Laurent dostał już swoją nauczkę. Nie jedną, nie dwie, ale ciągle potrafił popełniać te same błędy. Im więcej mijało czasu, tym mocniej brał w karby samego siebie i ciche upomnienia powracały do niego nieustannie. "Nie rób tak, Laurencie" - mówił samemu sobie - "to ci zaszkodzi, Laurencie". Wcale nie sprawiało to, że pewne rzeczy przestawał robić zupełnie. Jak to, że mimo pewnych podejrzeń, niepewności, tego jak drżał ten świat i jak pewne przypuszczenia zostały wysunięte - nie zerwał kontaktu z Leviathanem. Nie zerwał go też z Nicholasem. Niektóre znajomości chciało się utrzymywać. Inne utrzymywało się z konieczności. Jak to było z Levim..?
Miał słabość do tego mężczyzny. Był przystojny - każdy to widział. Miał w sobie urokliwą szarmancję, a przy tym jak całkowicie brakowało mu charyzmy, by ją dociągnąć, w oczach Laurenta był wręcz uroczy. O samym sobie nigdy nie powiedziałby, że jest romantykiem, a jednak tak go widział właśnie selkie. Może to magiczne korzenie sprawiały, że sam Leviathan miał słabość do Laurenta? W końcu niczego bardziej nie ceniła rodzina Rowle niż magicznych stworzeń. A Laurent tym magicznym stworzeniem był... przynajmniej w połowie.
Uśmiech selkie był bardzo delikatny. Maskował swoje zmęczenie tak maściami, jak i czarami, tak i wyuczonym taktem i wysokimi wymaganiami co do tego, jak miał się prezentować na co dzień. A miał się prezentować dumnie. Miał być twarzą rodziny, kiedy jego siostra uciekała przed balami i innymi obowiązkami. Nie to, że nie można było na nią liczyć - po prostu Laurent chciał aż za bardzo, by być uznanym jako Prewett. Jako syn Edwarda Prewetta. W tym uśmiechu nie drzemała filuterność, którą okazałby od razu, gdyby byli sami. A nie byli. Tak byli tu inni pracownicy, jak i nieznajoma (jeszcze) kobieta. Gości próżno było szukać. New Forest było chwilowo zamknięte dla odwiedzających.
- Dzięki ci, Leviathanie. - Odparł z ulgą, odwzajemniając uścisk. Krótki, przyjacielski, blondyn zadbał o to, by się nie przedłużył i nie było... dziwnie. - Dobrze cię widzieć. - W zdrowiu, w miarę spokoju... w miarę - bo minę mężczyzna miał rzeczywiście strapioną. Jeśli udawał, że mu przykro to robił to dobrze. Ale Laurent go o to nie posądzał. Skierował spojrzenie na kobietę, która zaraz została mu przedstawiona i wyciągnął dłoń, by ująć jej i ucałować jej palce. Jak wypadało się zachować względem damy. - Miło mi Panią widzieć. Szkoda, że w czasie drobnego potknięcia, kiedy to popiół, nie płatki kwiatów, przysypują zielone ziemie. - Było miło tak ze strony Leviathana, że kogoś przyprowadził, jak ze strony kobiety, że się zgodziła. Nie pytał o kwestie pieniężne - bo gotów byłby jej zapłacić. To nie był jednak jego gość. - Jestem wdzięczny, że przybyłeś. Tak jak i Pani, że zgodziła się pomóc. - Skinął grzecznościowo głową w kierunku Faye, a do Leviathana uśmiechnął się tak, jak promień słońca całuje znużoną twarz w chłodny dzień. Przekazując dokładnie tą wdzięczność, o której mówił.