28.04.2025, 17:36 ✶
Brenna gdzieś w okolicach północy doszła do wniosku, że ludzie naprawdę nie doceniają tego, jak wielkim luksusem jest możliwość oddychania. I potem tylko z każdą minutą utwierdzała się w tym przekonaniu. Przez ten cholerny dym ledwo mogła oddychać.
Może zaczynała dostawać już paranoi, ale mogłaby przysiąc, że ostatnią godzinę gonił ją wszędzie, gdzie by się nie ruszyła – i choć rzucała bąblogłowę tej nocy chyba ze dwadzieścia razy, a twarz chroniła pod chustą, którą czasem nasączała wodą, co rusz zanosiła się kaszlem. Szept zdrajca i pogróżki, że ogień ją pochłonie, stał się już melodią rozbrzmiewającą gdzieś w tle, tak że przestała co rusz szukać w dymie wyzywających ją postaci.
Jeżeli nie był to jej własny umysł, to musiała oberwać jakąś klątwą.
A może ten dym był zaczarowany na wiele sposobów.
O ile wcześniej próbowała jeszcze jakoś zebrać ludzi i urządzić komunikację, o teraz w tej chwili już po prostu miotała się po ulicach, usiłując gasić to, co akurat zdawało się stanowić największe zagrożenie zaczęcia pożaru Londynu rodem z tego w roku 1666… chociaż po prawdzie nie wiedząc, jak w tym momencie wyglądają niemagiczne dzielnice, nie mogła być pewna, czy już nie mieli takiej pożogi. Nie zdawała sobie sprawy i z tego, że moment kulminacyjny powoli mijał, i większość zaraz albo spłonie, albo zostanie na dobre ugaszona: chyba w tej chwili zaczynała mieć wrażenie, że to wszystko nigdy się nie skończy. Od jakiegoś pół godziny krążyła całkiem blisko klubokawiarni, trochę dlatego, że po prostu gdyby nawet pomyślała o ruszeniu dalej, to zaraz działo się coś w pobliżu, a trochę, bo wiedziała, że tam wpadło całkiem sporo ludzi szukających schronienia – i że to punkt, w którym pewnie niektórzy będą jej szukać.
I gdzie ona będzie mogła znaleźć bliskich.
Oby wszyscy przetrwali tę noc.
Kiedy więc ktoś zaczął wołać, że pali się, niedługo po tym, jak udało się ugasić pożar przy lodziarni, gdzie jeszcze kilka dni temu jadła wielką porcję lodów truskawkowych, Brenna po prostu rzuciła się w tamtą stronę. Wypadła zza zakrętu niemal prosto na płonącą kamienicę – i wyhamowała gwałtownie, bo ogień buchnął nagle, jakby wlano tam kanister mugolskiego paliwa. Jakby chciał sięgnąć specjalnie ku niej.
Niektórym tej nocy płomienie zagrażały mocniej niż innym, z woli Voldemorta.
Nie dostrzegła więc na razie Atreusa, nie rozpoznała i innych ludzi, kręcących się przy budynku. Cofnęła się, odruchowo, próbując umknąć, dusząc w sobie panikę, już unosząc różdżkę. Gdzieś w jej głowie po raz wtóry tej nocy odbiła się ta modlitwa o deszcz, wznoszona nie wiadomo do kogo – bo kto by teraz zechciał słuchać ich modlitw? Próbowała przywołać wodę, która ugasi ogień.
Kształtowanie, próba wyczarowania wody do gaszenia płomieni
Może zaczynała dostawać już paranoi, ale mogłaby przysiąc, że ostatnią godzinę gonił ją wszędzie, gdzie by się nie ruszyła – i choć rzucała bąblogłowę tej nocy chyba ze dwadzieścia razy, a twarz chroniła pod chustą, którą czasem nasączała wodą, co rusz zanosiła się kaszlem. Szept zdrajca i pogróżki, że ogień ją pochłonie, stał się już melodią rozbrzmiewającą gdzieś w tle, tak że przestała co rusz szukać w dymie wyzywających ją postaci.
Jeżeli nie był to jej własny umysł, to musiała oberwać jakąś klątwą.
A może ten dym był zaczarowany na wiele sposobów.
O ile wcześniej próbowała jeszcze jakoś zebrać ludzi i urządzić komunikację, o teraz w tej chwili już po prostu miotała się po ulicach, usiłując gasić to, co akurat zdawało się stanowić największe zagrożenie zaczęcia pożaru Londynu rodem z tego w roku 1666… chociaż po prawdzie nie wiedząc, jak w tym momencie wyglądają niemagiczne dzielnice, nie mogła być pewna, czy już nie mieli takiej pożogi. Nie zdawała sobie sprawy i z tego, że moment kulminacyjny powoli mijał, i większość zaraz albo spłonie, albo zostanie na dobre ugaszona: chyba w tej chwili zaczynała mieć wrażenie, że to wszystko nigdy się nie skończy. Od jakiegoś pół godziny krążyła całkiem blisko klubokawiarni, trochę dlatego, że po prostu gdyby nawet pomyślała o ruszeniu dalej, to zaraz działo się coś w pobliżu, a trochę, bo wiedziała, że tam wpadło całkiem sporo ludzi szukających schronienia – i że to punkt, w którym pewnie niektórzy będą jej szukać.
I gdzie ona będzie mogła znaleźć bliskich.
Oby wszyscy przetrwali tę noc.
Kiedy więc ktoś zaczął wołać, że pali się, niedługo po tym, jak udało się ugasić pożar przy lodziarni, gdzie jeszcze kilka dni temu jadła wielką porcję lodów truskawkowych, Brenna po prostu rzuciła się w tamtą stronę. Wypadła zza zakrętu niemal prosto na płonącą kamienicę – i wyhamowała gwałtownie, bo ogień buchnął nagle, jakby wlano tam kanister mugolskiego paliwa. Jakby chciał sięgnąć specjalnie ku niej.
Niektórym tej nocy płomienie zagrażały mocniej niż innym, z woli Voldemorta.
Nie dostrzegła więc na razie Atreusa, nie rozpoznała i innych ludzi, kręcących się przy budynku. Cofnęła się, odruchowo, próbując umknąć, dusząc w sobie panikę, już unosząc różdżkę. Gdzieś w jej głowie po raz wtóry tej nocy odbiła się ta modlitwa o deszcz, wznoszona nie wiadomo do kogo – bo kto by teraz zechciał słuchać ich modlitw? Próbowała przywołać wodę, która ugasi ogień.
Kształtowanie, próba wyczarowania wody do gaszenia płomieni
Rzut W 1d100 - 5
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.