się ku Norze: widziała ją już tej nocy w przelocie, mimo to odetchnęła z ulgą, że Figgówna wygląda na zmęczoną, ale wciąż całą i zdrową, bo przecież nie mogła mieć stu procentowej pewności, że żadne zaklęcia nie pofrunęły ku klubokawiarni, ledwo się odwróciła.
Nie objęła jej, bo ta z kimś rozmawiała… a i ubranie Nory nie było nawet w połowie tak brudne, jak to Brenny. Zacisnęła na moment szczęki, powstrzymując wszystkie pytania, które cisnęły się jej na usta, nie chcąc zadawać ich w sali, w której było kilka innych osób – czy to przetransportowanych tutaj, bo nie miały gdzie się podziać, czy po prostu takich, które wpadły tu wprost z ulicy, błagając o schronienie.
Gdzie jest Mabel?
Gdzie jest Erik?
Gdzie jest…
Wyliczanka ciągnęłaby się długo. W nieskończoność. I wszystko skręcało się w Brennie na myśl, że nie było szans, aby na każde wymienione imię odpowiedź brzmiała „w bezpiecznym miejscu, cały i zdrowy”.
Odetchnęła i na moment położyła po prostu dłoń na ramieniu Nory, spoglądając na jej rozmówczynię. Wzrok skupiła na szyi kobiety: wyglądała tak, jakby ktoś niedawno ją dusił.
Opisuję porażkę wynikającą z nieudanego rzutu.
Być może Brenna powinna spróbować ją jakoś pocieszyć. Ale naprawdę niewiele słów mogłoby zmienić teraz sytuację, a ona… musiała dowiedzieć się, co z resztą.
– Przepraszam – szepnęła więc tylko. Przepraszała za niezręczność, ale i za coś więcej. Za to, że ich świat właśnie się rozlatywał, a oni nie zdołali tego powstrzymać ani nawet choć częściowo zapanować nad sytuacją. Ministerstwo Magii, Zakon, czarodziejskie rody – wszyscy zawiedli.
Ruszyła powoli dalej, pilnując się, by nie utykać. Lawirowała między stolikami, kierując się ku Norze: widziała ją już tej nocy w przelocie, mimo to odetchnęła z ulgą, że Figgówna wygląda na zmęczoną, ale wciąż całą i zdrową, bo przecież nie mogła mieć stu procentowej pewności, że żadne zaklęcia nie pofrunęły ku klubokawiarni, ledwo się odwróciła.
Nie objęła jej, bo ta z kimś rozmawiała… a i ubranie Nory nie było nawet w połowie tak brudne, jak to Brenny. Zacisnęła na moment szczęki, powstrzymując wszystkie pytania, które cisnęły się jej na usta, nie chcąc zadawać ich w sali, w której było kilka innych osób – czy to przetransportowanych tutaj, bo nie miały gdzie się podziać, czy po prostu takich, które wpadły tu wprost z ulicy, błagając o schronienie.
Gdzie jest Mabel?
Gdzie jest Erik?
Gdzie jest…
Wyliczanka ciągnęłaby się długo. W nieskończoność. I wszystko skręcało się w Brennie na myśl, że nie było szans, aby na każde wymienione imię odpowiedź brzmiała „w bezpiecznym miejscu, cały i zdrowy”.
Odetchnęła i na moment położyła po prostu dłoń na ramieniu Nory, spoglądając na jej rozmówczynię. Wzrok skupiła na szyi kobiety: wyglądała tak, jakby ktoś niedawno ją dusił.
Opisuję porażkę wynikającą z nieudanego rzutu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.