29.04.2025, 16:45 ✶
Rozmowa o Prudence była dla mnie zbędna, bo i tak jej nie znałem. Wpadała mi jednym uchem, drugim wypadała, zostawiając po sobie jedynie echo cudzych trosk. Ja nie miałem już przyjaciół, nie w sensie, który coś znaczy. Ale... była cała rzesza ludzi z mojej przeszłości, o których może jednak powinienem się martwić. Próbowałem tego nie robić, próbowałem odciąć się od emocji, ale... może zamiast iść spać, powinienem wrócić i sprawdzić, czy nic im nie jest? Może powinienem mieć syndrom bohatera...
Ale ja miałem syndrom potwora. A potwór nie powinien się bawić w bohatera. To się zwykle kończyło dodatkową jatką, krwią w ustach i pytaniami bez odpowiedzi. Koniec tematu.
Dlatego nie rozumiałem, skąd pomysł, żebym ruszył z nimi wszystkimi do ciotki Corio, tej Ursuli czy jak jej tam. Oni potrzebowali bezpiecznego azylu, odpoczynku i regeneracji, a moja obecność szeroko mijała się z bezpieczeństwem, spokojem czy normą.
Geraldine wyglądała na nieugiętą, ale najwyraźniej zapomniała, że byliśmy ulepieni z tej samej gliny. Jej chłodny głos, jeszcze zimniejsze spojrzenie – znałem je dobrze. Też tak potrafiłem. Może nawet lepiej. Może teraz mógłbym konkurować biegunem północnym?
– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, Geraldine – odparłem, ignorując ostrzeżenie, które zawisło w powietrzu między nami. Ważyłem się je zakwestionować, choć nie powinienem. Ale w moim mniemaniu to był bardzo zły pomysł.
Zrobiłem wymowną minę, próbując jej przypomnieć – bez słów – o moim stanie. O tym, że nie jestem bezpieczny. Że nie jestem już tylko ja, ale szedłem w pakiecie z Bestią we mnie. Ale Geraldine najwyraźniej była niedotleniona. Albo zbyt zmęczona, by logicznie myśleć.
– Z moim problemem – dodałem powoli, przeciągając słowa jak ostrze po kamieniu. Czułem kły. Wstrętne, obce, pulsujące przy każdym wdechu. Najchętniej pokazałbym je jej, żeby się w końcu otrząsnęła, ale nie zamierzałem się z tym obnosić. Wystarczyło, że wiedział już Ambroise. Benek teraz też. Krąg wtajemniczenia stawał się zbyt szeroki jak na coś, co miało pozostać moją prywatną klątwą.
Geraldine patrzyła na mnie, ja patrzyłem na nią. Sorry, Benjy, nie miałem głowy, by pytać cię spojrzeniem o zdanie. Teraz potrzebowałem wygrać z hydrą, jedną z wielu, które nosiła twarz mojej siostry.
Nie chciałem wycieczki. Chciałem kąpieli. I ciszy. A potem się zobaczy.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Wizja wspólnej podróży była niepokojąca. Przed oczami już miałem realne i senne obrazy pełne krwi, bólu i przemocy. Przede wszystkim mojej żądzy. Nie chciałem nikogo na to skazywać. Nikogo więcej.
W Snowdonii czekały eliksiry. Mama z pewnością załatwi ich więcej, jeśli tylko szepnę, że znów mam problemy z zasypianiem. Natychmiast wyśle skrzata do apteki. A ja... ja może znowu zasnę. Może tym razem przyśni mi się coś dobrego. Może opowieść Laurenta o słońcu?
Nie, jednak nie. Po ostatnim incydencie... nie. Słońce było przereklamowane. Thoran skutecznie mnie z tego wyleczył. Z tego głupiego pragnienia.
– Nawet nie waż się mi rozkazywać – dodałem na koniec równie chłodno, powtarzając jej słowa na własny rachunek, jak na młodszego brata przystało. Dla zasady. Dla siebie.
Ale ja miałem syndrom potwora. A potwór nie powinien się bawić w bohatera. To się zwykle kończyło dodatkową jatką, krwią w ustach i pytaniami bez odpowiedzi. Koniec tematu.
Dlatego nie rozumiałem, skąd pomysł, żebym ruszył z nimi wszystkimi do ciotki Corio, tej Ursuli czy jak jej tam. Oni potrzebowali bezpiecznego azylu, odpoczynku i regeneracji, a moja obecność szeroko mijała się z bezpieczeństwem, spokojem czy normą.
Geraldine wyglądała na nieugiętą, ale najwyraźniej zapomniała, że byliśmy ulepieni z tej samej gliny. Jej chłodny głos, jeszcze zimniejsze spojrzenie – znałem je dobrze. Też tak potrafiłem. Może nawet lepiej. Może teraz mógłbym konkurować biegunem północnym?
– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, Geraldine – odparłem, ignorując ostrzeżenie, które zawisło w powietrzu między nami. Ważyłem się je zakwestionować, choć nie powinienem. Ale w moim mniemaniu to był bardzo zły pomysł.
Zrobiłem wymowną minę, próbując jej przypomnieć – bez słów – o moim stanie. O tym, że nie jestem bezpieczny. Że nie jestem już tylko ja, ale szedłem w pakiecie z Bestią we mnie. Ale Geraldine najwyraźniej była niedotleniona. Albo zbyt zmęczona, by logicznie myśleć.
– Z moim problemem – dodałem powoli, przeciągając słowa jak ostrze po kamieniu. Czułem kły. Wstrętne, obce, pulsujące przy każdym wdechu. Najchętniej pokazałbym je jej, żeby się w końcu otrząsnęła, ale nie zamierzałem się z tym obnosić. Wystarczyło, że wiedział już Ambroise. Benek teraz też. Krąg wtajemniczenia stawał się zbyt szeroki jak na coś, co miało pozostać moją prywatną klątwą.
Geraldine patrzyła na mnie, ja patrzyłem na nią. Sorry, Benjy, nie miałem głowy, by pytać cię spojrzeniem o zdanie. Teraz potrzebowałem wygrać z hydrą, jedną z wielu, które nosiła twarz mojej siostry.
Nie chciałem wycieczki. Chciałem kąpieli. I ciszy. A potem się zobaczy.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Wizja wspólnej podróży była niepokojąca. Przed oczami już miałem realne i senne obrazy pełne krwi, bólu i przemocy. Przede wszystkim mojej żądzy. Nie chciałem nikogo na to skazywać. Nikogo więcej.
W Snowdonii czekały eliksiry. Mama z pewnością załatwi ich więcej, jeśli tylko szepnę, że znów mam problemy z zasypianiem. Natychmiast wyśle skrzata do apteki. A ja... ja może znowu zasnę. Może tym razem przyśni mi się coś dobrego. Może opowieść Laurenta o słońcu?
Nie, jednak nie. Po ostatnim incydencie... nie. Słońce było przereklamowane. Thoran skutecznie mnie z tego wyleczył. Z tego głupiego pragnienia.
– Nawet nie waż się mi rozkazywać – dodałem na koniec równie chłodno, powtarzając jej słowa na własny rachunek, jak na młodszego brata przystało. Dla zasady. Dla siebie.