28.04.2025, 12:14 ✶
– Londyn… i nie tylko Londyn… Julian Bletchley… powiedział mi, że problemy były też w Dolinie Godryka.
Brenna nawet nie zwróciła uwagi na to, że wnętrza są pełne popiołów. Powinna: to nie było coś, co wolno było zignorować. Ale popiół, dym i ogień były tej nocy wszędzie, i otaczały ich ze wszystkich stron, tak że właściwie nawet nie zauważała, że klubokawiarnia nie jest od niego wolna.
– Podczas Lammas rozdawano wielosokowy – powiedziała tylko cicho, wciąż zaciskając dłonie na różdżce. Z początku nie mogła oderwać wzroku od płomienia, a w końcu, gdy zmusiła się, by to zrobić, obróciła się nieco na krześle. Nie chciała widzieć ognia, chociaż nawet nie patrząc… wciąż czuła, że tam był.
Coś jest nie tak, pomyślała i zakasłała. I nie chodziło o poparzenia, ani o to, że trudno jej było oddychać, chociaż powietrze w klubokawiarni nie było zadymione – jedynie trochę było czuć tu spaleniznę, tak jak i w całym Londynie. Kilka godzin temu wpadła w ogień za Olivią. Dlaczego teraz nie mogła nawet znieść widoku małego płomyka?
Przymknęła oczy: nie chciała martwić Nory. Wciąż trzymała więc różdżkę w ręku, tak na wszelki wypadek, ale bardzo starała się panować nad głosem i miną. Tę ostatnią zresztą ciężko było zobaczyć, bo twarz miała uwaloną sadzą.
Wirowało jej w głowie. Nie była pewna, czy to przez ten ogień, czy może ciało zaczynało się poddawać.
– Postaram się posprawdzać parę miejsc… zabiorę z mieszkania rzeczy, które mogą się przydać, zobaczę, czy stoi i czy w razie czego można je wykorzystać i postaram się jeszcze tutaj wrócić. – Nikt poza Erikiem i matką nie znał adresu, i miało początkowo tak pozostać, ale to, co działo się teraz, zmieniało mocno sytuację. - Chciałabym też sprawdzić Rejwach - powiedziała, czując gorycz w ustach, na słowo, której nie wypowiedziała: Warownia.
Warownia powinna przetrwać.
Warownia w snach Morpheusa płonęła.
Musiała dowiedzieć się, co z domem.
Rodzice znali jej londyński adres, może się tam pojawili...?
Czy czegoś potrzebowała? Poza czasozmieniaczem, który pozwoliłby n a p r a w d ę zmienić czas? Uniosła dłoń, spoglądając na zaczerwienioną skórę i przez moment była bliska spytania o wiggenowy, ale… czy nie było ludzi, którzy potrzebowali eliksirów bardziej?
Z drugiej strony, jeśli zemdleje za wcześnie, to za bardzo im nie pomoże.
Brenna nawet nie zwróciła uwagi na to, że wnętrza są pełne popiołów. Powinna: to nie było coś, co wolno było zignorować. Ale popiół, dym i ogień były tej nocy wszędzie, i otaczały ich ze wszystkich stron, tak że właściwie nawet nie zauważała, że klubokawiarnia nie jest od niego wolna.
– Podczas Lammas rozdawano wielosokowy – powiedziała tylko cicho, wciąż zaciskając dłonie na różdżce. Z początku nie mogła oderwać wzroku od płomienia, a w końcu, gdy zmusiła się, by to zrobić, obróciła się nieco na krześle. Nie chciała widzieć ognia, chociaż nawet nie patrząc… wciąż czuła, że tam był.
Coś jest nie tak, pomyślała i zakasłała. I nie chodziło o poparzenia, ani o to, że trudno jej było oddychać, chociaż powietrze w klubokawiarni nie było zadymione – jedynie trochę było czuć tu spaleniznę, tak jak i w całym Londynie. Kilka godzin temu wpadła w ogień za Olivią. Dlaczego teraz nie mogła nawet znieść widoku małego płomyka?
Przymknęła oczy: nie chciała martwić Nory. Wciąż trzymała więc różdżkę w ręku, tak na wszelki wypadek, ale bardzo starała się panować nad głosem i miną. Tę ostatnią zresztą ciężko było zobaczyć, bo twarz miała uwaloną sadzą.
Wirowało jej w głowie. Nie była pewna, czy to przez ten ogień, czy może ciało zaczynało się poddawać.
– Postaram się posprawdzać parę miejsc… zabiorę z mieszkania rzeczy, które mogą się przydać, zobaczę, czy stoi i czy w razie czego można je wykorzystać i postaram się jeszcze tutaj wrócić. – Nikt poza Erikiem i matką nie znał adresu, i miało początkowo tak pozostać, ale to, co działo się teraz, zmieniało mocno sytuację. - Chciałabym też sprawdzić Rejwach - powiedziała, czując gorycz w ustach, na słowo, której nie wypowiedziała: Warownia.
Warownia powinna przetrwać.
Warownia w snach Morpheusa płonęła.
Musiała dowiedzieć się, co z domem.
Rodzice znali jej londyński adres, może się tam pojawili...?
Czy czegoś potrzebowała? Poza czasozmieniaczem, który pozwoliłby n a p r a w d ę zmienić czas? Uniosła dłoń, spoglądając na zaczerwienioną skórę i przez moment była bliska spytania o wiggenowy, ale… czy nie było ludzi, którzy potrzebowali eliksirów bardziej?
Z drugiej strony, jeśli zemdleje za wcześnie, to za bardzo im nie pomoże.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.