29.04.2025, 13:15 ✶
To że Jonathan w tej chwili mówił o jej fryzurze było… absolutnie szalone i w jakiś sposób pocieszające: że nawet kiedy świat dookoła nich dosłownie płonął, on wciąż pozostawał… no, Jonathanem, w całej swojej Jonathanowatości. Z jej ust wyrwał się dziwny dźwięk – bo miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem, ale jednocześnie próbowała go powstrzymać, żeby udzielić odpowiedzi na wszystkie inne pytania.
Morpheus żył, a przynajmniej żył parę chwil temu i nie zamieniał się w pochodnię w Londynie. To była dobra informacja.
– A może po prostu ktoś szaleńczo zakochany? – wykrztusiła, coś równie absurdalnego jak wypowiedź Jonathana. Co zabawne, chyba jedyna osoba na świecie, która kiedyś mogłaby uznać, że dobrze jej w takiej fryzurze, faktycznie była śmierciożercą, ale akurat o tym to ona nie wiedziała. – Heather pobiegła na Horyzontalną, antykwariat stoi. Klubokawiarnia chwilę temu stała, rozdzieliłyśmy, ona sprawdzała tam, ja miałam zajrzeć tutaj… Dora jest w Londynie, mam z nią kontakt, Tomek jest... był z nią… cholera, potrzebuję Thomasa. Widziałam Juliana Bletchleya, ale to było parę godzin temu, działa z aurorami, nowa dostawczyni ma pójść do Nory.
Wyrzucała z siebie słowa chaotycznie, z prędkością mugolskiego karabinu maszynowego, próbując jak najszybciej przekazać informacje, która uważała za kluczowe.
– Dolina… Dolina też płonie – powiedziała jeszcze, głos się jej na moment załamał. Erik? Nie wiedziała, co z Erikiem. Był w Dolinie. Nie wiedziała, co z rodzicami. Nie miała jak skontaktować się z Millie i Woodym. A w niej wszystko wyrywało się, by wrócić do domu, gdy jednocześnie była potrzebna tutaj, i to był jeden z tych niemożliwych wyborów, gdzie nieważne, co by zrobiła… – Jasper? Wiesz, co z nim i jego rodzeństwem? Nikt nie powinien teraz działać sam, możemy się znaleźć u Nory i…
Urwała, gdzieś za rogiem słysząc krzyk.
I oczywiście, jak na kogoś, kto właśnie oświadczył, że nie powinni teraz nigdzie chodzić sami przystało, po prostu odwróciła się i pognała pędem w tamtą stronę.
Na jej usprawiedliwienie, gdyby miała czas się nad tym zastanowić, na pewno uznałaby, że Jonathan i tak pobiegnie za nią. Nie żeby powstrzymało ją, gdyby miał tego nie zrobić.
Morpheus żył, a przynajmniej żył parę chwil temu i nie zamieniał się w pochodnię w Londynie. To była dobra informacja.
– A może po prostu ktoś szaleńczo zakochany? – wykrztusiła, coś równie absurdalnego jak wypowiedź Jonathana. Co zabawne, chyba jedyna osoba na świecie, która kiedyś mogłaby uznać, że dobrze jej w takiej fryzurze, faktycznie była śmierciożercą, ale akurat o tym to ona nie wiedziała. – Heather pobiegła na Horyzontalną, antykwariat stoi. Klubokawiarnia chwilę temu stała, rozdzieliłyśmy, ona sprawdzała tam, ja miałam zajrzeć tutaj… Dora jest w Londynie, mam z nią kontakt, Tomek jest... był z nią… cholera, potrzebuję Thomasa. Widziałam Juliana Bletchleya, ale to było parę godzin temu, działa z aurorami, nowa dostawczyni ma pójść do Nory.
Wyrzucała z siebie słowa chaotycznie, z prędkością mugolskiego karabinu maszynowego, próbując jak najszybciej przekazać informacje, która uważała za kluczowe.
– Dolina… Dolina też płonie – powiedziała jeszcze, głos się jej na moment załamał. Erik? Nie wiedziała, co z Erikiem. Był w Dolinie. Nie wiedziała, co z rodzicami. Nie miała jak skontaktować się z Millie i Woodym. A w niej wszystko wyrywało się, by wrócić do domu, gdy jednocześnie była potrzebna tutaj, i to był jeden z tych niemożliwych wyborów, gdzie nieważne, co by zrobiła… – Jasper? Wiesz, co z nim i jego rodzeństwem? Nikt nie powinien teraz działać sam, możemy się znaleźć u Nory i…
Urwała, gdzieś za rogiem słysząc krzyk.
I oczywiście, jak na kogoś, kto właśnie oświadczył, że nie powinni teraz nigdzie chodzić sami przystało, po prostu odwróciła się i pognała pędem w tamtą stronę.
Na jej usprawiedliwienie, gdyby miała czas się nad tym zastanowić, na pewno uznałaby, że Jonathan i tak pobiegnie za nią. Nie żeby powstrzymało ją, gdyby miał tego nie zrobić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.