03.05.2025, 10:27 ✶
Chyba każdy, kto przebywał na ulicach podczas Spalonej Nocy, nawdychał się za dużo tego popiołu: konsekwencje miały potem powracać. Brenna już tuż po zmroku, jeszcze nieświadomie, zatruła się dymem u boku Juliana. Teraz… oczy ją piekły i łzawiły, rogówki uszkodziło od dymu i gorąca na tyle, że przez najbliższe dni prawdopodobnie czekały ją problemy ze wzrokiem. Płuca protestowały, gardło błagało o wodę, a umysł co rusz płatał figle.
A może wcale nie: może to nie była tylko wyobraźnia, bo zdawało się, że gdy wypadła z kobietą na zewnątrz, dym wypadł za nią, a potem owionął nią i Dorę, gdy układały półprzytomną, niedoszłą ofiarę na ziemi. I Brenna mimowolnie pomyślała: czy ta po prostu potknęła się na schodach i zakrztusiła dymem, czy może ten też za nią podążał?
– Nic mi nie jest – odparła Dorze, bo nie było na razie żadnych ran poważniejszych niż drobne poparzenia czy kilka siniaków, a narzekanie na to, że coraz trudniej oddychać i coraz słabiej widzi, nie miało sensu. Nie, kiedy nic nie dało się na to zaradzić i nie, kiedy nie była jedyną z tymi problemami.
Kobieta, wywleczona z budynku, jęknęła i zakasłała, a Brenna odruchowo podparła ją, pomagając usiąść. Uniosła na moment spojrzenie znad niej, spoglądając na Dorę, szukając jakichś ran albo śladów wskazujących na to, że tej nocy spotkało ją coś złego.
– Coś do zameldowania? – spytała w końcu, zamieniając na te słowa inne pytanie. „Wszystko w porządku?” Jak głupio by to brzmiało, pod ciemnym niebem, z którego sypały się na ich głowy popioły, w mieście, w którym jedynym źródłem światła były łuny pożarów. – Proszę pani? Jest pani ranna? – dodała zaraz, zwracając się do kobiety.
Brenna uniosła różdżkę, usiłując zmusić dym powiewem wiatru do uniesienia się ku niebu, pozostawienia im trochę powietrza.
– N… nie… chyba nie… – wykrztusiła kobieta, wbijając spojrzenie w twarz Brenny. Może rozpoznała w niej klientkę sklepu, w którym pracowała, ale to teraz nie miało żadnego znaczenia.
– Z… zabiorę ją do Munga… – odezwał się drżącym głosem mężczyzna, podchodząc do nich, zerkając to na nie, to na ocaloną kamienicę.
– Jeśli nie jesteście ranni to najlepiej… poza Londyn – powiedziała Brenna, zakasłała i zawahała się zaraz, bo… skoro Dolina Godryka też płonęła, to czy gdzieś było bezpiecznie? – Jak najdalej. Jak najdalej od tych popiołów.
kształtowanie, próba wyczarowania powiewu, by przegonić dym i pył
A może wcale nie: może to nie była tylko wyobraźnia, bo zdawało się, że gdy wypadła z kobietą na zewnątrz, dym wypadł za nią, a potem owionął nią i Dorę, gdy układały półprzytomną, niedoszłą ofiarę na ziemi. I Brenna mimowolnie pomyślała: czy ta po prostu potknęła się na schodach i zakrztusiła dymem, czy może ten też za nią podążał?
– Nic mi nie jest – odparła Dorze, bo nie było na razie żadnych ran poważniejszych niż drobne poparzenia czy kilka siniaków, a narzekanie na to, że coraz trudniej oddychać i coraz słabiej widzi, nie miało sensu. Nie, kiedy nic nie dało się na to zaradzić i nie, kiedy nie była jedyną z tymi problemami.
Kobieta, wywleczona z budynku, jęknęła i zakasłała, a Brenna odruchowo podparła ją, pomagając usiąść. Uniosła na moment spojrzenie znad niej, spoglądając na Dorę, szukając jakichś ran albo śladów wskazujących na to, że tej nocy spotkało ją coś złego.
– Coś do zameldowania? – spytała w końcu, zamieniając na te słowa inne pytanie. „Wszystko w porządku?” Jak głupio by to brzmiało, pod ciemnym niebem, z którego sypały się na ich głowy popioły, w mieście, w którym jedynym źródłem światła były łuny pożarów. – Proszę pani? Jest pani ranna? – dodała zaraz, zwracając się do kobiety.
Brenna uniosła różdżkę, usiłując zmusić dym powiewem wiatru do uniesienia się ku niebu, pozostawienia im trochę powietrza.
– N… nie… chyba nie… – wykrztusiła kobieta, wbijając spojrzenie w twarz Brenny. Może rozpoznała w niej klientkę sklepu, w którym pracowała, ale to teraz nie miało żadnego znaczenia.
– Z… zabiorę ją do Munga… – odezwał się drżącym głosem mężczyzna, podchodząc do nich, zerkając to na nie, to na ocaloną kamienicę.
– Jeśli nie jesteście ranni to najlepiej… poza Londyn – powiedziała Brenna, zakasłała i zawahała się zaraz, bo… skoro Dolina Godryka też płonęła, to czy gdzieś było bezpiecznie? – Jak najdalej. Jak najdalej od tych popiołów.
kształtowanie, próba wyczarowania powiewu, by przegonić dym i pył
Rzut W 1d100 - 29
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.