28.04.2025, 12:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2025, 12:21 przez Millie Moody.)
Nie patrzyła na to, że sama ujebała się krwią, farbą, czy co to było. Nie patrzyła na to, że mogli oboje w czerwieni wyglądać upiornie, gdy podbiegli do miejsca w którym leżał nieszczęśnik. Olivia i Basilius, Livka i Bazyliszek. Oliwa z Bazylią? Zachichotała kuląc ramiona, gdzie tu miejsce na nią? Czy była sałatą?
Absurdalne myśli przychodziły falami, wzdrygnęła się niekontrolowanym gestem jakby ciało chciało strzepnąć z barków szaleństwo koszmaru w którego centrum się znajdowali. Ciężka, sumienna praca. To robiła. To powinna robić.
– Mamy szczęście – powiedziała od razu do swojej towarzyszki, bo przecież znali się we troje. Jej stado. Jej ludzie. Jej praca. Choć pozostawiona dziewczyna próbowała coś jeszcze zakombinować z obciążeniem, to niestety nic z tego nie wyszło, a mężczyzna tracił cenne sekundy. W końcu jednak sprowadzony lekarz nie tyle co odsunął gruzowisko, a uczynił je lżejszym, dzięki czemu wspólnymi siłami udało im się w końcu wygrzebać nieszczęśnika.
– Zabierzmy go do bezpiecznego miejsca... – zaproponowała Milles, robiąc z zabranego dla ukrytych ludzi koca i dwóch mioteł przenośne nosze. Do kryjówki mieli blisko.
W milczeniu przemknęli do najbliższego zaułka, przeszli kilka kroków i zeszli po schodkach do zamkniętej sutereny. Wejście do niej było za stertą nadpalonych belek, niewidoczne z głównej ulicy. Przygarbione postaci i równolegle prowadzone nosze zniknęły za nadwęglonym przejściem do małego piwnicznego bunkru. Miles wymieniła krótkie pozdrowienia z mężczyzną pilnującym przejścia i weszli w głąb gdzie zebrani byli bezimienni ludzie, których udało się ukryć przed gniewem pierdolonego kutasiarza, którego imię po kontakcie z upiornym widmem napawało ją dziwacznym, niezrozumiałym lękiem. Teraz jednak nie śmierciuchy były ważne, ani nie był ważny ich szef. Teraz musieli pomóc ofiarom, rodzinom i samotnym ludziom, których wspólnym celem było obecnie dotrwanie świtu.
Przeżycie.
– Pójdę zapytać Abby, czy nie ma tu jego żony. Niska chuda, brązowa sukienka – to powiedziała do mężczyzny, choć ten już w żaden sposób jej nie odpowiedział. Wzdrygnęła się znowu, tym razem na myśl o rozdzielonych żywiołem. – Zaraz do Was wrócę.
To powiedziawszy ruszyła do rosłej sześćdziesięciolatki przechadzającej się między osowiałymi, nierzadko płaczącymi ludźmi, która zdawała się jakoś orientować w tym co się takiego tutaj dzieje. Niestety, kobieta pokręciła przecząco głową na pytanie o partnerkę nieszczęśnika, ale dalej, zaczęła wymieniać kolejne osoby, które szukają swoich bliskich. Miles ściągnęła brwi i sięgnęła do swojej skórzanej sakwy, która towarzyszyła jej od początku tego szaleństwa. Wygrzebała z niej szkicownik i szmaciany piórnik z ołówkami i węglami.
– Pokaż mi ich – poprosiła kobietę, po czym zaczęła zbierać dane od tych kilku osób dotyczące zaginionych, przy okazji szkicując portrety pamięciowe, które będą przydatne przy odwiedzinach w kolejnych schronach.
Niestety, ludzi było dużo, a jej za mocno zależało na czasie. Szkice pozostawały bardziej szkicami niż portretami, nakreślone zbyt szybko i zbyt niedbale.
Absurdalne myśli przychodziły falami, wzdrygnęła się niekontrolowanym gestem jakby ciało chciało strzepnąć z barków szaleństwo koszmaru w którego centrum się znajdowali. Ciężka, sumienna praca. To robiła. To powinna robić.
– Mamy szczęście – powiedziała od razu do swojej towarzyszki, bo przecież znali się we troje. Jej stado. Jej ludzie. Jej praca. Choć pozostawiona dziewczyna próbowała coś jeszcze zakombinować z obciążeniem, to niestety nic z tego nie wyszło, a mężczyzna tracił cenne sekundy. W końcu jednak sprowadzony lekarz nie tyle co odsunął gruzowisko, a uczynił je lżejszym, dzięki czemu wspólnymi siłami udało im się w końcu wygrzebać nieszczęśnika.
– Zabierzmy go do bezpiecznego miejsca... – zaproponowała Milles, robiąc z zabranego dla ukrytych ludzi koca i dwóch mioteł przenośne nosze. Do kryjówki mieli blisko.
W milczeniu przemknęli do najbliższego zaułka, przeszli kilka kroków i zeszli po schodkach do zamkniętej sutereny. Wejście do niej było za stertą nadpalonych belek, niewidoczne z głównej ulicy. Przygarbione postaci i równolegle prowadzone nosze zniknęły za nadwęglonym przejściem do małego piwnicznego bunkru. Miles wymieniła krótkie pozdrowienia z mężczyzną pilnującym przejścia i weszli w głąb gdzie zebrani byli bezimienni ludzie, których udało się ukryć przed gniewem pierdolonego kutasiarza, którego imię po kontakcie z upiornym widmem napawało ją dziwacznym, niezrozumiałym lękiem. Teraz jednak nie śmierciuchy były ważne, ani nie był ważny ich szef. Teraz musieli pomóc ofiarom, rodzinom i samotnym ludziom, których wspólnym celem było obecnie dotrwanie świtu.
Przeżycie.
– Pójdę zapytać Abby, czy nie ma tu jego żony. Niska chuda, brązowa sukienka – to powiedziała do mężczyzny, choć ten już w żaden sposób jej nie odpowiedział. Wzdrygnęła się znowu, tym razem na myśl o rozdzielonych żywiołem. – Zaraz do Was wrócę.
To powiedziawszy ruszyła do rosłej sześćdziesięciolatki przechadzającej się między osowiałymi, nierzadko płaczącymi ludźmi, która zdawała się jakoś orientować w tym co się takiego tutaj dzieje. Niestety, kobieta pokręciła przecząco głową na pytanie o partnerkę nieszczęśnika, ale dalej, zaczęła wymieniać kolejne osoby, które szukają swoich bliskich. Miles ściągnęła brwi i sięgnęła do swojej skórzanej sakwy, która towarzyszyła jej od początku tego szaleństwa. Wygrzebała z niej szkicownik i szmaciany piórnik z ołówkami i węglami.
– Pokaż mi ich – poprosiła kobietę, po czym zaczęła zbierać dane od tych kilku osób dotyczące zaginionych, przy okazji szkicując portrety pamięciowe, które będą przydatne przy odwiedzinach w kolejnych schronach.
Rzemiosło III+przewaga Sztuki plastyczne.
Miles wykorzystuje swoje umiejętności rzemieślnicze, aby pomóc ocalałym i szkicuje portrety pamięciowe ich bliskich, chcąc też wzbudzić w nich nadzieję, że zostało zrobione wszystko, żeby dopomóc ich poszukiwaniom.
Miles wykorzystuje swoje umiejętności rzemieślnicze, aby pomóc ocalałym i szkicuje portrety pamięciowe ich bliskich, chcąc też wzbudzić w nich nadzieję, że zostało zrobione wszystko, żeby dopomóc ich poszukiwaniom.
Rzut Z 1d100 - 22
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Niestety, ludzi było dużo, a jej za mocno zależało na czasie. Szkice pozostawały bardziej szkicami niż portretami, nakreślone zbyt szybko i zbyt niedbale.