28.04.2025, 18:26 ✶
Atreus nigdy nie wiedział co ludzie widzieli w kartach. W tych konkretnych, znaczy. Dla niego o wiele ważniejsze były te, którymi rozgrywał w kasynach pokera, albo w wolnym czasie robił głupie sztuczki. Te proste kartoniki stanowiły niesamowitą rozrywkę, dodatkowo karmiąc jego dawno ugruntowany nałóg, a Tarot? Tarot trzeba było czytać. Trzeba było go zrozumieć i jego zdaniem - mieć odrobinę dobrej woli by dopuścić do siebie myśl, że gdzieś coś we wszechświecie szeptało za jego pomocą największe tajemnice. Że chciało pomóc, a nie tylko w brutalny sposób podsumować wszystkie problemy. Atreus tej dobrej woli nie posiadał - za bardzo zakorzeniony był w tu i teraz, by koncentrować się na tym co do tego punktu go doprowadziło i gdzie potencjalnie zmierzał. Dlatego nigdy nie podążył ścieżką, którą torowała sobie większość jego rodziny. Nie był światłym, skoncentrowanym na numerologii, runach czy wróżbiarstwie Bulstrodem. Nie poświęcił się w całości swojemu darowi i próbom odkrywania za jego pomocą świata, zamiast tego wykorzystując go jako uroczy gimmick, który pomagał mu kantować i rozgryźć ludzi, którzy siedzieli naprzeciwko niego. Tu i teraz.
Przyjrzał się Millie, jakby odrobinę znudzony. Jej szarawa aura nie przedstawiała sobą niczego, na czym mu zależało, zbyt podobna do tej którą widział na niej podczas Windermere. Jego niechęć do niej wpływała na to, że mimo wszystko nie chciał jej postrzegać, albo że nie ciągnęło go do tego by zagłębić się w to co siedziało jej w głowie. Chociaż i tak trzeba było przyznać, że ta jego antypatia i tak była w raczej ciepłych odcieniach, bo nie był tak podły, złośliwy i chłodny jak być potrafił. Gdyby faktycznie miał ją w dupie, uznałby że na tym fotelu wcale nikt nie siedzi i dalej wpatrywał się w miecz nad kominkiem.
Pochylił się na swoim siedzeniu, opierając łokcie o kolana; jedną rękę opuścił swobodnie, a na drugiej podparł się dłonią, wpatrując bardziej w jej twarz, jak w rozkładane przez nią karty. Rechotała i już wiedział, że to był jeden z TYCH rozkładów.
- Spierdoli? - pociągnął, dopiero teraz opuszczając spojrzenie na stolik. - Coś więcej? Moją wybrankę wysadzi w powietrze czy może utopię ją sam w jeziorze? Nie wstydź się, powiedz mi wszystko co tam widzisz.
Przyjrzał się Millie, jakby odrobinę znudzony. Jej szarawa aura nie przedstawiała sobą niczego, na czym mu zależało, zbyt podobna do tej którą widział na niej podczas Windermere. Jego niechęć do niej wpływała na to, że mimo wszystko nie chciał jej postrzegać, albo że nie ciągnęło go do tego by zagłębić się w to co siedziało jej w głowie. Chociaż i tak trzeba było przyznać, że ta jego antypatia i tak była w raczej ciepłych odcieniach, bo nie był tak podły, złośliwy i chłodny jak być potrafił. Gdyby faktycznie miał ją w dupie, uznałby że na tym fotelu wcale nikt nie siedzi i dalej wpatrywał się w miecz nad kominkiem.
Pochylił się na swoim siedzeniu, opierając łokcie o kolana; jedną rękę opuścił swobodnie, a na drugiej podparł się dłonią, wpatrując bardziej w jej twarz, jak w rozkładane przez nią karty. Rechotała i już wiedział, że to był jeden z TYCH rozkładów.
- Spierdoli? - pociągnął, dopiero teraz opuszczając spojrzenie na stolik. - Coś więcej? Moją wybrankę wysadzi w powietrze czy może utopię ją sam w jeziorze? Nie wstydź się, powiedz mi wszystko co tam widzisz.