- W Dolinie też? - Odwróciła się na chwilę w kierunku Brenny. Zmartwiło ją to, bo przecież w Dolinie mieszkała babcia Lizzy, nie wiedziała, czy wszystko z nią w porządku, co jeśli nie? Do tego nie mogła teraz opuścić cukierni, zostawić jej pełnej ludzi. Jutro będzie musiała się upewnić, że babci nic się nie stało. Jakim cudem zaatakowali te miejsca równocześnie? Czy popleczników Voldemorta było tak wielu. Zaczęła ją martwić skala zniszczeń, nie wyglądało to dobrze.
Ruszyła się w końcu po wodę, bo zaczęła wrzeć, musiała zalać zioła, aby zrobić ten nieszczęsny uspokajający napar, chociaż tyle mogła zrobić dla ludzi, którzy byli obecni w tym miejscu. Sama najchętniej wypiłaby cały dzbanek, ale wiedziała, że nie może tego zrobić, musiała myśleć zupełnie trzeźwo.
- Rozsądne, rozdawali wielosokowy, więc teraz każdy może sobie chodzić po ulicy będąc kimś innym. Sprytne, bardzo sprytne. - Szczególnie, kiedy i tak nie wiedzieli skąd może przyjść zagrożenie. To nie było zbyt przemyślane rozwiązanie, ale nie zamierzała jakoś bardziej tego komentować, na pewno zdawali sobie sprawę z tego, jaką to było głupotą.
- Bren, uważaj na siebie, wiem, że jesteś silna, ale uważaj, nie ryzykuj, jak coś uciekaj. - Za każdym razem martwiła się o swoich przyjaciół, wiedziała, że działają w słusznym celu, jednak nie do końca potrafiła pogodzić się z tym, że mogli w jego imię umrzeć.
- Może wybierz się tam z kimś innym od nas? Tak będzie bezpieczniej, plątanie się teraz samemu to nie jest najlepsze rozwiązanie. - Nie było ich zbyt wielu, w pojedynkę mogli sprawdzić więcej miejsc, tyle, że też dużo łatwiej było ich skrzywdzić. Nie mieli jednak czasu, aby spotkać się i wszystko przegadać, działali spontanicznie i miała nadzieję, że nie przyniesie to żadnego nieszczęścia.
- Będę na Ciebie czekać, jak spotkasz kogoś znajomego podsyłaj go tutaj, zajmę się wszystkimi, którzy będą potrzebowali pomocy. - Na tyle, na ile będzie umiała oczywiście.