- To prawda. - W głosie Nory można było wyczuć gorycz, niestety musiała się zgodzić ze słowami przyjaciółki. Oni mogli być wszędzie, może ktoś właśnie kręcił się przed cukiernią? Nie mogła mieć pewności, że nie. Najwyraźniej nie mieli już żadnych oporów przed tym, aby atakować wszystkich jak leci, bo w jaki sposób inaczej można wyjaśnić to, co działo się teraz w Londynie? Całe miasto płonęło, mieli w dupie to kogo krzywdzą.
Norka nie spodziewała się takiej reakcji na przygotowany przez nią napar. Oczywiście, że patrzyła na Brennę, musiała sprawdzić, czy wypije całość, musiałą to zrobić, musiała wypić zawartość do dna. Tyle, że tamta nagle zbladła, a może zzieleniała? Zdziwiła ją ta reakcja, bo Brenna wiedziała, że to dla jej dobra. Dosyć szybko jednak podniosła się i pobiegła w kierunku zlewu, do którego zwymiotowała. Cóż, to nie było coś, co chciała zobaczyć. Nie świadczyło to dobrze. Wpatrywała się w jej sylwetkę nieco zdziwiona, nie miała pojęcia, skąd wzięła się ta reakcja.
Podeszła do szklanki, wzięła ją do ręki, aby powąchać zawartość i przyjaciółka najprawdopodobniej miała rację, to nie powinno tak śmierdzieć, najwyraźniej nie zauważyła tego, że któryś ze składników był źle przechowywany, mina jej zrzedła, bo naprawdę nie chciała, aby Longbottomówna poczuła się gorzej.
- To niedopatrzenie, przepraszam, wiesz, że nie zdarza mi się to zbyt często... - Aż jej się zrobiło głupio, ale każdemu zdarzały się potknięcia, szkoda, że to należało akurat do niej, ale cóż, jakoś dźwignie tę odpowiedzialność.
- Jasne, uważaj na siebie, Słońce. - Powiedziała jeszcze chwytając dzbanek wcześniej zaparzonego naparu, odruchowo też go powąchała, ten jednak nie wzbudzał jej podejrzeń - wcześniejsza partia ziół musiała być w porządku. - Widzimy się później. - Naprawdę wierzyła w to, że tak się stanie.
Gdy Brenna się teleportowała, Nora wróciła na salę, aby podać napar kobiecie, która wspominała o tym, że potrzebuje czegoś na uspokojenie.