Szaro-bure miasto przestawało być monochromatyczne, kiedy lato trwało w rozkwicie. Zmierzch powoli zabierał w swoje posiadanie każdy zakamarek Londynu, ale słońce walczyło jeszcze o swoje prawo do władania nieboskłonem. Błękit zamieniał się powoli w granat, przechodząc przez róż, pomarańcz i fiolet. Te barwy uliczki zawdzięczały nie niebu, a kolorom strojów, w jakich panoszyli się mugole. O chodniki stukały obcasy, woń ciężkich perfum przeplatała się z wonią cydru i piwa, a to zaś powietrze mieszało ze specyficznym zapachem wilgoci doków. Tu nie pachniało fiołkami. Mdląca plątanina tych zapachów wielu wrażliwych przyprawiłaby o mdłości. Gdy dzień dogasał, a ostatni pracownicy zarzucali liny do cumowania, smród rzeki ujmował swoją nieczystością. Prostacki brak poszanowania mugoli do natury w jednej, pięknej mieszance zapachów.
W większości zaprawione kamieniem, betonem i brukiem miejsce ustępowało drewnu. To skrzypiało, wspominając lepsze czasy, a muskające fale snuły kołysankę wieczoru. Gwar z pobliskich knajp, typowych, angielskich barów, ginął, kiedy tylko podeszło się bliżej portu. Tutaj już robiło się cicho. Na jednej łajbie paliło się właśnie światło i wasze oczy mogły wychwycić, że przy stoliku siedzi trzech gości. Chyba rozkładali karty, rozmawiając o czymś przyciszonym głosem. Gdzieś za wami właśnie rozbrzmiały gwizdki milicji. Słychać było stukot końskich kopyt. Ale co mogliście o tym wiedzieć? Przecież żadne z was nie było wybitnie obyte z mugolskim światem. Za to co było dla anglików klasyczne: bójki. Pewnie mugolska wersja BUMowców wzięła się właśnie za jakichś nadmiernie pijanych.
Ostatnia dwójka marynarzy odstawiła właśnie na jeden ze statków skrzynie. Jeden z nich otarł czoła. Znużeni nie zeszli od razu - przysiedli na pakunkach. Jakaś grupka czterech mężczyzn właśnie mijała tutejsze magazyny dokowe - niskie budynki o szerokich (niemal jak od stodoły) drzwiach. Jedne z tych drzwi były zwykłe, stały otworem. Opierał się o nie jegomość wątpliwej urody, o kwadratowej szczęce, który charknął, splunął i odpalił skręcaną ręcznie fajkę. Z wnętrza tych drzwi widać było światło, ale przez to, że korytarz szybko skręcał - wgląd na zawartość tego zabudowania była poza waszym zasięgiem wzroku.
Pozorny spokój tego miejsca był jeszcze naruszany przez te ostatnie, krzątające się tutaj dusze. Było kogo pytać. Było o co pytać. W końcu dwójka rudowłosych musiała się rzucać w oczy. KTOŚ musiał coś widzieć. Albo chociaż - słyszeć.