28.04.2025, 11:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2025, 11:09 przez Brenna Longbottom.)
Gdy Nora szykowała jedzenie i picie dla kobiety, wyraźnie przerażonej i złym snem, i koszmarem, który trwał także po przebudzeniu, Brenna rozglądała się, szukając znajomych twarzy, a potem jej spojrzenie przesunęło się po dziwnych śladach sadzy, które osiadły na ścianach klubokawiarni.
Przypominały dłonie.
I z jakichś powodów sprawiły, że po plecach Brenny przebiegł zimny dreszcz, a sądziła, że jest już zbyt otępiała, aby odczuwać strach. Otworzyła usta, by o to spytać, gdy Nora wróciła, ale zmilkła, po prostu obejmując ją przez chwilę, nie przejmując się ostatecznie tym, że brudzi Norze sukienkę, ani że uścisk zwyczajnie zabolał, przypominając, że Brenna znalazła się parę razy za blisko ognia, i upadła o raz za dużo. Ale upór i ten dziwny stan odrętwienia, być może mający chronić umysł przed złamaniem, chwilowo jeszcze trzymały ją na nogach – mimo zmęczenia, obrażeń i tego wszystkiego, co widziała tej nocy.
– Źle – odparła krótko, szeptem. Nie było sensu kłamać, i tak Nora przekona się prędzej czy później. – Dach… wasz dasz trochę się nadpalił. Ktoś wziął was na cel? – spytała, równie cicho, gdy się odsunęła. Klubokawiarnię pokrywał specjalny lakier do drewna, a jednak ogień zaczął ją trawić. A może to nie były zwykłe płomienie?[/b] Może… może chodźmy na zaplecze. Tylko zamknę drzwi[/b] – przypomniała sobie, zanim odwróciła się, by je zaryglować. Ktoś z „ich” ludzi będzie chciał wpaść? Niech zapuka, musieli teraz zachować ostrożność.
– Jestem taka zmęczona… – szepnęła jeszcze kobieta, której Nora wcześniej przyniosła wody, ukrywając twarz w dłoniach. Pewnie i na tę potrzebę panna Figg była w stanie coś poradzić, ze swoimi licznymi, rzemieślniczymi talentami.
– Powinnaś chyba się upewnić, czy ja to na pewno ja. Na przykład... spytać mnie, które pączki najbardziej lubię. Pamiętaj, te czekoladowe z różową polewą – powiedziała Brenna, ledwo weszły na zaplecze. Mogło brzmieć to jak żart, ale w istocie było całkiem poważne, a ta sytuacja nie sprzyjała zachowywania dobrego poczucia humoru. Chwyciła najbliższe krzesło, przesunęła je i usiadła, bo po prostu, cholera, też była taka zmęczona. – Kto jeszcze dota…rł? – spytała, zająknowszy się. Bo tutaj, gdzie Nora gotowała, już ogień był, wprawdzie w piecu czy jak to się nazywało, niewielki, i po drugiej stronie pomieszczenia, ale Brenna, ledwo spojrzała w jego stronę, i tak zamarła na moment, palce zacisnęła na różdżce, i mogłaby przysiąc, że serce podchodzi jej do gardła.
To było głupie, ale przez chwilę była pewna, że zaraz z tego dogasającego się ognia wydostaną się istoty utkane z dymu i strachu: że pochwycą ją obie.
Zawada trauma ognia.
Przypominały dłonie.
I z jakichś powodów sprawiły, że po plecach Brenny przebiegł zimny dreszcz, a sądziła, że jest już zbyt otępiała, aby odczuwać strach. Otworzyła usta, by o to spytać, gdy Nora wróciła, ale zmilkła, po prostu obejmując ją przez chwilę, nie przejmując się ostatecznie tym, że brudzi Norze sukienkę, ani że uścisk zwyczajnie zabolał, przypominając, że Brenna znalazła się parę razy za blisko ognia, i upadła o raz za dużo. Ale upór i ten dziwny stan odrętwienia, być może mający chronić umysł przed złamaniem, chwilowo jeszcze trzymały ją na nogach – mimo zmęczenia, obrażeń i tego wszystkiego, co widziała tej nocy.
– Źle – odparła krótko, szeptem. Nie było sensu kłamać, i tak Nora przekona się prędzej czy później. – Dach… wasz dasz trochę się nadpalił. Ktoś wziął was na cel? – spytała, równie cicho, gdy się odsunęła. Klubokawiarnię pokrywał specjalny lakier do drewna, a jednak ogień zaczął ją trawić. A może to nie były zwykłe płomienie?[/b] Może… może chodźmy na zaplecze. Tylko zamknę drzwi[/b] – przypomniała sobie, zanim odwróciła się, by je zaryglować. Ktoś z „ich” ludzi będzie chciał wpaść? Niech zapuka, musieli teraz zachować ostrożność.
– Jestem taka zmęczona… – szepnęła jeszcze kobieta, której Nora wcześniej przyniosła wody, ukrywając twarz w dłoniach. Pewnie i na tę potrzebę panna Figg była w stanie coś poradzić, ze swoimi licznymi, rzemieślniczymi talentami.
– Powinnaś chyba się upewnić, czy ja to na pewno ja. Na przykład... spytać mnie, które pączki najbardziej lubię. Pamiętaj, te czekoladowe z różową polewą – powiedziała Brenna, ledwo weszły na zaplecze. Mogło brzmieć to jak żart, ale w istocie było całkiem poważne, a ta sytuacja nie sprzyjała zachowywania dobrego poczucia humoru. Chwyciła najbliższe krzesło, przesunęła je i usiadła, bo po prostu, cholera, też była taka zmęczona. – Kto jeszcze dota…rł? – spytała, zająknowszy się. Bo tutaj, gdzie Nora gotowała, już ogień był, wprawdzie w piecu czy jak to się nazywało, niewielki, i po drugiej stronie pomieszczenia, ale Brenna, ledwo spojrzała w jego stronę, i tak zamarła na moment, palce zacisnęła na różdżce, i mogłaby przysiąc, że serce podchodzi jej do gardła.
To było głupie, ale przez chwilę była pewna, że zaraz z tego dogasającego się ognia wydostaną się istoty utkane z dymu i strachu: że pochwycą ją obie.
Zawada trauma ognia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.