29.04.2025, 09:01 ✶
Brenna nie myślała już o liściach, jesieni, a echa przepowiedni Morpheusa odbijały się w jej duszy głównie lękiem o niego i o innych mieszkańców Warowni. Chciała wierzyć, że dom był bezpieczny – a przynajmniej bezpieczni byli jego mieszkańcy – skoro głos Dory rozbrzmiał najpierw w lusterku, potem zaś dziewczyna pojawiła się w Londynie. Skupiała się więc po prostu na przemieszczaniu z miejsca na miejsce i próbach pomagania tam, gdzie w ogóle pomóc mogła.
Nie była ranna, a przynajmniej nie w kategoriach, w jakim sama uznałaby coś za ranę. Trochę drobnych oparzeń, parę siniaków, i przede wszystkim problemy z oddychaniem, ale jeszcze nic, co dałoby się sklasyfikować jako poważne. Chętnie też przekonałaby się, czy Dorze nic nie jest, uściskała w tym całym piekle, ale w takich chwilach trzeba było skupić się na działaniu. Skoro Dora była w stanie tutaj dobiec i pomóc w gaszeniu, sprawdzanie, czy jest cała i zdrowa, mogło poczekać jeszcze chwilę. Woda pojawiła się znikąd, wyczarowana najpierw przez Brennę, a potem też i przez Dorę, zduszając płomienie i gasząc pożar.
Kamienica prawdopodobnie ocalała, ale przynajmniej jedno z mieszkań wciąż było pełne dymu i coś mogło tlić się w środku. Ktoś mógł poddusić się dymem, jeśli nie w płonącym lokalu, to w którymś z sąsiednich. Albo został poparzony. Albo nawet napadli go śmierciożercy, a potem podpalili wnętrze. Albo… nieważne, dużo było tych albo.
– Ktoś jest w środku?! – zawołała do mężczyzny, który usiłował wcześniej ugasić ogień. Nie odpowiedział jednak, spojrzał tylko na Brennę, wyraźnie oszołomiony: jakby nie do końca docierało do niego, co się dzieje. Zaklęła więc po prostu i pognała w stronę wejścia – drzwi były szeroko otwarte, pewnie ktoś uciekając przed ogniem wypadł na ulicę, i tak je zostawił.
Czy ktoś nie zdążył się ewakuować i jest w środku?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.