30.04.2025, 19:51 ✶
- Uważam, że wiele zrobiliśmy.
To było za mało, rzecz jasna. Ale też realnie rzecz biorąc, byli grupką działającą tam, gdzie Ministerstwo działać nie mogło albo nie chciało. Zniszczyli sztylet, ocalili Catherine, zgromadzili dowody na Atlasa, dowiedzieli się paru rzeczy, ocalili kilka osób... nie wiedziała, czy to coś zmieniało, ale musiała w to wierzyć.
I może nie była jakoś świetna w motywowaniu ludzi, ale też nie na tyle beznadziejna, aby tutaj dodawać „ale nie wystarczająco wiele”.
Uśmiechnęła się lekko, gdy spytał, czy może ona chce pogadać: trochę ot uspokajająco, jakby chciała zapewnić, że wszystko z nią dobrze – trochę, bo było na swój sposób miłe, że się martwił.
- Dla mnie przyjmowanie kogoś, bo jest blisko z kimś z Zakonu, gdy nie ma żadnego poza tą relacją argumentu dla reszty w rodzaju "walczył z naśladowcą", "pomógł mugolakom" I tak dalej, to za mało. Ale rozumiem, że dla was wygląda to inaczej.
Pokręciła głową na jego pytanie. Tak, dobiło ją tamto zebranie, i tak, sprawiło, że zmieniła zdanie na parę tematów. Ale teraz była już spokojna, wiedziała, w jaki sposób zamierzała od teraz działać sama i nie wątpiła, że sam Zakon doskonale da sobie radę.
- Nie, bez obaw. Dla mnie wszystko jest jasne. Będę musiała omówić parę spraw z Albusem, chciałam tylko przed tym pogadać z kilkoma osobami.
Z nim zresztą również. Jasne, że musiała zrobić to, co najlepsze dla Zakonu i poprosić o to, by rozkazy wydawał ktoś, kto będzie bardziej chętny ufać tym, których wprowadzali w struktury, bo byli dla kogoś ważni, ale najpierw wypadalo dowiedzieć się, czy za tym wszystkim nie stało coś więcej. Jak choćby to co powiedziała jej Millie, tak bardzo zagubiona - i znając powody chciała pomóc, jako przyjaciółka.
Bardzo nie chciała, aby jeszcze teraz któreś z nich zostało zranione. A bała się, że Millie ostatecznie może nie chcieć tego samego, co Thomas: sama dziś mówiła, że ciągnęło ją raczej do czystokrwistych. Mogła też bać się po prostu albo nie czuć niczego do Figga - działali razem od dwóch lat, ale do niedawna nie zdawali się jakoś bardzo sobie bliscy. Brenna nie była pewna, czy żałować, czy się cieszyć, że parę godzin temu nie wiedziała jeszcze, jak poważnie Thomas myśli o Moody - chyba rozmowa z nią bez tej wiedzy była łatwiejsza, a jednocześnie... gdyby czegoś się dowiedziała, może teraz prościej byłoby uniknąć dania mu jakiejś złej rady?
- Też tak myślę. Nawet jeśli... nie wyjdzie, przynajmniej nie będziesz na siebie zły, że nic nie zrobiłeś – przyznała, z myślą, że do licha: sprawy sercowe były czasem równie skomplikowane jak te walki na śmierć i życie.
A potem podetknęła mu jeszcze jednego tosta, zanim jakiś czas później oboje poszli złapać trochę snu.
To było za mało, rzecz jasna. Ale też realnie rzecz biorąc, byli grupką działającą tam, gdzie Ministerstwo działać nie mogło albo nie chciało. Zniszczyli sztylet, ocalili Catherine, zgromadzili dowody na Atlasa, dowiedzieli się paru rzeczy, ocalili kilka osób... nie wiedziała, czy to coś zmieniało, ale musiała w to wierzyć.
I może nie była jakoś świetna w motywowaniu ludzi, ale też nie na tyle beznadziejna, aby tutaj dodawać „ale nie wystarczająco wiele”.
Uśmiechnęła się lekko, gdy spytał, czy może ona chce pogadać: trochę ot uspokajająco, jakby chciała zapewnić, że wszystko z nią dobrze – trochę, bo było na swój sposób miłe, że się martwił.
- Dla mnie przyjmowanie kogoś, bo jest blisko z kimś z Zakonu, gdy nie ma żadnego poza tą relacją argumentu dla reszty w rodzaju "walczył z naśladowcą", "pomógł mugolakom" I tak dalej, to za mało. Ale rozumiem, że dla was wygląda to inaczej.
Pokręciła głową na jego pytanie. Tak, dobiło ją tamto zebranie, i tak, sprawiło, że zmieniła zdanie na parę tematów. Ale teraz była już spokojna, wiedziała, w jaki sposób zamierzała od teraz działać sama i nie wątpiła, że sam Zakon doskonale da sobie radę.
- Nie, bez obaw. Dla mnie wszystko jest jasne. Będę musiała omówić parę spraw z Albusem, chciałam tylko przed tym pogadać z kilkoma osobami.
Z nim zresztą również. Jasne, że musiała zrobić to, co najlepsze dla Zakonu i poprosić o to, by rozkazy wydawał ktoś, kto będzie bardziej chętny ufać tym, których wprowadzali w struktury, bo byli dla kogoś ważni, ale najpierw wypadalo dowiedzieć się, czy za tym wszystkim nie stało coś więcej. Jak choćby to co powiedziała jej Millie, tak bardzo zagubiona - i znając powody chciała pomóc, jako przyjaciółka.
Bardzo nie chciała, aby jeszcze teraz któreś z nich zostało zranione. A bała się, że Millie ostatecznie może nie chcieć tego samego, co Thomas: sama dziś mówiła, że ciągnęło ją raczej do czystokrwistych. Mogła też bać się po prostu albo nie czuć niczego do Figga - działali razem od dwóch lat, ale do niedawna nie zdawali się jakoś bardzo sobie bliscy. Brenna nie była pewna, czy żałować, czy się cieszyć, że parę godzin temu nie wiedziała jeszcze, jak poważnie Thomas myśli o Moody - chyba rozmowa z nią bez tej wiedzy była łatwiejsza, a jednocześnie... gdyby czegoś się dowiedziała, może teraz prościej byłoby uniknąć dania mu jakiejś złej rady?
- Też tak myślę. Nawet jeśli... nie wyjdzie, przynajmniej nie będziesz na siebie zły, że nic nie zrobiłeś – przyznała, z myślą, że do licha: sprawy sercowe były czasem równie skomplikowane jak te walki na śmierć i życie.
A potem podetknęła mu jeszcze jednego tosta, zanim jakiś czas później oboje poszli złapać trochę snu.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.