01.05.2025, 20:47 ✶
Musiał przyznać Victorii, że całkiem dobrze wyglądała jako rozmazany blob, kiedy na przemian krzywił się, pocierał oczy i próbował zweryfikować czy tym razem spojrzenie na coś wykaże nieco więcej detali. Na co dzień oczywiście nie było z nią nic nie tak, ale coś w twarzy zwiastowało, że zaraz się do czegoś przyczepi. Nie, nie przyczepi. Przynajmniej nie w ten pedantyczny sposób, z którym zwykła przygładzać włosy lub strącać paproszki z ubrań. To nie była Florence, która znajdowała nieprawidłowości, żeby nie zaburzały jej krajobrazu. Victoria zawsze wydawała mu się osobą, która robiła to dla własnej złośliwej przyjemności.
Atreus dzielił zwykle kobiety na te z którymi flirtował i te, które były jednymi z chłopaków. Nie było nikogo pomiędzy (poza Brenną) i Lestrange bardzo ładnie wpasowywała się w tę drugą kategorię, tym bardziej że wstąpiła w aurorskie grono po swoim młodszym koledze.
- Nie-e - mruknął, jak obrażony dzieciak, któremu ktoś każe zjeść kolejną łyżkę znienawidzonej kaszy. Viczka może i była w swojej złośliwości jednym z chłopaków, ale w grupie (nawet dwuosobowej) zdawała się też przyjmować nieco mamine skłonności. A on przecież przed chwilą pozbył się utyskiwania Basiliusa znad głowy. - Nie lubię. Z resztą, nie powinno się mieszać eliksirów. O.
To odepchnięcie nawet nie było takie mocne, ale gdyby Atreus odrobinę podkręcił dramatyczność, to dokrzyknąłby jeszcze; zabierz te ręce, kobieto - zupełnie tak jakby wszystko to była jej wina. Bo trochę była. Mogła się przecież nie uczyć tej oklumencji. - Oj no przecież nie biegają sami - skrzywił się, już konkretnie na jej słowa, bo na całe szczęście zrobiła się nieco bardziej wyraźna. - Mam też wrażenie że za dużo osób potrzebuje pomocy natychmiast i tutaj - machnął ręką na gruzy. - Inaczej nie dotrwa do Munga. A to znaczy że jesteśmy cholernie w dupie - podsumował ładnie, klepiąc się po kieszeniach, już mniej skwaszony, ale ewidentnie potrzebując rozluźnienia. Było nerwowo i nieprzyjemnie, a jego nałóg niestety miał swoje ograniczenia. - Dobra, w każdym razie. Chodźmy dalej, co tak stoisz - ruszył przed siebie, kontynuując ich mały spacer po Nokturnie.
Atreus dzielił zwykle kobiety na te z którymi flirtował i te, które były jednymi z chłopaków. Nie było nikogo pomiędzy (poza Brenną) i Lestrange bardzo ładnie wpasowywała się w tę drugą kategorię, tym bardziej że wstąpiła w aurorskie grono po swoim młodszym koledze.
- Nie-e - mruknął, jak obrażony dzieciak, któremu ktoś każe zjeść kolejną łyżkę znienawidzonej kaszy. Viczka może i była w swojej złośliwości jednym z chłopaków, ale w grupie (nawet dwuosobowej) zdawała się też przyjmować nieco mamine skłonności. A on przecież przed chwilą pozbył się utyskiwania Basiliusa znad głowy. - Nie lubię. Z resztą, nie powinno się mieszać eliksirów. O.
To odepchnięcie nawet nie było takie mocne, ale gdyby Atreus odrobinę podkręcił dramatyczność, to dokrzyknąłby jeszcze; zabierz te ręce, kobieto - zupełnie tak jakby wszystko to była jej wina. Bo trochę była. Mogła się przecież nie uczyć tej oklumencji. - Oj no przecież nie biegają sami - skrzywił się, już konkretnie na jej słowa, bo na całe szczęście zrobiła się nieco bardziej wyraźna. - Mam też wrażenie że za dużo osób potrzebuje pomocy natychmiast i tutaj - machnął ręką na gruzy. - Inaczej nie dotrwa do Munga. A to znaczy że jesteśmy cholernie w dupie - podsumował ładnie, klepiąc się po kieszeniach, już mniej skwaszony, ale ewidentnie potrzebując rozluźnienia. Było nerwowo i nieprzyjemnie, a jego nałóg niestety miał swoje ograniczenia. - Dobra, w każdym razie. Chodźmy dalej, co tak stoisz - ruszył przed siebie, kontynuując ich mały spacer po Nokturnie.