Tak, ogień się wzmagał, chociaż niejeden czarodziej próbował z nim walczyć. W jednym miejscu płomień został zgaszony, ale już gdzie indziej pochłaniał wszystko na swojej drodze. Dym był wszędzie i chociaż ograniczał on widok, to dźwięki wskazywały na to, że wciąż otaczali ich ludzie. Krzyczeli, płakali, kaszleli, wydawali polecenia. I cały czas biegali, ratując innych lub tylko siebie.
Kącik jego ust drgnął w krótkim uśmiechu na próbę żartu chrzestnego. "Nie ma tego złego..." jak to mówią.
Ich mieszkanie spłonęło i może nie była to największa tragedia, jaka mogła ich tej nocy spotkać - chociaż naprawdę szkoda było tych wszystkich mebli i samochodu - to możliwe, że jutrzejszego dnia i może też przez kilka następnych dni będą żałować, że nie udało się czegoś uratować. A może, jeśli któreś z nich postanowi sprawdzić mieszkanie, gdy pożar ustąpi, okaże się, że coś jednak przetrwało? W końcu straty nie były tak katastrofalne, jak mogły być. Jasperowi udało się ugasić pierwszy ogień, który wdarł się do mieszkania, więc może... Może coś...
To były jednak nadzieje i myśli następnego dnia. Teraz najważniejsze było, że żyli. Że byli tutaj, jeszcze we trójkę, cali i zdrowi, nie licząc oparzeń Jessiego. Inni też powinni być bezpieczni. Benji drżał w jego ramionach i Jessie przycisnął go mocniej do siebie. Czy stałby tutaj ze swoją siostrą i wujem, gdyby nie wyszedł wtedy z pokoju? Gdyby nie zamknął drzwi...
Jonathan musiał - musiał - sprawdzić, czy inni byli bezpieczni. Jessie podziwiał jego odwagę i chęć pomocy innym, ale w tym momencie naprawdę wolałby, by jego chrzestny wraz z nimi przeniósł się do Ministerstwa Magii. Żeby nie pakował się w kolejne niebezpieczeństwa.
Przyjął eliksir od wuja, zaciskając wargi. Nie dość, że jako jedyny z rodzeństwa nie miał genetycznej zdolności, którą zapewniał ten eliksir, to jeszcze nie mieli pewności, czy mikstura zadziała na szalejące płomienie. Jeżeli ogień był magiczny, to Rita była w takim samym niebezpieczeństwie.
O ironio, twe imię to...
Nie miał ze sobą nic, poza swoimi ubraniami i różdżką, więc fiolka wylądowała w tylnej kieszeni jego spodni.
-Zobaczymy się później - powiedział, jeszcze zanim Jonathan się z nimi pożegnał.
Obyśmy spotkali się wszyscy, pomyślał, kiedy w myśli zaczęły podsuwać mu imiona jego bliskich, którzy też gdzieś tam walczyli z tragedią. Benjiego trzymał jedną ręką - na szczęście nie był on dużym psem - drugą ściskał dłoń siostry, wdzięczny za to, że tu była, chociaż mogło jej się coś stać. Że była z nim, a niedługo będą z innymi, bezpieczni.
Ruszyli w stronę biblioteki.